poniedziałek, 29 lipca 2013

Cudze chwalicie

leniwy nurt Białej Nidy
Dziś mały przerywnik w opowieściach historycznych i wspomnienie z ubiegłej środy.
Zdarzyło się tak, że trzeba było najmłodsze dziecię odebrać z kolonii pod Małogoszczą.
O przyczynach może kiedyś napiszę, gdy mi się bieżące wątki pokończą.
Wsiedliśmy więc z moim bratankiem do samochodu (Archanioł był naszą dryndą po drugiej stronie Polski) i pojechaliśmy. Daleko to nie jest - jakieś stopięćdziesiat kilometrów i wio.
bobrze dzieło
Po pierwsze, w oczy się rzuca, że na północ od Katowic jest bardzo wiele nieużytków. Całe połacie Jury, które pamiętam z dzieciństwa szumiące zbożem, leżą ugorem. Wszystko się zmienia, gdy zbliżamy się do kieleckiego. Pola obsiane, łąki zielone, domki nawet na małych wsiach zadbane. Nawet trzy razy widzieliśmy małe stadka krów. Nie ma już chyba gospodarstw z jedną czy dwoma krowami, bo takich przypadków nie widzieliśmy. Dziś albo trzyma się stado produkujące mleko, albo kupuje biały płyn w kartoniku.
Po przyjeździe do ośrodka kolonijnego musieliśmy chwilę zaczekać, bo dzieci były na wycieczce. Poszliśmy więc na spacer - ot tak, parę metrów za ośrodkiem skręcając w las i okazało się...
wysepka w nurcie
Że jesteśmy w parku krajobrazowym Białej Nidy.
Przecudne miejsce z widokami zapierającymi dech w piersi. Niewielka rzeczułka z krystalicznie czystą wodą meandrowała malowniczo, a wzdłuż niej rozciągały się szeroko łąki.
Poszliśmy zwabieni zapachem łąki, lasu, wody i pięknymi widokami.
Po drodze napotkaliśmy drzewa zwalone przez bobry, malownicze zakola rzeki nad którą
nieustannie unosiły się mniejsze i większe ważki. W jednej z zatok znaleźliśmy owady, o których najpierw pomyśleliśmy, że to motyle - na to wskazywał ich sposób latania, potem okazało się, że to także jakiś rodzaj ważki, niczym nie
grążele
przypominającej swym lotem helikoptera. Były to owady z nieprzeźroczystymi ciemno niebieskimi, dużymi, prawie motylimi, lekko opalizującymi skrzydełkami i tułowiami. Zrobienie takiemu stworzeniu zdjęcia aparatem z telefonu byłoby cudem.
Idąc dalej dotarliśmy do niewielkiego stawu, który kiedyś prawdopodobnie był częścią koryta rzeki, lecz miejsce to zostało oderwane od głównego nurtu naniesionym piachem. Mieszkały tam cztery dzikie kaczki, całość porastała rzęsa i kwitnące grążele.
Nie mogliśmy nacieszyć oczu. Kawałek łąki za rzeką ktoś skosił i z siana zrobił dawno przeze mnie nie widziane kopki.
Większość przemierzonej przez nas łąki porastał kobyli szczaw, malowniczo układając się w brązowe smugi. Miałam nawet zamiar zebrać kilka łodyg z nasionami (doskonały środek na biegunki i zatrucia pokarmowe), jednak atakujące ze wszystkich stron komary wygoniły nas z tej malowniczej doliny.
Po odebraniu dziecka postanowiliśmy wykorzystać to, że wyrwaliśmy się z miasta. Zbliżał się wieczór, więc podarowaliśmy sobie drogę na zamek w Chęcinach - musielibyśmy nadłożyć drogi. Postanowiliśmy więc odwiedzić zamek w ogrodzienieckim Podzamczu.
Był już wieczór i praktycznie zamykano,
rzęsa na oderwanym zakolu
szczaw, wszędzie szczaw...
weszliśmy jednak na chwilę odetchnąć duchem historii i  użalić się nad upadkiem minionej potęgi.
Nie była to moja pierwsza wizyta a Podzamczu, ale jak zawsze przyglądałam się z przyjemnością starym murom. Zawsze to okazja by pokazać dziecku kawałek historii.
To zdjęcie wyszperane w necie daje małe pojecie o potędze tego zamku...

Mijają wieki, a powiewająca nad zamkami Biało - Czerwona nieustannie cieszy...

Czas zatarł nawet herby nad bramą wjazdową

schody kute w litej skale przylegają do dziedzińca
zachodzące słońce podkreśliło pustki okienne
Rekonstrukcja, czyli wspomnienie minionej wielkości...

5 komentarzy:

  1. No proszę jak to przez przypadek można mieć fajną przygodę z przyrodą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jestem wdzięczna za takie przypadki.

      Usuń
  2. Kopki nadal na Podlasiu można zobaczyć :)

    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby nie dzieci, to już dawno bym uciekła ze Śląska, mimo, że to moje rodzinne strony (ale Jura też).
      Takich kopek nie widziałam już wiele lat, wszędzie tylko rolki i klocki. Ze zdziwieniem u Ciebie czytałam, że jeszcze ktoś ręcznie wiąże snopki na poszycie dachu... Sama w życiu RAZ wiązałam snopki na polu - do końca życia będę wspominać ten ból grzbietu i... satysfakcję.

      Usuń
  3. Fajny blog :D
    Zapraszam do mnie http://jebsieplebsiee.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń