czwartek, 25 kwietnia 2019

Spłonęła katedra

Dziś pozwolę sobie jedynie na kilka słów od siebie i kalkę z Fb.
Wnioski i zadumę zostawię szanownym czytelnikom.

Katedrę budowano ponad 180 lat. Pewne technologie przygotowujące niektóre materiały potrzebne do budowy trwały dziesiątki lat. Spokojnie można je było przygotować "zawczasu". Dla nas te technologie są niewyobrażalne.

IlustracjaI jeszcze jedno: czy dziś, w całej Europie, znaleźlibyśmy choć 1/10 potrzebnych dębów? Mam wątpliwości, czy w całej Eurazji tyle by się znalazło, a te które są, na szczęście są pod ochroną. Ale cóż, budowniczy katedr pozbawili Francję lasów. Zupełnie. Inne państwa ze starodrzewiem rozprawiły się później. U nas zrobili to zaborcy.


z profilu na fb pani Lilianny Sonik

"O tym, jak budowano więźbę opowiadał Thomas Büchi - Szwajcar, chyba najlepszy dziś praktyk konstrukcji drewnianych. „Około roku 1200 ścięto niemal 1500 wielowiekowych dębów. Ułożono je czubami w kierunku północy i pozostawiono na rok, aby leżąc odpoczęły. Potem ociosano je z kory i zanurzono na 25 lat w bagnach – to na wieki uodpornia na działanie grzybów i szkodników. Z mokradeł wyciągnięto je dopiero około roku 1225. Pnie pocięto i pozostawiono na kolejne 25 lat aby schły.” Techniki tej budowniczy katedr nauczyli się od natury, która tworzy „czarne dęby”.
Tajniki warsztatu średniowiecznych mistrzów były ciekawe, ale nie najciekawsze. Najbardziej fascynujący w tym opisie jest… czas. A raczej stosunek ludzi do czasu. Tamci ludzie nie żyli zbyt długo, a tworzyli dzieła, których wykonanie wymagało zgodnego wysiłku pokoleń. Ci, którzy rozpoczynali wiedzieli, że nie zobaczą rezultatów. Niczego nie przyspieszali. Byli pewni, że to co oni rozpoczęli, będzie kontynuowane przez następców przez dziesiątki albo i setki lat. "

No i stała katedra przez 100 lat pod zarządem wrogiego sobie państwa. Bo 100 lat złych rządów może się zdarzyć. Ale jak się okazało wiele więcej już prowadzi do nieodwracalnych zniszczeń.

Nie wiem jak można ludziom , którzy doprowadzili do zniszczenia takiego zabytku można powierzać jego odbudowę.

PS proszę sprawdzić, tej katedry nie ma na liście światowego dziedzictwa Unesco. Po co więc komu taka lista?"


piątek, 28 grudnia 2018

Gdzie się podziewa czas?

Chyba nie tylko ja zastanawiam się, co się dzieje z czasem.
Zaglądam na swojego bloga i... szok. Nie pisałam od sierpnia? Niemożliwe!
A jednak, to prawda.
Dopadła mnie jakaś totalna niemoc i bardziej (lub mniej) realny brak czasu.
Lato przeszło bardzo pracowicie, wczesna jesień bardzo podobnie. Słoiki duże i małe napełniałam w tym roku, jak nawiedzona, a i tak nie wykonałam wszystkich założeń. Trochę z braku mocy przerobowych, trochę z braku miejsca na regałach, a trochę z braku czasu i pieniędzy. Bo żyjąc w mieście (tfu) i mając ogródek w którym zalega głównie piach, do słoików wkłada się warzywa i owoce, które darowują krewni i znajomi oraz te, które można tanio kupić na targach i giełdzie warzywnej.
Tylko, że z giełdy wszystko trzeba przywieźć.
I tu zaczynały się schody - Archanioła więcej tego lata nie było, niż był, a samochodu razem z nim. Ostatecznie pełne półki na regałach i brak miejsca na stawianie nowych, przeważyły, odpuściłam sobie dalsze przetwórstwo domowe. Teraz z całą przyjemnością wyciągamy kompoty, syropki, i konserwowe dodatki do kanapek.
Odkąd skończyło się przetwarzanie i prace w ogródku, zajmowałam się trochę szyciem, trochę odnawianiem jakichś szczegółów domowych,a wreszcie stwierdziłam, że czas na jakieś inne zajęcie.
Pracy na etat szukam już dawno, z marnym skutkiem. Na szczęście udało mi się załapać na 2 - 3 godziny dziennie do domu kultury. O dziwo, znaleźli się chętni, by uczyć się języka rosyjskiego. Jestem z pokolenia, na którym wymuszano naukę tego języka (czemu długo staraliśmy się opierać), jednak jakieś jedenaście, a może dwanaście lat nauki odcisnęło piętno. Dawno temu, uczyłam tego języka w szkole podstawowej - zabrakło rusycystek, a ja ponoć zdolna byłam - więc uczyłam. Uczniowie, których czasami spotykam wspominają, że lubili mnie za jasne tłumaczenie i ciekawe lekcje.
Jakieś dwa lata temu, zupełnie przypadkiem zainteresowałam się filmami rosyjskimi. Wiecie, jak to jest - oglądacie coś na youtube, obok wyświetlają się propozycje innych filmików, klikacie w coś, a potem w coś innego... I tak dotarłam do jakiegoś kryminału, który nie miał polskiej listy dialogowej. Myślę sobie - spróbuję. I ku swemu zdumieniu, obeszło się bez tłumacza. Oczywiście, gdyby ktoś kazał mi dosłownie przetłumaczyć nazwy związków chemicznych (jak to w kryminale), jakieś teorie fizyczne, czy filozoficzne - poległabym, ale na szczęście to nie przeszkadzało, by zrozumieć fabułę filmu. Po pierwszym filmie był drugi, potem trzeci. Potem okazało się, że łatwo znaleźć przyjemne dla widza "filmy dla babów" (to określenie kuzynki na melodramaty i komedie romantyczne). Najlepiej jednak ogląda się kryminałki, zwykle z drugim, a czasami z trzecim dnem, często trzymające w niepewności do ostatniej minuty.
Przeklinając w przeszłości przymus nauki języka zaborcy i okupanta nie przypuszczałam, że kiedyś będę dla rozrywki oglądała filmy w tym języku.
Jak mówił dawno temu mój kolega: język wroga trzeba znać. I doskonalić go. Nawet (a może zwłaszcza), gdy nastanie czas poprawnych z nim układów. Oby.

Możliwe, że zaczęło się od tego:
A może od tego?


niedziela, 26 sierpnia 2018

Mleczny chlebek Hokkaido

Znalazłam przypadkiem na youtube rosyjskojęzyczny film ze sposobem wykonania japońskiego mlecznego chlebka. Niestety w filmie nie podano proporcji, więc "na oko" spróbowałam stworzyć przepis według tego,co widziałam. Spróbowałam, bo jak głosił komentarz: "warto, bo chlebek jest delikatny jak chmurka".
Okazało się to prawdą.
Ale, po kolei... Spróbuję znów, z głowy.
- bierzemy ok 3/4 szklanki letniego mleka, wsypujemy 1 łyżkę cukru i wrzucamy 1/6 ze 100 gramowej kostki drożdży, dodajemy łyżeczkę mąki, mieszamy i odstawiamy na 10 - 15 minut.
- w tym czasie wlewamy do małego garnka ok 200ml (szklanka) mleka, wsypujemy dwie (nie bardzo kopiaste) łyżki mąki, mieszamy, a potem zagotowujemy na małym ogniu na budyń, bez przerwy mieszając. Budyń zdejmujemy z ognia, gdy tylko zgęstnieje. Odstawiamy, by trochę się wystudził. Kilka razy w tym czasie mieszamy.
- wsypujemy do miski 500g mąki pszennej, dodajemy 1 łyżeczkę soli (mieszamy sól z mąką) dodajemy 1 całe jajko, wlewamy drożdże z cukrem i przestudzony, letni "budyń". Wyrabiamy wszystko najmniej 5 minut. Ciasto musi utworzyć zwartą, elastyczną kulkę. (jeżeli jest zbyt gęste można dodać odrobinę wody, lub mleka.)
- przekładamy kulkę ciasta do miski wysmarowanej tłuszczem i przykrywamy ściereczką. Ciasto musi rosnąc ok 1 godziny, by urosły przynajmniej dwukrotnie.
- posypujemy blat mąką i wysypujemy ciasto z miski. Formujemy gruby wałek, by łatwo go było przekroić na 3 części.
- każdą z trzech części traktujemy tak samo:
- rozpłaszczamy rękami, lub wałkujemy w prostokąt grubości ok 2 cm i składamy ciasto, zawijając z jednego boku ok 1/3 i - na wierzch, z drugiej strony - pozostałą 1/3.
-Ciasto znowu wałkujemy i znów składamy, jak wyżej.
Każdą z trzech poskładanych części układamy w formie (keksowej, lub chlebowej), odstawiamy na 1  i 1/2 godziny do wyrośnięcia.
- przed włożeniem do piekarnika smarujemy wszystko jajkiem.
Wkładamy chlebek do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C i pieczemy 30 - 40 minut, do suchego patyczka.
Ciasto rośnie nieprawdopodobnie, wygląda, jak nadmuchane i wprost wyłazi z formy.
Mój, pieczony w tej samej formie, co chleb z 1 kilograma mąki wyrósł o wiele większy, niż zwykły, z 2x większej ilości mąki!
Upieczone wykładamy na ściereczkę i pozwalamy, by się wystudziło.
Nie kroić na gorąco! - efekt jest taki, jakby ktoś z części balona wypuścił powietrze. Warto zaczekać, bo ciasto jest niebiańskie: delikatne, puszyste i elastyczne.
W sam raz na niedzielne śniadanie.
Smacznego!

piątek, 24 sierpnia 2018

Jabłka i mięta

W tym roku jabłka niebywale obrodziły.
Choć nie mam ani jednej jabłoni w ogrodzie, mam znajomych, którzy z nadmiarem tych owoców nie potrafili sobie poradzić. Tym sposobem trafiały do mnie tony jabłek, które ledwo nadążałam przerabiać.
Tym sposobem powstały:
- rzadki mus jabłkowy, który w zimie rozcieńczamy wodą i pijemy jak kompot,
na początku mętne, pięknie się klaruje
- gęsty mus (marmolada?) jabłkowy z dodatkiem wanilii,
- gęsty mus ze skórką pomarańczową .
- gęsty mus z bananami (mniam!),
a kiedy już nie dawałam rady z musami i kończyły się słoiki, nastawiłam
(pierwszy raz w życiu samodzielnie) wino jabłkowe.
Wyszło tak znakomite, że choć jest go prawie 40 litrów, Archanioł już się martwi, że jest go za mało...
Ponieważ w tym roku obrodziła mi w ogrodzie także mięta, to nie tylko ususzyłam jej całkiem sporo na herbatkę, ale nastawiłam także nalewkę miętową. Będzie czym się raczyć w zimowe wieczory, bo w butelkach stoi jeszcze bardzo aromatyczna nalewka świerkowa. ...że nie wspomnę o kawówce.
ach ten smak, ach ten kolor...
Kawówkę robiłam pierwszy raz, na zamówienie koleżanki, która gdzieś w świecie została poczęstowana takim specjałem, ale nie wiedziała, jak zrobić, by całość była aromatyczna i czarna jak smoła. Zdradzę wam tylko, że aromat kawówki bardzo wzbogaca i i uwypukla laska wanilii.
Kto jeszcze nie zdążył nastawić smakowych alkoholi, ma jeszcze kilka dni, by nadrobić zaległości.
Jesień za pasem...

PS

Dla tych, którzy dalej walczą z nadmiarem jabłek podpowiedź, jak kilogramy jabłek "zwinąć w trąbkę":
POSTIŁA - przysmak carów

To rosyjski specjał i przysmak carów, łatwy do zrobienia. Jeżeli ktoś nie poradzi sobie z rozumieniem - niech się do mnie zwróci. Z innych filmików dowiecie się, że można dodać także inne owoce, płatki róż, ubitą piane z jajek... Ale bazą są jabłka - koniecznie ze skórką, ze względu na pektynę.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

...czwarty kot...

Miało już nie być więcej kotów.
Po tym, jak Tytus (najmądrzejszy z kotów wychowany od ślepego) odszedł w nieznane i nigdy nie wrócił, został nam mały Tymon. Zarzekaliśmy się wtedy, że jeden kot wystarczy.
Potem syn przyniósł zagłodzona Kicię, która trzeba było odkarmić i wychuchać. Niestety, gdy dorosła, zaczęła polować i to ją zgubiło. Ciężko to przeżyliśmy.
I znów postanowiliśmy nie mieć więcej kotów.
No, ale potem wyprowadzili się sąsiedzi i zostawili Tarę i Maćka. Serce się kroiło na widok tej dwójki siedzącej pod "domem", który przestał być ich domem.
Coraz bliżej, ale nieufnie...
A niedawno...
Miauczące kociątko, malutkie, żałośnie obwieszczało, że się zgubiło. Nie dało się złapać. Pojawiało się i znikało przez kilka dni. Dostawało mleko, które wypijało.
A potem był głośny bolesny miauk i maluch przyszedł ciągnąc przednią łapkę. A potem zniknął na kilka dni.
Siedzieliśmy sobie z Archaniołem w ogrodzie, kiedy maluch przyszedł całkiem blisko i żałośnie oznajmił, że mu źle i głodno. Podejść nie można było. Pozostawało wystawianie głodomorowi, który składał się właściwie z samych oczu i futerka, jedzenia i picia. i tak przez kilka dni. Prace domowe poszły w odstawkę, a moim zajęciem było siedzenie w ogrodzie i przemawianie do małej bidy. Przychodził coraz bliżej, potem wąchał moje nogi, ale każdy ruch ręką powodował ucieczkę. Po dwóch dniach maluszek biegł za mną, gdy szłam po coś do domu, po trzech podszedł pod sam dom, gdy wreszcie wieczorem szłam spać. Czwartego wszedł za mną do domu! Na piętro. Od razu znalazł kocie miski
Brzuszek jak balon i nirwana...
i fotele do spania. Problemem jednak było nadal to, że nie można go było dotknąć. A czas upływał. Kotek z uszkodzoną nogą powinien jak najszybciej trafić do weterynarza. Przemyśliwałam nad rozwiązaniem siłowym, ale go (na szczęście) zaniechałam.
Dostał wreszcie imię - Felix. Pojęcia nie mam, czy się przyjmie, bo bezimiennego wszyscy wołali "kotek", albo Stworek.
Odkąd się nim zajmujemy i karmimy urósł niemal dwukrotnie. Jest wesoły i zadowolony. Mruczy najgłośniej z wszystkich naszych kotów!
Feliks bardzo chętnie się bawi, i jak wszystkie kotki uwielbia biegać za czymś ciągniętym po ziemi. Któregoś razu został przez syna wybawiony tak bardzo, że nie protestował, gdy ten zaczął go głaskać. To było w ubiegłą niedzielę.
W poniedziałek byliśmy u weterynarza - ortopedy. (Wiedzieliście, że tacy są?
Nowy Niepodzielny Władca Kociego Fotela
Skierowała mnie tam moja weterynarka.)
Feliks został prześwietlony wzdłuż, wszerz i w poprzek (razem z moimi rękami).
Okazało się, że nic nie ma złamanego, ani zerwanego. Ma za to straszliwy przykurcz wszystkich mięśni prawej przedniej łapki, który musiał się pojawić w momencie jakiegoś bolesnego doznania. Możliwe, że skoczył zza wysoka i boleśnie potłukł kończynę. Lekarz powiedział, że łapkę można rehabilitować, masować i ćwiczyć, i to powinno mu pomóc w przywróceniu jej sprawności.
Mam jakieś pojęcie o anatomii i fizjologii, wiedzę na temat kotów pobrałam natychmiast. Masuję Felkowi spięte mięśnie, co przynosi mu wyraźną ulgę, bo reaguje mruczeniem i lizaniem po rękach. Niestety, nie mam zielonego pojęcia jak się zmusza takie stworzenie do celowych ćwiczeń kończyny, bo po mojemu, bierne ćwiczenia, wykonywane moimi rękami, nie przynoszą efektu.
Czas goni, nie używane mięśnie zanikają.
Ktoś się na tym zna? Czy ktoś może mi pomóc i podpowiedzieć, jak uruchomić łapkę małemu kotu?

PS
Rady pt: "jedź do specjalistycznej przychodni" nie pomogą. Nie mam na to, ani czasu, ani pieniędzy. Potrzebuję opisów ćwiczeń. 
Zaprzyjaźnił się z Maćkiem
 

czwartek, 28 czerwca 2018

Rok dziewanny

Doczekaliśmy się wreszcie deszczu.
Zaciągnęło się na dłużej.
Jest ciemno i mokro...
NARESZCIE!
Zawsze ktoś może narzekać, bo przecież wakacje i pogody by się chciało, ale ważniejsza jest jednak ziemia. Nie wiem, jak te deszcze posłużą zbożu, ale inne rośliny pewnie klaszczą liśćmi z radości.
Zresztą zboże już częściowo zżęte - przynajmniej to, które nie wyschło w fazie wzrastania.
Ale...
Dojdźmy do dziewanny.
Zaczęło się od tego, że kilka lat temu nie pozwoliłam skosić wyrosłej w ogrodzie dziewanny. Następnego roku były już dwie, a w ubiegłym cztery. W tym roku ostało się ich pięć. Może byłaby szósta, ale wczesną wiosną zniszczył ją Regis ciężko ciągnąc swoje łapy. Tylko pięć, ale JAKICH!
Nie pamiętam, by kiedykolwiek kwiatki dziewanny były takie ogromne. I takie kwiatuszki pojawiły się ZANIM zaczął padać deszcz, czyli w szczycie suszy. Może dla dziewanny im gorzej, tym lepiej?
W dodatku, co w moim ogrodzie wcześniej się nie zdarzało, są ROZGAŁĘZIONE.
Będzie z nich herbatka na zimowy kaszel (pamiętajcie, że drobne liski między kwiatami mają takie właściwości zdrowotne, jak kwiatki), i oczywiście będzie nalewka z kwiatów dziewanny z miodem. Jeżeli wysyp kwiatów pozwoli, to przesypię je cukrem i będzie syropek. A może po prostu, po zlaniu syropu, zaleję pozostałości alkoholem i będzie wtedy wódeczka kwiatowa - ale to nie to samo, co nalewka...
Tymczasem wokół mojej mini grządeczki z pomidorami i miętą rozpanoszył się kret. Koty pilnują kopczyków i pilnie nasłuchują, ale bardzo nie chciałabym, żeby kret dostał się w ich pazury. Na razie, gdy tylko wyjdę do ogródka któryś /lub wszystkie/ kręci się koło mnie, czekając na głaskanie.
I zakwitła mi dynia!





piątek, 22 czerwca 2018

Gdzie ta burza?

Susza.
Okrutna.
Niemiłosierna...
Ziemia przesuszona na pół metra - na pewno, a głębiej - nie chciało mi się sprawdzać.
Co kilka dni, a sezonowo nawet codziennie, chmurzy się jakby zaraz miało lunąć. Czasami niebo robi się znienacka tak czarne, że lecę zdejmować pranie ze sznura w ogrodzie, bo przecież zaraz będzie burza.
I co?
NIC.
Za KAŻDYM razem wietrzyk rozwiewa wodne kłębowisko, a my i rośliny musimy obejść się smakiem.
Tak samo było wczoraj. Co prawda, jedna pani w sklepie mówiła, że idzie ochłodzenie i deszcze, ale kto by w to wierzył. Ludzie już dawno opowiadali takie bajki.
Poszłam sobie wczoraj wieczorem na próbę chóru (nie wiem, czy pisałam, że od kilku lat śpiewam sobie sopranem), słońce grzało jak dzikie, niebo błękitne pokazało kilka skłębionych chmur, ale pomiędzy nimi żarzył się czysty błękit, a najmniejszy szmer wiatru nie zapowiadał, że cokolwiek może się zmienić. Termometr pokazywał W CIENIU dużo więcej niż 30 stopni C. Jednym słowem, idąc marzyłam by jak najszybciej znaleźć się w cieniu, lub chłodnych murach.
I tak po dwudziestu minutach naszego "sssssssss", "ma-me-mi-mo-mu", "do-sol-mi-fa-la-fa" i takich tam, musieliśmy zapalić światło. Dziwne to było, bo okna sali w której ćwiczymy wychodzą na zachód, więc kilka minut wcześniej zasłanialiśmy rolety, żeby nas nie raziło. Do ciemności dołączony był wiatr, a właściwie wicher przechodzący w tornado. Szarpał drzewami tak, że istniały obawy, że połamie, jeśli nie drzewa, to chociaż niektóre gałęzie.
A w niebie ktoś odkręcił wąż strażacki. Gruchnęło o szyby chcąc nas przestraszyć. Ulewa była taka, że wszyscy rzucili się do okien, żeby paść oczy dawno nie widzianym widokiem.
DESZCZ!
Trochę mniej radośnie zrobiło się dwie godziny później, bo temperatura spadła do 15 stopni, wiatr dalej wiał zacinając deszczem. Na szczęście wszyscy, którzy mieli samochody ochoczo podjęli się odwiezienia nieodzianych towarzyszy do domów.
Dziś mamy miły chłodek i pochmurne niebo, rokujące, że jeszcze popada.
To dawno zapomniane odczucia. Niechby tak choć z tydzień popadało...