Może ktoś mi to wytłumaczy?
Pamiętam moje dziecięce rozczarowania, gdy raz, drugi i trzeci próbowałam owego "małosolnego" specjału i za każdym razem wykręcało mi buzię. Potem przestałam próbować, choć w dorosłym życiu kilka razy usiłowałam się przekonać, że moje wspomnienia, to tylko dziecięca fanaberia. Niestety.
Tym wspomnieniem udało mi się rozpocząć sezon ogórkowy.
Mam właśnie kilka dni urlopu, który z racji otaczającej mnie rzeczywistości spędzam w domu.
A właściwie w ogrodzie.
Cudo.
Archanioł czuje się coraz lepiej, choć do ideału jeszcze trochę brakuje. Zaczyna przemyśliwać o tym, że jeszcze "ciut, ciut" i wróci do pracy.
To znaczy nie wróci do tego, co było, ale będzie pracował.
Bo do tego, co było - nie ma powrotu. Tamta codzienność go zabijała. Dosłownie.
Wiecznie w biegu, ciągle w nerwach, nieustannie zatroskany i pod presją. Nie miał czasu dla mnie i dla domu.
Zobaczył to teraz, gdy było z nim bardzo źle.
Zobaczył i dotarło to do niego, do samego dna mózgu i serca.
Zaczął cieszyć się każdą wspólnie spędzoną chwilą. Gdy jeszcze był słaby, czekał na moje powroty z pracy wpatrując się w zegar...
Wreszcie przestaliśmy zamartwiać się tym, co będzie jutro, a cieszyć się tym, że mamy siebie, że możemy dbać o siebie nawzajem, że możemy wspólnie spędzać czas, usiąść rano w ogrodzie z filiżanką kawy i patrzeć, jak owady oblatują nasz "zagon dziewanny".
I wspólnie spacerować po lesie. Być razem.
Tak gdzieś od marca zaczęły się nasze codzienne wyprawy do lasu.
W najbliższym czasie postaram się napisać, jak udało się "naprawić" organizm Archanioła, mimo niewiedzy i ignorancji lekarzy. Może przyda się to komuś, kto boryka się z podobnymi problemami.
Kilka moich dni urlopu wykorzystuję nie tylko do picia kawy w ogrodzie, ale i do przygotowywania słoików na zimę.
Do tego dochodzi robienie syropu z dziewanny, (syropu z kwiatów czarnego bzu w tym sezonie zrobiłam malutko - nie było czasu, sił i pogody), nastawiłam też wielkie wiaderko octu jabłkowego - ciekawe, jak wyjdzie, bo w poprzednich latach robiłam znikome ilości.
A, jeszcze jedno.
Mój "czwarty kot", którym zaopiekowaliśmy się dwa lata temu, ten z uszkodzoną łapką, przeszedł w ubiegłym miesiącu operację amputacji tejże kończyny. Bidulek ciągnął ją bezwładną i ciągle kaleczył, mimo starań i opatrunków miał niemal nieustannie otwartą ranę. Udało nam się unieść finansowo to obciążenie dzięki fundacji "Nasz dom". Kto może - niech wspomoże. Fundacja na prawdę pomaga potrzebującym zwierzakom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz