poniedziałek, 18 marca 2013

Zagadka

Co to jest?
- spada z nieba i rymuje się ze słowem: ścieg, pieg, bieg...


Poprawka

Podobno tłumaczą się winni, a ja tu chyba jestem winna nie dość jasnemu opisowi.
Mój post "Miastowi mają lepiej" dotyczył WYŁĄCZNIE osób, które nie korzystają nawet ze skrawka własnej ziemi, równocześnie narzekając na poziom egzystencji.
Dotyczy to obserwacji i spostrzeżeń osobistych - nie postrzegania świata, za pośrednictwem mediów, których unikam.
Z całym szacunkiem patrzę od lat na ciężko pracujących rolników i tych, którzy własnymi rękoma wydobywają z ziemi skarby, by wyżywić swoje rodziny naturalnymi produktami.
Nadal uważam, że w warunkach ciężkich i niesprzyjających - życie na wsi charakteryzuje się ogromną wyższością możliwości w stosunku do miasta.


niedziela, 17 marca 2013

Słoneczko świeci, nos marznie

Mamo - kiedy będzie ciepło i będzie można znowu jeździć na rowerach. Pytanie córki.
Mamo - kiedy będzie tak ciepło, że można będzie pójść na rolki. Pytanie starszego syna.
Mamo - mogę wziąć deskorolkę? Pytanie najmłodszego.
Drugi dzień słońca i już ich nosi.
Jeszcze kilka dni temu cieszyli się, że znowu spadł śnieg [!], ale już nawet im się przejadło.
Wczoraj polecieli na boisko grać w piłkę, a ja cierpnę, że się który pochoruje.
Zima przeszła bez sensacji, wolałabym więc nie mieć szpitala, gdy będzie się robiło coraz cieplej.
Wiosna po prostu stała się koniecznością!
Dziś jak w każdą niedzielę spędziłam mnóstwo czasu w kuchni, dlatego na pocieszenie poczytałam sobie o różnych roślinkach ogrodowych i o kwiatkach, w tym o mojej ulubione nasturcji.
Jest nie tylko śliczna, pożyteczna w ogrodzie, ale i ale lecznicza.
Warto ją zasiać.
Widzieliście, że przyciąga do ogrodu mszyczniki - owady atakujące larwy mszyc?
No i kwiaty można zjeść, z pąków kaparki zrobić, a całość do leczenia wykorzystać.

Wyspiański pięknie ją namalował w krakowskim kościele franciszkanów.


sobota, 16 marca 2013

Zakochany kot i różności

Tytus czuje wiosnę we krwi i mimo, że ma dopiero pół roku wyraża swoje uczucia... w stosunku do męża!

Co dziwne zachowuje się jak wabiąco - nieśmiała kotka. Przeciąga się przy nim, śpiewa, kokietuje...
Do tej pory Archanioł był jedynym, z którym Pan Kot raczył rozmawiać, prowadząc długie dialogi, na sobie znane tematy. Za to niechętnie dawał się mu głaskać i brać na kolana.

U nas dziś cudnie zaświeciło słoneczko. Zimno jest dalej, ale zupełnie zmieniły się nasze humory.
Korzystając z pogody wykonaliśmy kilka koniecznych prac w ogrodzie.
Zrobiłam też przegląd warzyw w garażu (robi za piwniczkę). Nie mamy dosć miejsca, by zrobić zapasy na całą zimę, ale warzywa kupujemy na worki, dlatego trzeba uważać żeby coś nie przywiędło, albo nie porosło. Z wybijających cebulek nawet bym się ucieszyła, bo i tak usiłuję zmusić kilka, by wypusciły szczypior. W tym roku niewiele jest chetnych do współpracy.
Za to zaczęły mi więdnąć buraki. W związku z tym część z nich została pożarta na dzisiejszy obiad,

a reszta znalazła się w wielkim słoju i została poproszona o ładne ukiszenie się na barszcz.
Kartofelki bardzo już wiosnę czują.
I jeszcze jedno.
Jakiś czas temu wysiałam już część pomidorków i czekałam, i czekałam, aż wykiełkują. I nic.
Koleżanka zeznała, że jej już wzeszły (siałyśmy w tym samym terminie).
Wreszcie po zastanowieniu stwierdziłam, że może im zimno. Pomidorki lubią wschodzić w ciepełku.
Przeniosłam więc w czwartek po południu wszystkie doniczuszki na lodówkę do kuchni. Cieplejszego miesca nie znajdę.
Zaglądam do nich w piątek rano (!), a tam:

I niech mi kto powie, że cdów nie ma.
Toż to cud w najczystszej postaci.

piątek, 15 marca 2013

Miastowi mają lepiej, czyli o wyższości życia na wsi

Kiedyś częściej wyjeżdżaliśmy z domu.
Były wypady na weekendy, na kilka dni - gdzieś w Polskę.
Kiedyś na jednym z wyjazdów na wieś pod Nowy Sącz zatrzymaliśmy się w agroturystyce.
Dom dwupiętrowy, zadbany, wręcz "odpicowany". Na podwórzu klimatyczne, zadaszone miejsce na posiadunek i osobny budyneczek "dla letników". Za podwórzem stodoła, "garaż" na traktor i maszyny, dalej tunele z uprawami, a jeszcze dalej pola. Zresztą pola naszego gospodarza były i bliżej i dalej - miły pan gospodarz przewiózł dzieci po okolicy i pokazał. Były i różne zwierzątka - z parką danieli włącznie. Jedzenie podane przez gospodarzy - małmazja. A wszystko swoje. Także mięso.
Po sąsiedzku podobne domiszcza. Piękne, zadbane, godne podziwu dla pracowitości gospodarzy.
W czasie rozmowy mówię: - śliczne tu domy w okolicy, takie zadbane, wręcz bogate. Koło nas trudno o tak wypieszczone.
I cóż słyszę w odpowiedzi: - Pani, jakież tu bogactwo, tu przecie bieda. Człowiek tylko w robocie na okrągło. Nie to co w mieście. Miastowi to mają dobrze. A tu? Ani na wakacje do Egiptu, czy do Hiszpanii...
Opadła mi szczęka i ręce i już tak zostały.
Skąd w ludziach taki niepohamowany pęd do miasta?
Skąd to coraz bardziej fałszywe wyobrażenie o dobrobycie miastowych?
Przez całe wieki zarówno ten na wsi, jak i ten w mieście musieli wstawać o świcie i bardzo szybko przebierać łapkami żeby zarobić na chlebek i dach nad głową. Różnili się tylko tym, że jeden budził się w miejscu pracy, a drugi musiał dotrzeć do warsztatu, manufaktury, a potem fabryki.
Gdy kraj dotknął nieurodzaj - cierpieli obaj. Jeden, bo nie zebrał dość z pola i nie sprzedał, a drugi, bo musiał kupować drogo.
Ale zawsze (tak mi się wydaje) w lepszej sytuacji był ten na wsi.
Jak opustoszała spiżarnia przed nowym, to było dość łąk naokoło i las się zdarzył, który choć trochę przed głodem obronił. W ostateczności zawsze można było kłusować w pańskim lesie.
A w mieście? Jeżeli zabrakło na chleb - jaki był ratunek? Kraść?
W latach powojennych, gdy nastąpił ogromny rozwój przemysłu, miasta pochłaniały ogromne rzesze ludzi, którzy potrzebni byli do pracy.
Praca w mieście dawała regularny i przyzwoity dopływ gotówki.
Na wsi, oprócz pracy i zbiorów trzeba było jeszcze się postarać o spieniężenie własnych produktów.
No i wygoda życia w mieście.
Utwardzone ulice, komunikacja, jasne mieszkania z łazienkami i ciepła wodą, ogrzewane w zimie.
W porównaniu do wsi, która po wojnie dopiero się modernizowała - luksus.
I wszystko było dobrze w mieście, tylko te kilometrowe kolejki w sklepach. To niewystarczające zaopatrzenie. Przywiózł by człowiek ze wsi, z domu rodzinnego, różnych dobroci, ale gdzie to trzymać? Na wsi to komora, piwniczka, strych, spiżarnia, cokolwiek zawsze było.
A w mieście? Ślepa kuchnia, lub tak maleńka, że trudno mijały się dwie osoby.
(Oczywiście były w miastach mieszkania o ogromnych pokojach i z zapleczem, ale te można pominąć, jako należące do mieszczan od kilkudziesięciu i więcej lat. Zresztą władza ludowa najczęściej postarała się o ich zagospodarowanie.)
Wracamy do szarego obywatela i jego M-ileś.
Wszystko było dobrze przez całe lata. Można było ze ślepej kuchni prawie nie korzystać wykupując obiady w zakładowej stołówce, a dzieciom w przedszkolu, czy szkole.
Taki luksus (nie jadania z rodziną) nie wszyscy jednak mieli. Nie każdy zakład pracy karmił pracowników. I tu także było wszystko w porządku, dopóki nie nastąpiła jakiś większy kryzys w zaopatrzeniu, nagła podwyżka cen lub inny kryzys kartkowo - reglamentacyjny. Kolejki były niezauważalną normą, przyjmowaną za coś naturalnego, dopóki po dotarciu do lady można było coś kupić.
Gdy po obfitych latach siedemdziesiątych część społeczeństwa dorobiła się już upragnionego dużego fiata, czy "malucha" można już było przywozić ze wsi wszelkie dobra spożywcze. Byle nie za dużo - bo nie było miejsca na przechowywanie.
Jako dzieci czasami jechaliśmy rowerem do głównej ulicy i w niedzielę po południu patrzeliśmy na ciągi samochodów wracających do miasta. Prawie wszystkie były załadowane pod sufit.
Bo to worek kartofli można było przywieźć i buraczki i marchewkę. Matka jeszcze kurę na odchodne zabiła, albo wcisnęła kawałek cielęciny.  No i chleb, ten prawdziwy.
I tak jeździła sobie ta wygodna, miejska elita na tę "biedną" i zapracowaną wieś, ciesząc się z wygód mieszkania w bloku. Bo to ani drzewa narąbać nie trzeba, ani gnoju wyrzucić, ani do śmierdzącej obory wchodzić. Elegancja - francja.
A na wsi jednoznacznie odbierano wygody życia w mieście. I ten luz - można wsiąść w samochód i przyjechać. Żadne zwierzę nie zakwiczy, nie zatrzyma na miejscu. Z chlewika nic nie zapachnie. Człowiek się nie ubrudzi i nie spoci...
I tak w jednych rosła pogarda, a w drugich zazdrość.
Gorzej gdy w oczy miastowym głód zajrzał, a przewożenie produktów rolnych i mięsa w bagażniku było traktowane jak spekulanctwo i przestępstwo.
Wieś syta, dalej widziała tylko własny trud w zestawieniu z wygodami miasta.
W ostatnich latach życie w mieście przestaje być tak wspaniałe.
Byt drożeje nam na wszelkie możliwe sposoby. Ceny żywności pochłaniają nasze zasoby.
Rozluźniły się związki z wsią - bo gospodarują na ojcowiźnie już nie rodzice, czy rodzeństwo, a kuzyni i dalsi krewni. Minęły lata.
W naszych realiach zniknęły możliwości rozwoju wsi.
Bardzo duża część mieszkańców wsi, posiadaczy ziemi wegetuje w biedzie narzekając na niskie dopłaty lub zapomogi.
Zniknęła przedsiębiorczość i normalność.
A my się na to godzimy. Przyklaskujemy przepisom, które zabraniają własnego uboju. Bo mieszczuch myśli, że z własnego uboju jest "be", bo może brudne, albo jakaś bakteria tam wlezie. Bo z kafelków pod sufit i wielkiej przetwórni kiełbaska lepsza.
To jakim cudem żyliśmy do tej pory?
Miasto narzeka na drożyznę i złą jakość jedzenia. Wieś na niskie ceny skupu.
Pozostaje tylko się modlić, żeby nie spadła na nasz kraj jakaś bieda, bo wtedy miasto zginie z głodu, albo zagryzie wieś, za brak żywności.
Zapominamy, co to jest normalność.
Zapominamy, że wieś także się rozwijała i dorabiała. Nie widzimy, że w sąsiednich krajach rolnik nie wegetuje. Wszelkie niedostatki i głupotę tłumaczymy kryzysem.
Wszystkim się nie opłaca.
A ja pojąć nie mogę, że właściciel kawałka ziemi siedzi w chałupie na butelką wina marki "wino" i narzeka, że mu nikt nie da.
Pracy w mieście nie ma, gospodarstwo się nie opłaca.
Mogę zrozumieć, że konkurencja na rynku rolnym gasi wszelkie zapędy, ale...
Pojąć nie mogę, że siedząc na czterech literach - bo nie ma na podróże do Egiptu - nie zaorze kawałka ziemi, nie wpuści kilku kur do kurnika, nie zasadzi kilku kartofli. Wiem, maszyny też już dawno zamienione na butelki, trzymanie traktora się nie opłaca...
Tam, gdzie mieszczuch ma ścianę i kit w oknie - wieś ma ziemię, która za pot i bolący grzbiet nakarmi.
A tato mówił, że nawet za okupacji, gdy trzeba było przymusowo oddawać swoje produkty, gdy plombowano żarna, wieś nie była głodna.
I na tym polega(ła) wyższość życia na wsi. Na możliwościach. I chceniu.


środa, 13 marca 2013

Zażartowałam

Mój starszy syn ma na imię Benedykt. Urodził się 18 maja (czyje to również były urodziny?)
Młodszy syn ma na imię Franciszek.
Oczywiście zażartowałam, że po papieżu Benedykcie następny powinien mieć na imię Franciszek...

wtorek, 12 marca 2013

Kolejny dzień

Pobudka.
Śniadanie.
Dzieci do szkoły.
Sprzątanie.
Pranie.
Gotowanie.
Po drodze udało mi się wysiać kolejną odmianę pomidorów.
Jako pomysłowy Dobromir, zamiast kupować doniczki do rozsad wykorzystuję obcięte butelki po mleku, którym robię w dnie stosowne dziurki.
Mamy z koleżanką umówioną wymianę roślinek. Ona wysiała paprykę i coś tam jeszcze.
Na inne roślinki jeszcze trochę za wcześnie.
Z utęsknieniem wypatrujemy ocieplenia żeby zająć się ogrodem.
Wrócił najmłodszy ze szkoły i nie wiedzieć czemu wspomina wczorajszą lekcję historii.
- Mama, a ja już umiem o Tutenchamonie i pani opowiadała o jego grobowcu.
- No to z kiedy ten grobowiec ? - zdaję mało precyzyjne pytanie.
- Z poniedziałku.
Obecni wybuchają śmiechem, a młody nie wie o co chodzi.
To przypomniało mi relację z rozmowy podobnego rodzaju.
Moja koleżanka (K) od papryki relacjonowała mi swoją rozmowę z mężem (M) na nasz temat.
Rzecz miała miejsce podczas jazdy samochodem wiele lat temu, gdy jechali by się m.in. spotkać z nami. Były to początki znajomosci.
(K) - Jak się nazywa żona Gabrysia ?
(M) - Gabrysia (?) intonacja męża pozostawia koleżance wątpliwości.
(K) - No. Żona Gabrysia - jak ma na imię?
(M) - Gabrysia.
(K) - No przecież się pytam o Gabrysia. Jak ma na imię jego żona?
(M) - No przecież trzeci raz ci mówię: żona Gabrysia ma na imię Gabrysia!
(K) - Aha...