Wiadomo, że w filmach "dla babów" on kocha, ona nie kocha, ona myśli, że on nie kocha, a on kocha... Ważne żeby na końcu on i ona wreszcie się spotkali i żyli długo i szczęśliwie.
O fenomenie powodzenia takich filmów pisano już prace doktorskie, książki, a może nawet jakiś psycholog otrzymał tytuł profesora...
Ale wbrew pozorom, ja nie o tym. To znaczy - o tym, ale z innej perspektywy.
Wiadomo, że jak wreszcie ona kocha i on kocha, to biorą ślub, zamieszkują w białym domku nad morzem, albo ścielą sobie jakieś inne przytulne gniazdko, a potem zaczyna się codzienne życie, obiadki, wynoszenie śmieci, pranie skarpetek i takie tam romantyczne czynności. Od zasobów kieszeni (pracy) zależy jak codzienne życie się ułoży, bo wiadomo, że niedoprane skarpetki i nie wyniesiony kosz na śmieci zabiją z czasem najbardziej romantyczne porywy.
Dochodzę już do sedna.
Obejrzałam sobie wczoraj (po podaniu obiadu i upieczeniu ciasta) lubiany przez panie film, sprzed dwunastu lat, "Pod słońcem Toskanii".
Rozwiedziona Amerykanka rusza w podróż po ślicznych zakątkach Toskanii, kupuje stary dom, który musi wyremontować, co nie obywa się bez perturbacji, poznaje przystojnego Włocha, z czego nic nie wychodzi, a na końcu poznaje jeszcze kogoś, co daje nadzieję na szczęście...
Skupmy się jednak na remoncie 300 letniego domu. Kilka miejscowych ekip poddaje się na starcie, w dodatku są drodzy. Właściwie wykonuje pracę dopiero kilku oberwańców w różnym wieku. Polacy.
Zbieranina panów, z których chyba żaden nie jest budowlańcem i specjalistą od renowacji zabytków, przywraca dom do dawnej świetności.
Potrafią.
 |
Niektórzy z tych oberwańców są dobrze wykształceni,. Na obczyźnie są niczym |
A przy tm są "tylko biednymi Polakami, którzy nic nie mają". Przynajmniej taka opinie słyszy młody chłopak, który zakochuje się z wzajemnością w miejscowej dziewczynie i chce się z nią ożenić.
Tym jesteśmy na obczyźnie. Tak widzi nas zachód Europy - jak stado biednych oberwańców.
I bądźmy szczerzy - mają rację.
Przecież jeżeli ktoś wyjeżdża z własnego kraju za chlebem, a nie jest wybitnym specjalistą w jakiejś dziedzinie, na którego czeka dawno umówiony kontrakt, ma ze sobą walizkę i dwie ręce.
 |
Amerykanka wstawia się za biednym Polakiem |
Nie ma nic. Jego poparcie, obrona, zaplecze, dom, rodzina, siła, zostają daleko za nim.
Skoro wyjechaliśmy za chlebem, w domyśle, - nie mogło tego majątku zostać za wiele, więc jesteśmy postrzegani, jak w owym filmie. Nie szkodzi, że większośc pracuje lepiej, szybciej i wydajniej od miejscowych. Nie szkodzi, że mamy więcej spryty, zdolności, może inteligencji i umiejętności przystosowawczych.
Zaczynamy i tak od zera. Jesteśmy wyrwani z korzeniami. Wszystko, co bliskie, znane, życzliwe, zostaje daleko.
Takiej szansy i "dobra" życzą nam niektórzy politycy.
Czasami nie trzeba wyjeżdżać do innego kraju. Wystarczy przeprowadzić się z jednego krańca Polski na drugi, by zatracić więzi łączące z innymi ludźmi, z ziemią, z przodkami, z krewnymi. Zaczynamy wtedy walczyć o tu, teraz i wyłącznie dla siebie. Nie tylko bez pamięci, że to ziemia przodków, o którą walczyli, i którą należy szanować, ale to także ziemia naszych potomków, o którą należy zadbać. Wybiera się prywatę i rozpaczliwe dążenie do pozornej wielkości i blichtru Europy, która nie będzie szanować nas, jeżeli sami nie będziemy szanować siebie - swojej historii i kraju, w którym powinniśmy móc zarobić na chleb powszedni. Z masełkiem i szyneczką.
 |
dawne ziemie - wybierają trwałość i jasne zasady współistnienia |