Wracając do niedzieli bez teleranka; polityka, polityką, ale mnie interesowało bardziej, czy kursują autobusy, bo po południu spodziewałam się gości. Ty była moja osiemnastka! Od niedawna mieszkaliśmy w takim miejscu, że starzy znajomi i krewni mogli do nas dotrzeć jedynie samochodem lub autobusem. Dotarli. Były życzenia i prezenty, dobra zabawa i kupa śmiechu, aż w pewnym momencie wszyscy zamarli. Dotarł do nas głuchy, metaliczny hałas, w pierwszym momencie trudny do zidentyfikowania. Tato rozpoznał pierwszy: czołgi jadą. Nie chcieliśmy wierzyć. Zaczęły nam się przypominać filmy: "Czterej pancerni" i podobne. Miał rację. Po kilku minutach hałas zmaterializował się w postaci kolumny czołgów jadących do Katowic. Tato wyszedł do bramy zobaczyć (z domu nie było widać z powodu ciemności) czy to nasze, czy ruskie. Przy tych z czerwoną gwiazdą pewnie poszły by w ruch butelki z benzyną. Duch w narodzie był wielki.
Tych kilkadziesiąt czołgów i transporterów opancerzonych dokładnie zrujnowało moją osobistą uroczystość. Na zawsze. Takich rzeczy się nie zapomina, podobnie, jak osób, które w tamtym czasie dały się we znaki polskiemu społeczeństwu, wielu niszcząc psychicznie, fizycznie i materialnie. Dziś te osoby, lub ich dzieci głośno krzyczą o swoich prawach i plują na tych, którzy wtedy stali po stronie Polski i wolności. Ech... Parszywych czasów doczekaliśmy...
