niedziela, 20 stycznia 2013

Pędzelki "hand made"

Niedawno Ilona z małej zagrody żaliła się, że psują się jej stadami sprzęty domowe.
Usiłowałam ją pocieszyć, że nie tylko jej się to przytrafia, bo w tym samym czasie zepsuła się moja zamrażarka (taka dolna w lodówce) i pralka (katastrofa!). Myślałam, że to koniec.
Nic z tego.
Dziś okazało się, że maszyna do chleba także ulega zmęczeniu.
Zużył się w foremce taki mały "coś" z silikonu przez który przechodzi śmigiełko do mieszania ciasta.
I przez ten mały "coś" trzeba kupić całą nową foremkę, bo producent chyba nie przewidział części zapasowych.
Do trzech razy sztuka. Proszę żeby to już był koniec awarii.
Wczorajszy dzień minął mi na pracach domowych i asystowaniu Panu Mężowi przy naprawie pralki.
Całkiem rozrywkowa praca bo mąż przy takich zajęciach śpiewa. Różności. Można się pośmiać.
Z kolei niedziele są dla mnie dniem stania przy garach.
Codzienne obiady jakoś "robią się" szybko, a w niedziele...
Bo to i osób zawsze więcej, i chyba staram się bardziej wszystkim dogodzić, i ciasto obowiązkowe.
Uff...
Przy okazji oglądania różnych swoich zdjęć natrafiłam na taki, których jeszcze Wam nie pokazywałam.
Jakiś czas temu w przypływie chęci namalowałam kilka rzeczy do domu siostry mojego męża.
Ponieważ w pewnym korytarzu zaczęli gromadzić najróżniejsze rysunki i obrazki przedstawiające koty, dostały im się Pan Kot i Pani Kotka. Namalowane są pędzelkiem. Na zamówienie według wzoru.
 Pędzelków mam całkiem sporą ilość, ale tu potrzebny był cieniusieńki - taki który zostawiałby ślad nie grubszy od mazaka. Nie lubię odstawiać farb żeby lecieć do sklepu, dlatego przy pomocy zapałki, nici, kleju i psiego podszerstka powstały mięciutkie i cieniutkie pędzelki.
Następny w kolejce był "drób łowicki" do kompletu z haftami na poduszkach.
To poduszka.
A to kogucik i kurka. Malowane temperami. Kurce na końcu przybyły jeszcze kolorowe jajeczka, ale to już nie zostało uwiecznione.
A ponieważ moja kochana rodzinka udziela się w góralskiej kapeli, obowiązkowo w strojach ludowych, grając na instrumentach, stworzyłam ikonowe wariacje na temat i tak powstały góralskie anioły...
Gdzieś zniknęły moje zdjęcia, (choć przebijają zza kogutka), mam tylko to powyższe otrzymane już po zawieszeniu grajków na ścianie.
Jak przystało na góralskich muzykantów "anielica" ubrana jest w strój góralski z okolic Nowego Sącza, a anioł w portki z parzenicami, skórzany pas i kapelusz. Oczywiście na nogach oboje mają kierpce. Szkoda, że nie mam zbliżenia ich twarzy, bo udały mi się całkiem nieźle, w dodatku w kanonie ikony.
Na powyższym zdjęciu wyszły jakieś odbicia i plamy, ale to już wina zdjęcia.
To tyle wspominków malarskich.
Może z wiosną znów coś namażę.
Na razie czeka na mnie moc różnorakiego szycia, a i na to czasu ciągle brakuje.






piątek, 18 stycznia 2013

Młodzieży chowanie

Znowu mi matka butów nie wyczyściła...
Takie stwierdzenie kolegi budziło przed laty, w większości słuchających, niedowierzanie i było postrzegane jako dowcip. Gdy ktoś orientował się, że było to powiedziane na serio, kolega stawał się obiektem politowania. Normalnym odruchem było powiedzenie - jak ci nie pasuje, pucuj sobie sam!
Lata mijają i takie zdrowe odruchy w ocenie młodzieży zanikają.
Dziś bardzo wiele nastolatków oczekuje od rodziców pełnej obsługi.
Rodzice zaś w sobie tylko znanym celu młodzież obsługują.
Potem jest już za późno.
Odbieram w ubiegłym tygodniu telefon od mojej nieocenionej koleżanki. Złoto człowiek.
Rady prosi.

Bo to jej syn, a rówieśnik mojej córy obsługi wymaga. Kanapki nie zrobi (biedactwo głodny - mamo zrób), ciucha nie uprasuje (wyjść nie ma w czym - mamo zrób), do sklepu nie poleci (czasu nie ma - mamo idź), pokoju nie sprzątnie (a czemu niby miałby to robić? - chcesz to sprzątaj) Z rodzicami nie pogada, bo z byle kim (służbą znaczy) nie będzie dyskusji prowadził.
No to powiadam - sam sobie jesteś winna.
- Ale latorośl potrafi wyszczekać, że rodzice mają zapewnić.
No to powiadam - zapewnij. Chleb w domu jest? Jest. Masełko? Jest. Wędlinka, serek, inne dobroci? Są. Kuchnia otwarta? Otwarta. Dwie zdrowe ręce ma? Ma.
No to zapewniłaś.

- Ale z ciuchami problem.
Uprałaś? Tak. Żelazko sprawne w domu jest? Jest.
No to zapewniłaś.
Nie o to chodzi, by dziecko samo musiało sobie wszystko robić.
Po to są rodzice by życie ułatwiać, o dzieci zadbać i zapewnić wszystko, co dobre.
Ale też nie ich rolą jest wychowywanie niezaradnych ludzi, nie potrafiących zapewnić nawet sobie podstaw życia codziennego.
Moje dzieci też dostają obiadek pod nos i kolacyjkę na życzenie.
Jednak kiedy rodzice są zajęci, każde z nich potrafi sobie zupy nalać, chlebek posmarować, jajecznicę usmażyć. Potrafią jeszcze dużo więcej.
A kiedy okazuje się, że akurat potrzebny ciuch jest nieuprasowany, wiedzą gdzie jest żelazko i deska do prasowania. Najmłodszemu jeszcze trochę trzeba pomóc i chłopakom podpowiedzieć "na ile kropek" ustawić żelazko.
Do sklepu poproszone polecą, śmieci wyniosą, do pieca dołożą, dywany odkurzą, psu michę wyniosą, kuwetę sprzątną (chociaż bez entuzjazmu). Nawet pranie powieszą i suche zdejmą. I to najczęściej na własne życzenie. W soboty prześcigają się w różnych pracach.
Często pada w moim domu pytanie "mam w czymś pomóc?"
Czasami odpowiedź jest niewygodna, więc prowadzą między sobą ustalenia, handle i wymiany.
Złote dzieci.
Czasami potrzeba telefonu od przyjaciółki, by docenić własne skarby.
A, że czasami łatwo nie jest?
A kto powiedział, że będzie łatwo?
Wracając do przyjaciółki.
Za moją radą trochę niedowładu rąk dostała, trochę czas jej się skurczył.
Zobaczymy.
Ponoć pierwsze efekty i zdziwienia ma już za sobą.
Kiedy patrzyłam w przedszkolu na mamusie i babcie zawiązujące buciki sześciolatkom, było mi ich żal.
I mam i dzieci.
Mam, bo szykowały sobie pracowite życie nigdy niedocenione.
Dzieci, bo stawały się niezaradne i bezwolne.
Potem będzie im coraz trudniej uczyć się podstawowych czynności.
Przede wszystkim coraz trudniej będzie im pojąć, że w życiu nie tylko się należy, ale czasami trzeba wykonać wysiłek.
I tak z dobroci serca wychowuje się społeczeństwo niezaradne i niezdolne do wysiłku i samodzielności.
Z dobroci serca.

czwartek, 17 stycznia 2013

Jak to zrobić?

Oglądam Wasze domy na zdjęciach, które umieszczacie w swoich blogach, przyglądam się sympatycznym psom i kotom buszującym po pokojach i zastanawiam się: jak udaje się Wam utrzymać czystość i porządek przy kudłatych współmieszkańcach ?
Mam tylko jednego psa i jednego kota, ale nie potrafię poradzić sobie z utrzymaniem w domu zadowalającej mnie czystości.
Psiunio swoim kudłatym i dorodnym obliczem brudzi mi nie tylko podłogę, co byłoby do przełknięcia, ale ocierając się o ściany zostawia z czasem na nich przyciemnione smugi, zaś w miejscach ulubionych do odpoczynku wytwarza na ścianach ciemne plamy.
Nie jest to mały pieseczek, którego potrafiłabym często kąpać. To leonberger, którego trudno nawet dokładnie namoczyć, ma tak gęsty i zbity podszerstek, który także z tego powodu pozostaje czysty.
Pies biega po ogrodzie wnosi więc na sobie kurz, piasek, ziemię. Pazurkami pod ciężarem swojego sześćdziesięciokilowego cielska wydziera lakier na schodach, a pijąc wodę z miski zalewa dokoła podłogę.
Jest domownikiem i naszym przyjacielem, trochę terapeutą naszego syna, ma więc wstęp do pokoju, w którym toczy się nasze życie, skutkiem tego są niezliczone kłaki pozostawione na dywanie.
Ręce opadają.
Do kompletu doszedł kiciuś, który nie brudzi, ale za to rozrabia zrzucając różne przedmioty z mebli i ściągając serwety ze stołów, na szczęście robi to rzadko.
Czy może nie znam jakiejś tajemnicy utrzymania czystości w domu, w którym mieszkają zwierzęta?
Jak radzicie sobie ze ścianami, dywanami i podłogami?
Może to tylko śląskie powietrze sprawia, że zwierzęta przenoszą brud do domu?
Widzę u innych, że psy mają swoje domy w jasnych wnętrzach z białymi meblami i jasnymi kanapami, często towarzyszą małym dzieciom w ich pokojach.
Mój pies nie ma wstępu na fotele i kanapy, ale i tak sieje sobą zniszczenie.
Czy ktoś zdradzi mi tajemnicę utrzymania czystych ścian?!!!

Kiedy zaczynałam pisać ten tekst z rana miałam zamiar dołączyć aktualne zdjęcia moich zwierzaków, ale muszę to zostawić na inny dzień.
Dziś mam jeszcze co robić, a i światło już robi się wieczorne.
Korzystając z wolnych mocy przerobowych Pana Męża wybraliśmy się dziś na zakupy.
Takie podstawowe.
W domu, w którym codziennie gotuje się i karmi pięć osób z czego trójkę nastolatków, a weekendy od dwu do czterech osób więcej, potrzeba ogromnych ilości jedzenia.
Nasze zakupy odbywają się więc nie w popularnych supermarketach, a w miarę możliwości w... hurtowniach.
Tym sposobem w kasie domowej pozostaje sporo pieniędzy! W przypadku jednych produktów mniej, a innych więcej. Zależy to oczywiście również z jakim sklepem będziemy ceny produktów porównywać. Dziś zaszokowało mnie porównanie ceny mąki poznańskiej (tego samego producenta) w sklepie: 2,90zł i hurtowni: 1,85zł. To ponad złotówka na kilogramie!
Przez długi czas kupowałam świeżutką i doskonałą mąkę w nowosądeckim młynie. ostatnia cena z końca roku to 2 zł. 
I jak tu nie chcieć unikać kosztów przy niemal codziennym pieczeniu chleba, chałek lub bułeczek.
Zakupy zostały zrobione, a ja jak zawsze będę rozwiązywać problemy logistyczne by w chytry sposób pomieścić wszystko w naszym małym i ciasnym domku...

środa, 16 stycznia 2013

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, czyli mnotonia zimy w mieście

Monotonny i monochromatyczny obraz za oknem, późna jasność dnia i wczesna ciemność nocy, powtarzalne czynności dnia codziennego sprawiają, że życie staje się niesłychanie nużące.
Przynajmniej dla mieszczucha.
Dzień podobny do dnia powoli usypia w człowieku inwencję i chęć do działania, (stąd chyba tygodniowa przerwa w pisaniu bloga.)
To jest ta pora, gdy zapada się w (psychiczny) sen zimowy.
Rano budzenie dzieci, śniadanie, pakowanie, ubieranie.
Potem czynności porządkowe oraz przyczyniające się choć trochę do zapełniania kasy domowej (praca, najczęściej w domu, urozmaiceniem bywa potrzeba wyjechania i załatwienia czegoś), zakupy, gotowanie, pranie, dzieci, obiad, zadania domowe, pogaduchy wieczorne, kolacja, higiena, sen...
Dzień podobny do dnia sprawia, że bardzo trzeba się nie raz natężyć, by odgadnąć nazwę dnia tygodnia.
Staję czasem przy oknie i czekam na ptaki.
Mój ogród jest dla nich enklawą i miejscem odpoczynku. 
(u mnie sroki usiłują porwać kawałki słoniny zawieszone na drzewach, trzeba więc zmyślnie je przywiązywać. Nie radzę sobie ze zdjęciami skrzydlaków w ciągłym ruchu, dlatego pomogłam sobie zdjęciem z netu)
Sąsiednie ogrody utrzymane najczęściej w konwencji angielskiej (trawniki) lub cmentarnej (żywotniki sadzone przy płocie) nie przyciągają skrzydlatych przyjaciół. Dalej są bloki i otwarte przestrzenie z pojedynczymi, smutnymi o tej porze drzewami liściastymi.
Takie mam urozmaicenie tej miejskiej monotonii.
Z zazdrością czytam o ciężkiej pracy mieszkańców wsi, którym przyroda w zamian za ich trud daje ciągłe nowości.
A to zwierzęta własne obdarzą urozmaiceniem (nie zawsze dobrym i oczekiwanym), a to dzika przyroda obdaruje czymś zaskakującym.
Tak to ci, którym doskwiera szarość życia zazdroszczą tym, którzy pewnie by sobie od urozmaiceń i niespodzianek wszelkiego rodzaju chętnie odpoczęli.
Zmagający się w syzyfowym trudzie z zawianymi drogami, z dala od głównych arterii zazdroszczą tym, których denerwują jeżdżące bez przerwy pługi i solarki.
Wstający o świcie, by nakarmić swoje zwierzęta, chętnie pospaliby dłużej.
Wyruszający w ciemnościach z domu, by biec do autobusu i jak niewolni ludzie pracować przez osiem godzin zazdroszczą tym, co zostają w swoim gospodarstwie i rozkładają swoją pracę na cały dzionek.
Zmęczeni betonowym otoczeniem miasta będą zazdrościć tym, którzy mają otwarte przestrzenie na wyciągnięcie ręki, bo nawet płacąc trudami pracy mają przed sobą świat godny pozazdroszczenia.
Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma...
Ale nadal uważam, że miasto ogranicza. Inwencję, wolność, piękno...


A teraz kalka z bloga "Siedlisko pod lipami" - w zbożnym celu, więc liczę na wyrozumiałość.

Ori postanowiła uratować wszystkie psy z pewnej mordowni zwanej schroniskiem, którą władze postanowiły zlikwidować. Przedsięwzięcie jest wielkie i niewyobrażalnie trudne. Na pomoc czeka jeszcze kilkanaście psów, a te które już są pod opieką Domu Tymianka będą wymagały leczenia i solidnego żywienia bo ich stan jest... nie każcie mi pisać jaki bo zapłaczę klawiaturę. Potrzebny jest każdy grosz. A najbardziej potrzebne są KOCHAJĄCE DOMY. Proszę - roześlijcie apel po znajomych, pomyślcie jak możecie pomóc. Każde uratowane życie jest bezcenne, a my jesteśmy warci tyle, ile potrafimy dać z siebie cierpiącym i potrzebującym, zdanym na nas zwierzętom. Można adoptować psa realnie - dając mu miłość i dom albo wirtualnie - łożąc na jego dobrostan - e mail do Ori to: fundacjadomtymianka@gmail.com . Można wpłacić pieniążka na konto Fundacji Dom Tymianka:BZ WBK 52 1090 1694 0000 0001 1684 920, można wystawić dzieło swoich rąk w internetowym sklepiku i sfinansować wysyłkę do nabywcy: Sklepik pod Orionem. Można napisać o tej akcji. Im nas więcej tym więcej psów ma szansę ocalić życie.
Pomóżcie kochani. Warto.



wtorek, 15 stycznia 2013

Bałwany, czyli kawał (niepotrzebnej) roboty

Że za oknem zima - każdy widzi.
A w zimie, wiadomo, pada śnieg.
Ostatnio napadało go całkiem sporo, ale też w pogodne dni znika po trochu i topnieje, przestraszony przez ptaki, które w tym roku bardzo wcześnie ogłaszają wiosnę.
Aż serce rośnie, gdy o świcie nowy dzień witają cudne ptasie trele.
Możliwe, że to brak mrozów tak zmylił ptaszyny, ale ja mam taką teorię, (w której od lat się utwierdzam), że wczesna Wielkanoc idzie w parze z wczesną wiosną.
W tym roku mamy Wielkanoc wyjątkowo wcześnie, bo już ostatniego marca!

Wracając do bałwanów.
Każdego roku z podziwem patrzę na jednego z moich sąsiadów, jak z uporem wywozi taczką śnieg z podwórka. Dzień po dniu, kawałek po kawałku czyści swój teren z białego nalotu właściwego obecnej porze roku.  Po każdych kolejnych opadach wznawia swoją pracę. Dla mnie to jakby niezgodne z naturą i zwykle zadaję sobie pytanie: - po co?
Sąsiad z drugiej strony, podobnie jak my, potrafi przeżyć zimę ze śniegiem w ogrodzie.
Teren jest płaski, równy, nikomu nie grozi zalanie rwącym strumieniem w czasie roztopów, a nawet, gdy trzeba wjechać na posesję samochodem, odbywa się to bez trudu.
Kolejne bałwanki zobaczyłam dziś nieopodal mojego domu.
W niedalekim (niestety) sąsiedztwie znajduje się budynek/bloczysko pełniący funkcję biurowca i hotelu w jednym. Teren jest zadbany, obsadzony drzewkami, krzaczkami, trawniczkiem, a dokoła budynku znajduje się równie zadbany, ogrodzony parking.
Z podziwem przyglądam się jak panowie w bluzach z napisem "ochrona" zbierają z parkingu łopatami śnieg, wrzucają pod plandekę niewielkiej ciężarówki, wyjeżdżają za bramę własnego ternu i wybierają śnieg z ciężarówki, by wyrzucić go na trawnik dokładnie za płotem parkingu. To samo można by zrobić machając łopatami za płot zamiast w górę, na pakę ciężarówki. W dodatku rozładowanie śniegu wymaga wykonania tej samej pracy po raz drugi...
Dziw nad dziwy.
Śniegowe bałwany wiosną stopnieją.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tylko cię miłować potrzeba ...

Kiedyś miałam trochę pieniędzy i postanowiłam ulokować je w (jak mawia mój mąż) "banku ziemskim".
Po prostu kupiliśmy kawałek ziemi w cudnym zakątku świata na skraju Jury.
Wtedy nie trzeba było na to wielkiego majątku.
Gospodarstwo już dawno było zapuszczone - zabrakło sił gospodyni, która została sama na włościach.
Dom przygotowano do generalnego remontu - zerwano podłogi, skuto tynki, wyjęto stolarkę wewnętrzną, rozebrano piece. Ocalały stare, rozpadające się okna.
Urzeczeni urodą okolicy i podwórza, miejscem cichym i ustronnym, zdecydowaliśmy się na zakup z nadzieją na szybkie doprowadzenie domu do stanu używalności.
Jednak czasy dla mnie się zmieniły i remont domu odwlekł się w nieskończoność.
Zniechęceni brakiem dachu nad głową, czyli domu zdatnego do użytku, rzadko zaglądaliśmy przez ostatnie lata na naszą hacjendę.
Czas upływa nieubłaganie i stwierdziliśmy, że to nie w porządku - mieć ziemię i z niej nie korzystać.
 Nie na darmo całe dzieciństwo mama mi śpiewała:
"Oj ziemio, ty ziemio sieroto, jest w tobie i srebro i złoto..."
Tej jesieni postanowiliśmy, że od wiosny zabieramy się do pracy.
Nie będzie łatwo.
Ugór, częściowo zarośnięty brzozami - samosiejkami na ziemi w klasach od trzy do sześć.
W tym spory kawał szczerego piasku z malowniczymi sosenkami.
Jedynie przy domu ziemia wygląda na zdatną do szybkiego przystosowania do upraw.
Zima daje nam czas na planowanie prac i zakupów niezbędnych, by zacząć gospodarować.
Czeka nas karczowanie i intensywne przekopywanie ziemi.
W tym mam już doświadczenie - miałam okazję dwa razy zakładać ogrody na ugorze, na terenie po skończonej budowie.
Kilof i szpadle już czekają. Jednak te narzędzia przydadzą się jedynie do niewielkiego przedogródka. Wszystko, co znajduje się poza podwórzem, a kiedyś było polem uprawnym woła o piłę, siekierę i traktor z pługiem i broną.
Nie wszystko na raz.
Będziemy szczęśliwi, jeżeli w tym roku wydrzemy przyrodzie jakieś trzysta - pięćset metrów kwadratowych. Ma to być zaczątek ogrodu warzywnego. W planie jest ogrodzenie tego spłachetka i posadzenie chociaż kilku krzaczków owocowych: agrestu, porzeczek, malin.
Jeżeli miejsca będzie dosyć, to możliwe, że i drzewka owocowe znajdą tam swoje miejsce.
Ale z tym ostrożnie - ogrodzenie musi być skuteczne, bo niedaleki las ze zwierzyną budzi nasze obawy o los sadzonych roślin.
Od czegoś trzeba zacząć. Gdyby udał się plan minimum - w przyszłym roku pójdziemy dalej.
Będziemy chcieli odzyskać kawałek pola i łąki. Tu będą potrzebne maszyny - czytaj = sąsiedzi.
Do (już niedalekiej) wiosny mamy czas by kompletować narzędzia.
Pamiętam, że jeden z ogrodów w moim życiu brał początek od zdzierania  darni tak zbitej, że trudno było w nią wbić kilof. Żadna maszyna nie mogła tam wjechać, dlatego zdzieraliśmy to, co nam przeszkadzało, metr po metrze, dzień po dniu. Bolały plecy i ręce, ale kiedy było widać efekt - chciało się pracować dalej.
Szpadle są już nawet tam, na wsi.
Oczywiście następne w kolejce będą piły i siekiery. Mam zamiar kupić jakąś solidną, która się nie rozpadnie i nie złamie przy pierwszych twardszych kawałkach drewna, a takie - tanie nie są.
Jeszcze sekatory, motyczki, grabie... Coś na pewno pominęłam. W razie możliwości użycia - czeka kosiarka i glebogryzarka. Do miejsc trudniejszych przyda się na pewno prawdziwa kosa, a może nabędziemy mechaniczną, spalinową?
Teraz czeka mnie jeszcze planowanie roślin jednorocznych.
Pojęcia nie mam jak prędko będę miała ziemię do dyspozycji.
Chcemy zacząć na wiosnę, najwcześniej jak się da. Na początku będą to tylko weekendy i dni wolne od szkoły. Potem całe wakacje.
Możliwe, że w tym roku skończy się tylko na jakichś roślinach na zielony nawóz.
Byłabym szczęśliwa, gdyby dało się posiać i zebrać trochę marchewki, pietruszki i buraków. O pomidorach nawet nie marzę, a bardzo chciałabym mieć dość własnych, żeby zrobić chociaż trochę słoików z przecierem na zimę.
Pomarzyć można.
Taki jest plan minimum na ten rok, ale co dojedzie do skutku i co się uda - życie pokaże.
Już zeszłego lata chcieliśmy wyjechać "do siebie". Wtedy pilne sprawy zawodowe zabrały mężowi cały wolny czas, a bez jego sił sama niewiele zrobię.
Wakacje w mieście zawsze przysparzają nam kłopotów z zapewnieniem dzieciom dostatecznej ilości atrakcji i zajęć. Tym razem postanowiliśmy je spędzić na własnej ziemi.
Nawet gdyby gościł nas tylko namiot, a jedynym zapleczem był "domek z serduszkiem".
Na szczęście w otoczeniu lasów i pól, z drogami, które tylko czekają na rowerzystów, dzieci nie będą się nudzić. Okolica zaś obfituje w ciekawe miejsca przyrodnicze i historyczne. Byle pogoda dopisała.
Zobaczymy.
Trzymajcie kciuki za moje marzenia i siły do ciężkiej pracy.

Oj, ziemio, ty ziemio sieroto,
Jest w tobie i srebro, i złoto,
Jest w tobie dla wszystkich dość chleba,
Tylko cię miłować potrzeba!...

Oj, ziemio, ty matko rodzona,
Przytulasz ty wszystkich do łona,
Oj, dajesz ty życiu swe siły,
A kwiecie rozkwiecasz z mogiły!

Oj, ziemio, ty ziemio kochana,
Nie byłaś ty pługiem orana!
Nie byłaś zroszona ty potem
Ni ziarnem obsiana tym złotym!

Wszystkim, którzy mają jakieś dobre rady w zanadrzu, będę wdzięczna za podzielenie się nimi!

czwartek, 3 stycznia 2013

Odpoczynek z kaszą

Wszystkim tu zaglądającym życzę w Nowym Roku:
Zdrowia, Siły, Cierpliwości,
pieniędzy w ilości zapewniającej co najmniej Spokój Bytu Codziennego,
a od ludzi Życzliwości, Przyjaźni i Miłości,

- mało oryginalnie?
Możliwe, ale jeżeli tyle się spełni, będziemy mieć dość siły i pomysłów na urozmaicanie życia sobie i innym.

Wracając do tematu.
Po wielu dniach świątecznych - błogich i miłych, ale również męczących nastał czas odpoczynku... od świąt.
Dzieci wróciły do szkoły, goście wyjechali, w kuchni zrobiło się przestronniej.
Skończyło się nieustanne zmienianie nakryć i sztućców, parzenie kawy i herbaty, wieczorne pogaduchy i siedzenie do późna.
W ramach odpoczynku dla rąk, do obiadu nie obieram ziemniaków tylko gotuję kaszę.
Kaszę u mnie lubią wszyscy (tak zostali nauczeni).
Z rozmów z różnymi osobami wiem, że kasza w wielu domach jest w pogardzie.
Dlaczego?
Mogę tylko przypuszczać.

Przez wieki kasza jaglana, czyli proso była podstawową potrawą na terenach naszego kraju. Spożywana codziennie z omastą, czyli skwarkami i/lub mięsem, a olejem w czasie postu wypełniała brzuchy naszych przodków.
Mają owe jagły tę zaletę, że doskonale smakują i na słono i na słodko.
Nie tylko proso nas karmiło, bo jak długo historia notuje uprawę zbóż, tak długo ludziom towarzyszą kasze.
Pszenna kasza manna, tak lubiana na słodko przez dzieci, od zawsze była produktem ubocznym przy produkcji mąki.
Kto dziś znajduje dość chęci, by przyrządzić ją sobie na śniadanko na mleku, z cynamonem i cukrem? Komu się chce ugotować ją na gęsto, by pokroić w kwadraty do zupy jarzynowej lub rosołu?
Na porządku dziennym od zawsze zjadaliśmy też kaszę jęczmienną i owsianą - najbardziej znaną jako płatki owsiane. Te ostatnie chyba najdłużej cieszą się powodzeniem za sprawą mieszanek śniadaniowych - z suszonymi owocami - zalewane mlekiem w miseczce.
Ale już tak zwyczajna, rozgotowana owsianka, gości w nielicznych domach. Szkoda, bo daje napęd na wiele godzin.
A taka kasza jęczmienna: ugotowana/rozgotowana z dodatkiem rosołku (lub kostki rosołowej) staje się doskonałym samodzielnym daniem.
Z czasem trafiła do nas kasza gryczana zwana hreczką i - co ważne dla uświadomienia sobie jej pochodzenia - poganką lub tatarką.
Poganie owi przybywając na nasze ziemie (bynajmniej nie w pokoju) mieli ze sobą wory tego specjału ponoć nie tylko do ugotowania, ale również przeparowanej i ususzonej - gotowej do włożenia do paszczy bez dodatkowej obróbki.
Mój mąż z domu wyniósł umiejętność powolnego gotowania kaszy gryczanej na mleku w taki sposób, by ziarenka napęczniały i zamknęły w sobie całe mleko, a potrawa pozostała sypka. Mniam.
Dużo później trafiła do nas (grubsza) kaszka kukurydziana, ze swoim oryginalnym, lekko gorzkawym posmakiem i drobna - mamałyga - kukurydziany grysik, który można przygotować na milion sposobów: na gęsto na rzadko, na wodzie, rosole, mleku, na słodko i na słono. Może być płynna albo twarda tak, że kroi się ją nożem.
Co ciekawe, mimo wielu swoich zalet uważana jest za pokarm biedoty i taki komentarz znajdziemy w wielu tekstach opiewających jej dobro.
Tu właśnie chyba dochodzimy do sedna przyczyn pogardzania kaszą.
Kojarzy się ona z biedą. I wsią.
A przecież przez kilkaset ostatnich lat, kiedy to "państwo" przestali się na co dzień objadać dziczyzną i pieczystym, również na ich stołach gościły wszystkie odmiany kaszy. Bo coś trzeba było jeść, a historia kartofla na na naszych talerzach jest znikomo krótka, w porównaniu z tym, jak długo towarzyszą nam zboża.
Do wymienionych wyżej przetworów zbożowych można dopisać jeszcze popularny ostatnio kuskus i rzadko u nas jadane sago.
To ostatnie pamiętam z dzieciństwa.
Niedostępne na naszym socjalistycznym rynku pojawiało się w naszym domu za sprawą zagranicznych znajomych dziadka.
Ugotowanie kaszy (może poza kaszą manną na mleku) zabiera o wiele mniej czasu niż obranie ziemniaków dla tej samej ilości osób. Ma też ona wiele zalet zdrowotnych, a nawet leczniczych, z zapobieganiem nowotworom włącznie.
Z całą pewnością daje wytchnienie "poświątecznemu" żołądkowi.
Może pora na powrót kasz na nasze stoły?