czwartek, 7 stycznia 2021

Koci dom

 Pogłowie kotów stanęło nam na liczbie 4.

To znaczy - w lecie 3 i odwiedzająca nas kotka, a w zimie 4 na stałe.

I tu się zaczyna cyrk..


Tymon - ten łaciaty, co to bardzo dawno temu "wygryzł" z miejscówki i z domu Tytusa - najmądrzejszego z kotów - tego wychowanego od ślepego maleństwa - boi się wychodzić z domu, jeżeli drzwi do domu nie są "trwale" otwarte. Jednym słowem, od jesieni do wiosny siedzi w domu, czasami wystawiając na zewnątrz czubek nosa, gdy ktoś akurat z domu wychodzi. Wystawia, zaciąga się, i chodu do domu, bo jeszcze mu kto drzwi zamknie, a on zostanie na zewnątrz. 


Maciuś - ten rudy (porzucony) i chyba najstarszy boi się trójnogiego i najmłodszego Feliksa, pieszczotliwie nazywanego Smrodkiem. Bądźmy szczerzy, że to właśnie imię przylgnęło do niego bezpowrotnie...


Smrodka boi się też zimująca u nas po raz kolejny Tara (być może równie stara, jak Maciek i równie, jak on porzucona).

Smrodek zaś rozstawia towarzystwo po kątach zarówno w domu, jak i najbliższej okolicy. Jakimś cudem nie czepia się Tymona, za to Tymon zrywa się i leci w te dyrdy, natychmiast, gdy usłyszy odgłosy choćby najmniejszej rozróby pomiędzy smrodkiem i Tarą, lub (częściej) Smrodkiem i Maćkiem. Jest czystą egzemplifikacją powiedzenia "kocia morda". Ciekawość na czterech łapach.

Maciek, Tara i Smrodek są kotami wychodzącymi, przy czym wypuszczać i wpuszczać należy towarzystwo o odpowiedniej konfiguracji i kolejności, bo może się zdarzyć, że przebywający na wolności Smrodek nie pozwoli wejść do domu zmarzniętej Tarze lub mokremu Maćkowi...

Cyrki świata.

Za to wieczorem, kiedy cała banda jest już w domu i śpi (czasem chrapie) na swoich miejscówkach,

robi się tak jakoś... domowo, cieplutko, miło.

A, czy Wasze koty też potrafią chrapać i mruczeć jednocześnie?

Nieustannie zachwyca mnie ta umiejętność Maćka...


sobota, 25 lipca 2020

Obiecałam napisać, jak udało się uratować Archanioła.
Najpierw jednak opowiem, dlaczego trzeba było go ratować.
W sierpniu, po wizycie u okulisty (trzeba było wymienić okulary, bo stare się rozpadły w pracy, a przy okazji zbadać oczy) okazało się, że na oku pokazała się narośl - do operacyjnego usunięcia.
Drugiego września ubiegłego roku Archanioł trafił do szpitala z rozpapraną, zranioną nogą i poziomem cukru szybującym pod niebiosa. Przysypiał i słabo kontaktował. Było to zaraz po jego powrocie z kolejnej firmowej wyprawy na drugi koniec Polski. Mógł zasnąć. Na zawsze.
Chirurdzy stopę Archanioła uratowali, choć przez chwilę istniało niebezpieczeństwo utraty. Z racji rany na stopie cukrzycowej Archanioł dostawał kroplówki z antybiotykami, a równocześnie zbijano mu poziom cukru insuliną. Lekarze z oddziału wewnętrznego powiedzieli, że trzeba to robić powoli.
Ale co tam - chirurdzy to majsterkowicze - czekać nie lubią. Kto ma pojęcie, wie, że gwałtowne skoki/spadki poziomu cukru prowadzą do porażenia nerwów. Tak. Nie tylko kończyn (mrowienie i słabe czucie w palcach i stopach), ale jak się okazało, nerwów jelita grubego także. Do tego doszło wyjałowienie jelit z potrzebnych bakterii za sprawą antybiotyków...
Tak zaczęły się  o g r o m n e  problemy.
Z cukrzycą Archanioł poradził sobie szybko - waży, mierzy, liczy, strzyka ile trzeba. Poziom cukru wyrównany.
Ale człowiek, który je musi też wydalać. A to okazało się niemożliwe. Perystaltyka jelita grubego była praktycznie zerowa. Zaczęły się ogromne bóle brzucha i beznadzieja - co robić?
Lekarka rodzinna wysłała na kolonoskopię. Termin mniej więcej za trzy miesiące. Jak żyć do tego czasu nie powiedziała...
Lekarka gastroenterolog z doktoratem, zapytała "to od ilu lat ma pan zaparcia ?" Archanioł tłumaczy, że niedawno, dopiero co, że cukrzyca, antybiotyki, itd. Bóle brzucha nie do zniesienia. "To może pan pójdzie do psychiatry?..." Ta porada kosztowała jakieś 170 złotych.
Narośl na oku rosła i ciemniała. Nie było szans na położenie się na okulistyce z powodu jelita.
Potem była kolonoskopia w prywatnej przychodni. Tym sposobem dowiedzieliśmy się, że Archanioł nie ma żadnego raka, martwicy, nieżytów, skrętów i czego tam jeszcze. Ta wiadomość była warta wydanych dziewięciuset złotych.
Dalej nie wiadomo było - jak żyć? Noce nie przespane, Archanioł zwijający się z bólu, a czasami wręcz płaczący. W grudniu była wizyta u pana profesora. Takiego, co to większość innych lekarzy i znających go ludzi przyklęka co najmniej na jedno kolano.
Pan profesor spojrzał na dokumentację medyczną i wyniki badań (wszystko w normie, jak u zdrowego człowieka, łącznie z markerami nowotworowymi, bo takie zalecił lekarz od kolonoskopii), pomyślał chwilę, podrapał się w czoło i na pytanie: "jak żyć?" (to znaczy co zrobić, żeby się w naturalny sposób wypróżnić, bo ni chu-chu nic się nie da, za to brzuch boli do zawścieku) powiedział: "przeczekać". Ta rada była warta 250 złotych. Jednak coś w niej było, bo mimo wycia po nocach, po tygodniu się udało. Raz. I znów od początku... Tydzień za tygodniem bez zmian. Archanioł bojący się jeść cokolwiek, bo jak się je, to trzeba wydalać... Narośl na oku rośnie i jest coraz straszniejsza. Zdecydował się na wizytę na okulistyce; powiedzieli, że oko do usunięcia, ale - trzeba z tym do Krakowa (tylko tam jest onkologia okulistyczna na południe Polski). Po drodze była akupunktura, fizjoterapeutka z masażami i cały czas probiotyki. W lutym  Archanioł był już okropnie słaby, mało wstawał i wysiadł psychicznie. Jakimś cudem dotarł do nas, przez znajomą, numer telefonu do pani profesor. Wiadomo jakie są terminy wizyt u lekarzy - nawet prywatnie. Nie mieliśmy specjalnej nadziei. Był piątek po południu. Archanioł zadzwonił. Nic z tego, nikt nie odbiera. Późnym wieczorem pani prof oddzwoniła - proszę przyjechać w poniedziałek (!) Niezwykłe.
Serca w Warszawie. O co chodzi z podwójnymi sercami w Warszawie ...Pojechaliśmy  Pani profesor za 300 zł/wizyta powiedziała, że nie będzie leczyć Archanioła, póki nie zoperuje oka, i że następnego dnia ma pojechać do Krakowa.
Pojechał. Tłumy ludzi, ręce opadały.  O dziwo dostał się do lekarza dość szybko.
Termin operacji... za tydzień! Takie cuda!
Normalnie czeka się od 1 do 3 miesięcy. Ale zwolnił się termin. Jakimś cudem Archanioł wytrzymał dwudniowy pobyt w szpitalu. Oka nie usunięto!!!, a paskudę wycięto jak należy.
Tydzień później zaczął się koronawirus...
Równocześnie z leczeniem oka po operacji w domu trzeba było walczyć z opornym jelitem i powolną utratą wiary w uzdrowienie.
Wszelkie drogi dalszego leczenia zamknęła epidemia. 
Życie codzienne nie napawało optymizmem. Zwyczajnie nie było poprawy...
Archanioł wymęczony i słaby stracił nadzieję. Powiedział nawet, żeby Pany Bogu głowy nie zawracać, bo wszystkie nasze modlitwy lecą w wszechświat bez odzewu. A modliliśmy się gorąco, możecie być tego pewni. Żeby działać (przecież nie mogliśmy się poddać) zaczęłam codzienne zabiegi refleksoterapii. Nie było spektakularnej poprawy, niemniej, była jakaś ulga w cierpieniu... Były też codzienne masaże relaksacyjne - wszystko, by pobudzić jelito. Dieta zalecana od dawna (błonnik itd, itp) nie przynosiła efektu. Przez wszystkie miesiące, poza tym, gdy był już bardzo słaby, Archanioł chodził na bardzo długie spacery - też, by pobudzić jelito.
Mijały tygodnie, poprawy brak, depresja rośnie, a nadzieja maleje wraz z siłami. Na Archaniołowy przykaz, żeby Pana Boga już zostawić w spokoju, nie mogłam zrobić nic innego, tylko mentalnie do Stwórcy wykrzyczeć pytanie: "co z nim? co dalej? co robić?" I jak mnie nauczono bardzo dawno temu wzięłam do ręki biblię, otworzyłam na chybił - trafił i... dostałam obuchem w łeb: "Albowiem przywrócę ci zdrowie i z ran ciebie uleczę - wyrocznia Pana" Poszłam do leżącego Archanioła i mówię, przeczytaj jeszcze tylko [Jr 30, 17] - i wyszłam z pokoju. Kilka minut później Archanioł był koło mnie z pytaniem: "jak?" Trafić szóstkę w totolotka jest chyba łatwiej niż z opasłej księgi wyczytać taką odpowiedź. Powiedział, że skoro lekarze nie dali rady, a ja przynoszę takie wiadomości, mam go leczyć. Zdrętwiałam. Po raz kolejny poprosiłam Stwórcę o pomoc.
Prawdopodobnie jeszcze tego samego wieczora, gdy szukałam czegoś w internecie, wyświetliły mi się reklamy probiotyków, a moją uwagę zwrócił jeden preparat, nie tani, ale wiedziałam, że muszę go kupić. I jeszcze wyciąg ziołowy o nazwie Colilen pojawiający się wśród innych reklam.
Przywrócona wiara w ozdrowienie, uzupełnianie flory bakteryjnej i lek wspomagający leniwe jelito powoli zaczęły przynosić efekty. Okazało się, że probiotyki zalecane do tej pory i łykane przez wszystkie miesiące można o kant tyłka....
Zaczęło się coraz normalniejsze jedzenie z liczeniem kalorii, by przestać chudnąć, dieta właściwa dla jelita leniwego i cukrzyka równocześnie, i powolny powrót do sił.
Do doskonałości jeszcze trochę, ale wiadomo, że to prawie już...
Tak doszliśmy do codziennych wizyt w lesie, długich spacerów, cieszenia się życiem.
I teraz wiemy, że wokół nas dzieją się cuda. Takie prawdziwe. Boże.

sobota, 18 lipca 2020

Las

Las to prawdziwe cudo.
Las to piękno.
Las to lekarstwo dla ciała i duszy.
Las nam pomógł...

Codzienne spacery pozwalają mi odetchnąć po ośmiu godzinach w hałasie, a Archaniołowi pomagają przywrócić zdrowie i kondycję.W jego przypadku ruch pomaga nie tylko w działaniu porażonego jelita, ale też, przez wyciszenie i wszechogarniający radosny spokój, uruchamia układ przywspółczulny, czyli... także uruchamia jelito.

Żuk wiosenny – Wikipedia, wolna encyklopedia
Żuk wiosenny
Od marca wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu, najpierw ptasie trele i wyśpiewywane ogłoszenia matrymonialne ptasiego bractwa, potem radosne śpiewy ptasich par, potem pracowitych ptasich rodziców.
Las zachwycał wielością odgłosów i siłą ptasich gardeł.
Mniej więcej od początku lipca las się wyciszył, umilkły radosne trele. Z rzadka można usłyszeć krótkie wołanie kosa, który zapomniał, że to już nie wiosna. Czasem wołają na siebie dzięcioły, słychać też kwilenie jastrzębia. Chodząc ścieżkami pośród ogromnych paproci nieustannie musimy uważać, by nie rozdeptać żuków wiosennych lub bezdomnych ślimaków w różnych rozmiarach. Był też "po drodze" wysyp małych żabek, które tysiącami przemieszczały się w mokrym poszyciu.
Wirtualny atlas roślin: Siódmaczek leśny / Lysimachia europaea
Siódmaczek leśny
Została niesłychanie soczysta zieleń w milionach odsłon i konfiguracji.
Jeszcze w kwietniu i maju obrywaliśmy i jedli listeczki z czosnaczka. Francuzi używają go do sałatek. Ma wspaniały, delikatny czosnkowy posmak. Młode listki były tak dobre, że czasami śmiałam się z Archanioła, że chodzi do lasu "paść się" czosnaczkiem.
Każda wędrówka pozwalała nam dojrzeć coś nowego, poznać i nazwać kolejną roślinkę.
Ja osobiście zachwycam się nazwami niektórych z nich - są takie mięciutkie i pogodne.
Na przykład siódmaczek...

Liczydło górskie na drodze do centrum Katowic
Liczydło górskie
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że "nasz" las przylega do ogromnej aglomeracji miejskiej, jaką są Katowice. Tuż za ogromnym blokowym osiedlem, za płotem wielkiego szpitala górniczego, jest rezerwat liczydła górskiego   i las, który w dalszym miejscu zawiera resztki Puszczy Śląskiej, o której pisałam kiedyś.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o leczniczym działaniu lasu, kliknij poniżej:
Jakie choroby leczy las?

środa, 15 lipca 2020

Tajemnica małosolnych ogórków

Od dziecka nurtuje mnie pytanie: "dlaczego ogórki małosolne są tak przeraźliwie słone?!"
Może ktoś mi to wytłumaczy?
Pamiętam moje dziecięce rozczarowania, gdy raz, drugi i trzeci próbowałam owego "małosolnego" specjału i za każdym razem wykręcało mi buzię. Potem przestałam próbować, choć w dorosłym życiu kilka razy usiłowałam się przekonać, że moje wspomnienia, to tylko dziecięca fanaberia. Niestety.
Tym wspomnieniem udało mi się rozpocząć sezon ogórkowy.
 Mam właśnie kilka dni urlopu, który z racji otaczającej mnie rzeczywistości spędzam w domu.
A właściwie w ogrodzie.
Amazon dziewanna wielkokwiatowa – verbascum densiflorum – Leki ...Nawet, gdy padało, siadaliśmy z Archaniołem na fotelach pod daszkiem i patrzeliśmy na moknące drzewa.
Cudo.
Archanioł czuje się coraz lepiej, choć do ideału jeszcze trochę brakuje. Zaczyna przemyśliwać o tym, że jeszcze "ciut, ciut" i wróci do pracy.
To znaczy nie wróci do tego, co było, ale będzie pracował.
Bo do tego, co było - nie ma powrotu. Tamta codzienność go zabijała. Dosłownie.
Wiecznie w biegu, ciągle w nerwach, nieustannie zatroskany i pod presją. Nie miał czasu dla mnie i dla domu.
Zobaczył to teraz, gdy było z nim bardzo źle.
Zobaczył i dotarło to do niego, do samego dna mózgu i serca.
Zaczął cieszyć się każdą wspólnie spędzoną chwilą. Gdy jeszcze był słaby, czekał na moje powroty z pracy wpatrując się w zegar...
Wreszcie przestaliśmy zamartwiać się tym, co będzie jutro, a cieszyć się tym, że mamy siebie, że możemy dbać o siebie nawzajem, że możemy wspólnie spędzać czas, usiąść rano w ogrodzie z filiżanką kawy i patrzeć, jak owady oblatują nasz "zagon dziewanny".
I wspólnie spacerować po lesie. Być razem.
Tak gdzieś od marca zaczęły się nasze codzienne wyprawy do lasu.
las Sosnowy": zdjęcia, obrazy, grafiki, wektory i filmy bez ...Najpierw króciutkie, bo Archanioł słaby był okrutnie, potem coraz dłuższe. W ostatnich dniach muszę nadążać za prawie biegnącym moim lubym. Codzienność to 3 km, a częściej 5 - 6 km. Dla kogoś, to może mało, ale po 8 godzinach ganiania między przedszkolakami, to dla mnie dodatkowy wysiłek.
W najbliższym czasie postaram się napisać, jak udało się "naprawić" organizm Archanioła, mimo niewiedzy i ignorancji lekarzy. Może przyda się to komuś, kto boryka się z podobnymi problemami.
Kilka moich dni urlopu wykorzystuję nie tylko do picia kawy w ogrodzie, ale i do przygotowywania słoików na zimę.
Do tego dochodzi robienie syropu z dziewanny, (syropu z kwiatów czarnego bzu w tym sezonie zrobiłam malutko - nie było czasu, sił i pogody), nastawiłam też wielkie wiaderko octu jabłkowego - ciekawe, jak wyjdzie, bo w poprzednich latach robiłam znikome ilości.
A, jeszcze jedno.
Mój "czwarty kot", którym zaopiekowaliśmy się dwa lata temu, ten z uszkodzoną łapką, przeszedł w ubiegłym miesiącu operację amputacji tejże kończyny. Bidulek ciągnął ją bezwładną i ciągle kaleczył, mimo starań i opatrunków miał niemal nieustannie otwartą ranę. Udało nam się unieść finansowo to obciążenie dzięki fundacji "Nasz dom". Kto może - niech wspomoże. Fundacja na prawdę pomaga potrzebującym zwierzakom.

niedziela, 22 marca 2020

Powroty

Świat opanował jeden temat: wirus. Słyszymy o nim wszędzie.
I dobrze - trzeba wiedzieć, żeby nie narobić szkód sobie i innym.
Znalezione obrazy dla zapytania: wiosenne kwiatyJednak ten całkowicie odmieniony świat (jestem przekonana, że do "starego" już nie ma powrotu) sprawia, że robimy rzeczy prawie zapomniane: dzwonimy do dawno nie słyszanych znajomych, sięgamy po książki, oglądamy filmy, na które brakowało czasu, a nawet przeglądamy stare rodzinne albumy...
Można też zauważyć dawno nie widziany "ruch" na blogach.
Co tu robić?
Nie chcę tu pisać o obawach, jakie towarzyszą większości ludzi, w związku z nieuniknionym w przyszłości załamaniem gospodarczym - na razie mam za co żyć.
Mimo, że dzieci w przedszkolu i żłobku nie ma - nauczycielki pracują. Pierwszy raz "od zawsze" mamy czas na zrobienie porządnych dekoracji w salach przedszkolnych, na dopracowanie planowanych w przyszłości zajęć, na nowe pomysły jak i co pokazać dzieciom, by poznawały świat. Oczywiście program nauczania podaje nam wiele sugestii, ale dzień w przedszkolu jest długi, a dzieci nie znoszą nudy.
Żałuję, że nie policzyłam ile w ubiegłym tygodniu wycięłam kwiatów i motylków z kolorowego papieru - zapewne setki. Wiem tylko, że wyszła tego niezła góra, którą od jutra będzie trzeba zawiesić w odpowiednich miejscach.
Tymczasem spędzam weekend w domu, dziwiąc się temu, co dzieje się za oknem: ranek przywitał nas cudownym słońcem, potem zasypał nas śnieg, który stopniał niemal zupełnie, za to teraz po niebie pędzą ciemne chmury. Koty pozajmowały swoje miejscówki i spokojnie pochrapują.
Archanioł wymęczony przez bolący brzuch także drzemie... W domu cisza i spokój.
Kolega przysłał mi wyszperane w albumie moje zdjęcie - chyba sprzed 30 lat...

Jutro rano będę się dalej martwić: "co dalej?"
Ale to będzie dopiero jutro...

czwartek, 27 lutego 2020

Przypadków nie ma

Obiecałam opowieść...
Kiedy Archanioł był jeszcze w szpitalu z chorą stopą, do sali szpitalnej dołączył bezdomny pan X.
Z braku możliwości utrzymania higieny, przemrożeń, zranień i nie wiadomo czego jeszcze - także miał poważnie chorą nogę. Personel zajął się należycie i sumiennie, zorganizował nawet zastępcze ubrania za te, które trzeba było spalić, bo w takim były stanie, załatwił doraźne ubezpieczenie. Noga została nieco podleczona, a pan X otrzymał informację, że będzie wypisany i musi codziennie dojeżdżać gdzieś, gdzie zmienią mu opatrunek, bo inaczej... po nodze.
Znalezione obrazy dla zapytania: kościół mariacki w krakowieDokąd ma iść chory, bezdomny, bez pieniędzy? I jeszcze - za co dojeżdżać na opatrunki???
Była jesień, pogoda pod psem, zacinał zimny deszcze, było zimno i ohydnie. Psa szkoda by wyrzucić na dwór. A chorego człowieka?
Archanioł miał iść do domu w piątek, pan X w poniedziałek. Jakimś zrządzeniem losu lekarze zostawili Archanioła "dla pewności" w szpitalu do poniedziałku. Panowie razem znaleźli się w hallu szpitala...
Archanioł nie z kamienia, widzi człowieka, który ledwo idzie z bolącą nogą, na dworze deszcz, ulewa, zimno... zapytał, czy człowieka gdzieś podwieźć. Pan X nie ma dokąd pójść i nie wie gdzie iść. Pieniędzy w kieszeni okrągłe zero.
Tym sposobem pan X trafił do taksówki, którą miał wrócić do domu Archanioł.
Pojechał z panem X do noclegowni, potem do drugiej noclegowni, potem do sióstr Kalkutek, które chorego nakarmiły i dały jedzenie na potem, ale noclegowni nie prowadziły. Potem jeszcze noclegownia Albertynów... Wszędzie odpór - nie przyjmą, do pełna, a w ogóle to ten pan nie ma skierowania z mops-u do noclegowni. Został jeszcze dom dla bezdomnych mężczyzn... Archanioł błagał, prosił, potem się złościł, usiłował poruszyć sumienie, wreszcie wyzywał. Nic z tego.
Nie ma papieru - nie ma noclegu.
Tak pan X trafił na łóżko polowe w naszym domu. Dom ciasny, pokoju gościnnego nie posiadamy, ale JAK zostawić chorego człowieka na ulicy, na deszczu i zimnie?
Od rana telefony do mops-u.
I tu się zaczęły cuda.
Na miejsce w domu stałego pobytu dla bezdomnych czeka kilkadziesiąt osób na jedno miejsce. Miejsca zwalniają się bardzo rzadko.
Znalezione obrazy dla zapytania: WawelPan w mops-ie zapytany, jak załatwić dach nad głową, przed zbliżającą się zimą, poważnie choremu człowiekowi, zaczął działać. Po niecałej godzinie, telefon: zwolniło się kilka minut temu !!! miejsce w domu stałego pobytu i pan X został tam wciśnięty po awanturze z poprzedniego wieczoru!
Gdyby Archanioł nie objechał poprzedniego dnia wszystkich noclegowni, nie powiedział wszędzie kilku "ciepłych" słów o chrześcijańskim miłosierdziu, co zostało ponoć zapamiętane, nie udałoby się NIC załatwić.
Tak pan X trafił pod dach do ciepłego, trzyosobowego pokoju, dostaje regularnie jedzenie, był wożony na zmianę opatrunku i przezimował w przyzwoitych warunkach. Kiedy pojechaliśmy go odwiedzić po kilku tygodniach - nie poznałam go. Nie tylko "poprawił się" i przestał być przeraźliwie chudy, ale najbardziej zmieniły się jego oczy. Zniknął z nich brak nadziei, potrafił się nawet uśmiechnąć.
Znalezione obrazy dla zapytania: brama floriańska w krakowieNajlepsze jest to, że pan X ma ponoć wypracowaną emeryturę, ale przez nieporadność i zgubiony dowód osobisty nie był w stanie dobić się swego. Archanioł zabrał człowieka do fotografa, instytucje pomogły z dowodem, mają pomóc z emeryturą.
Na razie nie wiemy co dzieje się dalej z panem X, bo przez cały ten czas walczymy o zdrowie Archanioła. Niewiele się zmienia, ale jednak...
Wczoraj Archanioł miał operację oka, działo się to w Krakowie, na jedynym oddziale okulistyki onkologicznej na południową Polskę. Wszystko poszło, tak jak pójść powinno, paskudztwo zostało usunięte z należytym marginesem, oko - czego długo baliśmy się, bo było zagrożenie utraty - jest na swoim miejscu, Archanioł czuje się dobrze. Co dalej - okaże się.
Jeszcze tylko jelito...
Niech ktoś mądry powie, jak go wyleczyć...