Jeszcze ho, ho...
ale przecież przeleci nam ten czas ani się obejrzymy.
Pora myśleć o prezentach, o spotkaniach z rodziną, o cieple domu i zapachu pierników.
Na pieczenie pierniczków jestem już umówiona.
Jak w zeszłym roku pojedziemy z dziećmi do bratanków i całym stadem będziemy "pierniczyć": wałkować, wycinać, lukrować, ozdabiać.
Jeżeli ktoś wykonuje własnoręcznie podarki, to właśnie dzwoni ostatni dzwonek...
Ostatnio długo wykluwał mi się "kalendarz adwentowy" - czyli woreczki na słodkości, które po napełnieniu cukierkami będą dla dzieci osłodą Czasu Oczekiwania.
Może całość na to nie wygląda, ale pracy było przy nim moc. Przecież nie tylko trzeba przyciąć materiał, potem go zszyć ładnie podwijając brzegi, pod które następnie trzeba było nawlec troczki do związania i powieszenia, przewinąć na prawą stronę i... oto są. Woreczki mają około 10cm x 10cm.
Na ostatni dzień - choinka - już bez miejsca na słodycze, bo przecież tego wieczora słodyczy będzie dosyć.
Ten zestaw pojedzie do domu dwójki niecierpliwych maluchów, a mam nadzieję, że posłuży im choć kilka razy, bo dzieciątek wnet będzie troje. Uwielbiam takie domy, gdzie są dzieci i swoją obecnością wręcz wymuszają stworzenie bożonarodzeniowego nastroju.
Szkoda, że moje dzieci nie są już takimi maluchami, liczącymi każdy dzień do świąt.
Czekają, ale jak na duże dzieci przystało, z większą cierpliwością.
Są już na tyle duzi, że bawi ich bardziej niż cukierkowe odliczanie, robienie własnych ozdób choinkowych.
Co roku pojawiało nam się ich po kilka, niektóre nie przetrwały próby czasu.
W tym roku znów każdy zrobi coś własnoręcznie.
Niewykluczone, że trzeba będzie od nowa zrobić wielometrowy, kolorowy łańcuch, bo ten sprzed kilku lat bardzo już jest sfatygowany.
Za to od lat trwa, w wielkim poszanowaniu, zrobiony ponad dziesięć lat temu przeze mnie papierowy aniołek, który od tamtej pory patrzy na nas z czubka choinki.
Nie wiem, co w tym roku będzie z choinką.
Jaka będzie? Prawdziwa? Sztuczna? Z pęku jodłowych gałęzi malowniczo upietych na ścianie?
Z roku na rok robi nam się coraz ciaśniej. Dzieci rosną, pies zmiata wszystko, co ma w zasięgu ogona, a teraz przybył jeszcze kot.
Pamiętam, że kilkanaście lat temu koty zniszczyły nam prawie wszystkie szklane bombki, bo z uporem maniaka właziły na drzewko i strącały ozdoby. Musiało być coś kuszącego dla kotów w tych dyndadełkach.
Nie sądzę, by Tytus wykazał się w tym względzie jakąś specjalną siłą charakteru.
Trzeba będzie kombinować...
Splata nam się w życiu codzienna szarość, zwyczajność i rutyna z wydarzeniami pięknymi, niezwykłymi i wartymi zapamiętania. Jesteśmy ludźmi, którzy chodząc twrdo po ziemi czasami zaglądają ponad chmury, a czasami zahaczamy głowami o kawałek nieba. Tacy jesteśmy – Archanioły i Ludzie. A w każdym z nas tkwi potrzeba stwarzania tej odrobiny nieba koło siebie. Chcemy mieć w otoczeniu rzeczy piękne...
piątek, 16 listopada 2012
czwartek, 15 listopada 2012
Zielona wyspa
Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?
Idę do mięsnego - ktoś przede mną kończy zakupy. Płaci poniżej 20 złotych.
Następne zakupy robię ja - muszę kupić przynajmniej dwa kurczacze kadłuby zwane porcjami rosołowymi dla Pana Psa, z czego coś tam się uszczknie dla Pana Kota, mięso dla rodziny na obiad i trochę wędliny do kanapek. Takie zakupy to dzienny wydatek od dwudziestu do dwudziestu kilku złotych. Pani za mną płaci kilkanaście złotych.
Piekarnia. Przeciętne zakupy to bochenek chleba, mały lub duży, czasem kilka bułek. Drożdżowe ciastka kupuje co trzeci, czwarty klient. Ciasta z blachy - bardzo niewielu. Jeszcze niedawno klienci wychodzili z siatkami pełnych wypieków, między którymi chleb znikał gdzieś na dnie torby.
Apteka. - A są może jakieś tańsze zamienniki tego lekarstwa?
Spożywczy. Stosiki z czekoladami po 1,60zł już się kończą. Wszystkie droższe leżą sobie nie ruszone.
Stacja benzynowa. Czterech klientów i tylko jedno tankowanie za więcej niż pięćdziesiąt złotych.
Sklepy z ubraniami. Pojedynczy klienci.
Ciucholandy - ruch jakiego życzyłyby sobie inne sklepy.
Przykłady można mnożyć. Sprzedają się rzeczy bardzo tanie. Puste są sklepy, które jeszcze dwa, trzy lata temu nie narzekały na brak klientów.
Poradnia Pedagogiczno - Psychologiczna: - od przyszłego roku nie będziemy wydawać orzeczeń o potrzebie nauczania indywidualnego. Miasto ogranicza fundusze.(obchodzi kogoś czego potrzeba dzieciom?)
Lekarz specjalista - KWIECIEŃ!: - na ten rok już nie zapisujemy.
Proszę szukać prywatnej praktyki.
Dentysta: - tego zęba nie możemy leczyć z ubezpieczenia.
Pracując, każdego roku zostawiamy w kasie ubezpieczyciela grube pieniądze. Potem zaś i tak zostajemy bez opieki i musimy za własne leczenie płacić.
Dlaczego nie mogę się ubezpieczyć tam, gdzie zostanie mi zapewniona opieka, jakiej potrzebuję.
Dlaczego jest tak źle? - skoro jest tak dobrze.
Córa włącza wiadomości, a tam sukcesy. Różne. Nawet takie, które budzą pusty śmiech.
Ale o tym to już można poczytać np. na blogu Wielki Kryzys 2.0.
A ja się ciągle zastanawiam, dlaczego wykształceni ludzie muszą opuszczać naszą ojczyznę żeby się dalej rozwijać, albo przynajmniej pracować. Kształcili się za pieniądze wszystkich - teraz zaczynają zarabiać dla siebie. Może czas to zmienić?
Dlaczego kształcimy młodzież w kierunkach, które już na starcie zapewniają, że będziemy mieć wykształconych bezrobotnych?
Legenda głosi, że w Europie ktoś płaci wyższe podatki niż Polacy. Bajkopisarze nie biorą na pewno pod uwagę ukrytych podatków i wszechobecnych opłat - wszędzie i za wszystko, nawet dochód z mandatów się planuje. (a potem należy wykonać "plan").
Kiedy ludzie powiedzą "dosyć" i zobaczą swoją niewolę?
Podejrzewam, że nie zobaczą.
Są tak zmanipulowani i tak wychowani, że nie widzą dybów w jakie są zakuci.
Wręcz uważają, że bez tych dybów nie mogą żyć!
Do naszego społeczeństwa można przypisać całą gamę psychologicznych mechanizmów obronnych,
które bronią ludzi przed zobaczeniem czarnej rzeczywistości.
Mamy tu: wyparcie [nie jest tak źle], tłumienie [bo co ja mogę zrobić], zwlekanie [poczekam, może będzie lepiej], ascezę [trzeba się dostosować do trudnej sytuacji i zacisnąć pasa], unikanie [odpowiedzialności za własne decyzje i/lub brak właściwych działań], fantazjowanie [przecież mamy wzrost gospodarczy], idealizację [głosowałem na najlepszego, bez tych wszystkich pozwoleń nie wiem jak żyć], maskowanie [to nie ja biorę łapówki], zaprzeczanie [wcale nie działam na szkodę innych], identyfikację [wybrani rządzą tak jak o tym marzyłem], konformizm [mówią mi przecież, że jest dobrze], negatywizm [pokażę kto tu rządzi] i przesądy [ ... a jak PIS dojdzie do władzy, to benzyna będzie po pięć złotych]. (pamiętacie?)
Dodajmy do tego przeszkolenie w zakresie niemocy działania i mamy...
Idę do mięsnego - ktoś przede mną kończy zakupy. Płaci poniżej 20 złotych.
Następne zakupy robię ja - muszę kupić przynajmniej dwa kurczacze kadłuby zwane porcjami rosołowymi dla Pana Psa, z czego coś tam się uszczknie dla Pana Kota, mięso dla rodziny na obiad i trochę wędliny do kanapek. Takie zakupy to dzienny wydatek od dwudziestu do dwudziestu kilku złotych. Pani za mną płaci kilkanaście złotych.
Piekarnia. Przeciętne zakupy to bochenek chleba, mały lub duży, czasem kilka bułek. Drożdżowe ciastka kupuje co trzeci, czwarty klient. Ciasta z blachy - bardzo niewielu. Jeszcze niedawno klienci wychodzili z siatkami pełnych wypieków, między którymi chleb znikał gdzieś na dnie torby.
Apteka. - A są może jakieś tańsze zamienniki tego lekarstwa?
Spożywczy. Stosiki z czekoladami po 1,60zł już się kończą. Wszystkie droższe leżą sobie nie ruszone.
Stacja benzynowa. Czterech klientów i tylko jedno tankowanie za więcej niż pięćdziesiąt złotych.
Sklepy z ubraniami. Pojedynczy klienci.
Ciucholandy - ruch jakiego życzyłyby sobie inne sklepy.
Przykłady można mnożyć. Sprzedają się rzeczy bardzo tanie. Puste są sklepy, które jeszcze dwa, trzy lata temu nie narzekały na brak klientów.
Poradnia Pedagogiczno - Psychologiczna: - od przyszłego roku nie będziemy wydawać orzeczeń o potrzebie nauczania indywidualnego. Miasto ogranicza fundusze.(obchodzi kogoś czego potrzeba dzieciom?)
Lekarz specjalista - KWIECIEŃ!: - na ten rok już nie zapisujemy.
Proszę szukać prywatnej praktyki.
Dentysta: - tego zęba nie możemy leczyć z ubezpieczenia.
Pracując, każdego roku zostawiamy w kasie ubezpieczyciela grube pieniądze. Potem zaś i tak zostajemy bez opieki i musimy za własne leczenie płacić.
Dlaczego nie mogę się ubezpieczyć tam, gdzie zostanie mi zapewniona opieka, jakiej potrzebuję.
Dlaczego jest tak źle? - skoro jest tak dobrze.
Córa włącza wiadomości, a tam sukcesy. Różne. Nawet takie, które budzą pusty śmiech.
Ale o tym to już można poczytać np. na blogu Wielki Kryzys 2.0.
A ja się ciągle zastanawiam, dlaczego wykształceni ludzie muszą opuszczać naszą ojczyznę żeby się dalej rozwijać, albo przynajmniej pracować. Kształcili się za pieniądze wszystkich - teraz zaczynają zarabiać dla siebie. Może czas to zmienić?
Dlaczego kształcimy młodzież w kierunkach, które już na starcie zapewniają, że będziemy mieć wykształconych bezrobotnych?
Legenda głosi, że w Europie ktoś płaci wyższe podatki niż Polacy. Bajkopisarze nie biorą na pewno pod uwagę ukrytych podatków i wszechobecnych opłat - wszędzie i za wszystko, nawet dochód z mandatów się planuje. (a potem należy wykonać "plan").
Kiedy ludzie powiedzą "dosyć" i zobaczą swoją niewolę?
Podejrzewam, że nie zobaczą.
Są tak zmanipulowani i tak wychowani, że nie widzą dybów w jakie są zakuci.
Wręcz uważają, że bez tych dybów nie mogą żyć!
Do naszego społeczeństwa można przypisać całą gamę psychologicznych mechanizmów obronnych,
które bronią ludzi przed zobaczeniem czarnej rzeczywistości.
Mamy tu: wyparcie [nie jest tak źle], tłumienie [bo co ja mogę zrobić], zwlekanie [poczekam, może będzie lepiej], ascezę [trzeba się dostosować do trudnej sytuacji i zacisnąć pasa], unikanie [odpowiedzialności za własne decyzje i/lub brak właściwych działań], fantazjowanie [przecież mamy wzrost gospodarczy], idealizację [głosowałem na najlepszego, bez tych wszystkich pozwoleń nie wiem jak żyć], maskowanie [to nie ja biorę łapówki], zaprzeczanie [wcale nie działam na szkodę innych], identyfikację [wybrani rządzą tak jak o tym marzyłem], konformizm [mówią mi przecież, że jest dobrze], negatywizm [pokażę kto tu rządzi] i przesądy [ ... a jak PIS dojdzie do władzy, to benzyna będzie po pięć złotych]. (pamiętacie?)
Dodajmy do tego przeszkolenie w zakresie niemocy działania i mamy...
wtorek, 13 listopada 2012
Wyrwa
Zapytała mnie Ilona z Mojej Małej Zagrody, czy datę 13-go uważam za szczęśliwą.
Do niedawna taka data, jako osobie urodzonej 13-go była mi całkiem sympatyczna.
Zdarza się jednak w życiu czasami tak, że data staje się straszna i nienawistna.
Miał być dziś krótki wpis uzasadniający takie moje zdanie, jednak najpierw stwierdziłam, że będzie zbyt osobisty, a potem przyszła refleksja, że może jednak trzeba.
Trzeba czasami potrząsnąć otoczeniem żeby doceniło tę zwyczajność jaką ma obok siebie!
Żeby doceniło ludzi, o których myślimy, że będą zawsze i są dla nas oparciem, nawet gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Żeby uzmysłowić sobie jak ważni są ludzie, a nie starty kurz i pełne półmiski, że trzeba cenić ludzkie bycie ponad wszystko.
Bo kilka minut może przewartościować cały świat.
I nie odwlekaj żadnego spotkania, bo może się okazać, że już nigdy nie nastąpi.
Że w twoim życiu pozostanie niczym nie zapełniona wyrwa.
...
Do niedawna taka data, jako osobie urodzonej 13-go była mi całkiem sympatyczna.
Zdarza się jednak w życiu czasami tak, że data staje się straszna i nienawistna.
Miał być dziś krótki wpis uzasadniający takie moje zdanie, jednak najpierw stwierdziłam, że będzie zbyt osobisty, a potem przyszła refleksja, że może jednak trzeba.
Trzeba czasami potrząsnąć otoczeniem żeby doceniło tę zwyczajność jaką ma obok siebie!
Żeby doceniło ludzi, o których myślimy, że będą zawsze i są dla nas oparciem, nawet gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Żeby uzmysłowić sobie jak ważni są ludzie, a nie starty kurz i pełne półmiski, że trzeba cenić ludzkie bycie ponad wszystko.
Bo kilka minut może przewartościować cały świat.
I nie odwlekaj żadnego spotkania, bo może się okazać, że już nigdy nie nastąpi.
Że w twoim życiu pozostanie niczym nie zapełniona wyrwa.
...
- Braciszku, jak tam nauka latania?
- Super!
…
- Jak tam samodzielne loty?
- To coś wspaniałego. Zobacz zdjęcia, gdzie latałem.
…
- Nie boisz się ryzyka? Masz dzieci.
- Daj spokój. To bezpieczniejsze niż jazda samochodem.
Przecież latam już kilka lat.
…
- Przelecisz się ze mną?
- Ja się boję. Mam małe dzieci.
- Przesadzasz.
…
- Nie latajcie razem. Królewskie pary nigdy nie latają razem.
- To bezpieczne, dobra pogoda. Co kawałek lotnisko.
…
- Jak tam na ostatnim wypadzie?
- Cudownie. Mamy mnóstwo zdjęć. Musimy się spotkać. Po
następnej wycieczce.
…
- Pogoda się zmienia, wiatr na wschodni, zimno się robi. Nie
lećcie.
- Dobrze się poleci. Mamy zaproszenie. Zabierają nas
znajomi. Spotkamy się po powrocie.
…
- Dlaczego jeszcze nie dzwoni? Powinni już wrócić., …pewnie
witają się z dziećmi.
…
- Dzwonił twój bratanek. Oboje. Na miejscu.
Dziś mija rok.
Komentarze są zbędne. Spójrz tylko inaczej na swój świat...
poniedziałek, 12 listopada 2012
Puszystokopytny
Są takie dni, gdy wkoło mokro, niebo ciemne i nic, ale to nic się człowiekowi nie chce.
Kiedy wydaje się, że większość rzeczy nie ma sensu, a to co ważne rozpływa się jak mgła i nie ma na tym świecie nic trwałego...
Wtedy malutkim pocieszeniem staje się niespodziewanie przez los zesłane kociątko.
Cieplutkie stworzonko o mięciusieńkich łapkach, które jak najdelikatniej łapią za rękę.
Mój kiciuś, któremu matkuję już ponad dwa miesiące stał się całkiem sporym kiciusiem.
To grzeczny kocurek, zwany przez dzieci "PUSZYSTOKOPYTNYM".
Chętnie się bawi i dotrzymuje nam towarzystwa, a przede wszystkim jest rozpieszczany przez całą rodzinę - bez wyjątków.
Na początku piesio nasz kochany trochę był odsunięty, bo baliśmy się krwawej jatki, jednak, po dłuższych z psem rozmowach okazało się, że między zwierzakami możliwe jest pokojowe współistnienie.
Teraz tylko czasami Tytus robi uniki przed psią paszczą, bo wielki jęzor potrafi go wylizać tak, że na grzbiecie całe futerko jest przemoczone.
Zwykle, gdy chcemy się zorientować, gdzie jest kot - patrzymy na psa.
Kierunek jego pyska wskazuje niechybnie na miejsce przebywania Puszystego.
Czasami oczywiście psina robiona jest przez małego chytrusa w trąbę i maluch przemyka niepostrzeżenie w inną część domu bez wiedzy psa.
Wspinanie się na meble też idzie mu coraz lepiej jednak przekonaliśmy się, że nie powinien jeszcze zeskakiwać nawet z krzesła, bo już kilka razy po takich wyczynach bolała go łapaka.
Ciekawe, czy doczekamy się, że zwierzaki będą spać razem, przytulone do siebie, jak miało to miejsce z poprzednim psem i kotem.
Jedyny kłopot z maluchem jest w nocy, gdy jako stworzenie nocne chce się bawić i biegać, akurat wtedy, gdy nam marzy się najgłębszy sen.
Kiedy wydaje się, że większość rzeczy nie ma sensu, a to co ważne rozpływa się jak mgła i nie ma na tym świecie nic trwałego...
Wtedy malutkim pocieszeniem staje się niespodziewanie przez los zesłane kociątko.
Cieplutkie stworzonko o mięciusieńkich łapkach, które jak najdelikatniej łapią za rękę.
Mój kiciuś, któremu matkuję już ponad dwa miesiące stał się całkiem sporym kiciusiem.
To grzeczny kocurek, zwany przez dzieci "PUSZYSTOKOPYTNYM".
Chętnie się bawi i dotrzymuje nam towarzystwa, a przede wszystkim jest rozpieszczany przez całą rodzinę - bez wyjątków.
Na początku piesio nasz kochany trochę był odsunięty, bo baliśmy się krwawej jatki, jednak, po dłuższych z psem rozmowach okazało się, że między zwierzakami możliwe jest pokojowe współistnienie.
Teraz tylko czasami Tytus robi uniki przed psią paszczą, bo wielki jęzor potrafi go wylizać tak, że na grzbiecie całe futerko jest przemoczone.
Zwykle, gdy chcemy się zorientować, gdzie jest kot - patrzymy na psa.
Kierunek jego pyska wskazuje niechybnie na miejsce przebywania Puszystego.
Czasami oczywiście psina robiona jest przez małego chytrusa w trąbę i maluch przemyka niepostrzeżenie w inną część domu bez wiedzy psa.
Wspinanie się na meble też idzie mu coraz lepiej jednak przekonaliśmy się, że nie powinien jeszcze zeskakiwać nawet z krzesła, bo już kilka razy po takich wyczynach bolała go łapaka.
Ciekawe, czy doczekamy się, że zwierzaki będą spać razem, przytulone do siebie, jak miało to miejsce z poprzednim psem i kotem.
Jedyny kłopot z maluchem jest w nocy, gdy jako stworzenie nocne chce się bawić i biegać, akurat wtedy, gdy nam marzy się najgłębszy sen.
niedziela, 11 listopada 2012
Ostatnie dinozaury
- Kto ty jesteś?
- Polak mały.
- Jaki znak twój?
- Orzeł biały.
- Gdzie ty mieszkasz?
- Między swemi.
- W jakim kraju?
W polskiej ziemi.
- Czym ta ziemia?
- Mą ojczyzną.
- Czym zdobyta?
- Krwią i blizną.
- Czy ją kochasz?
- Kocham szczerze.
- A w co wierzysz?
- W Polskę wierzę.
- Czym ty dla niej?
- Wdzięczne dziecię
- Coś jej winien?
- Oddać życie."
sobota, 10 listopada 2012
Hiszpania - Polska 1:0
To, że w Hiszpanię dotknął ostry kryzys, jedni wiedzą inni gdzieś, coś ledwo słyszeli. Ale co to znaczy - ostry kryzys?
Jako, że dziecię moje wybrało sobie nader intensywną naukę języka Cevantesa, mając także kontakt z autentycznymi, importowanymi do nas lektorkami, coś tam posłyszało.
Wdając się w dyskusję ze swoim tatusiem wywołało temat oblicza kryzysu.
Oprócz przymusowego opuszczania mieszkań, których ludzie nie są w stanie spłacać, w związku z czym rośnie liczba bezdomnych, rośnie też liczba głodnych ludzi w mieście i na wsi!
Rzecz nie do pojęcia głód na wsi.
Osobisty mój rodziciel wspominał, że nawet w ciężkich latach okupacji na wsi było co jeść.
Oczywiście różne klęski powodowały głód na wsi.
Jednak ten dzisiejszy niedobór produktów spożywczych spowodowany jest pozornym dobrobytem, lub przynajmniej dążeniem do niego.
To, że na hiszpańskiej wsi wielu stać jedynie na kilka kartofli dla całej rodziny, okraszonych jednym jajkiem, spowodowane jest współczesnym modelem gospodarki, której celem jest zapewnienie dobrobytu [czytaj - tanio pełnych brzuchów] jak największej liczbie ludności.
Efektem takich dążeń, gdzie niewielu ma nakarmić miliony, są gospodarstwa wielkoobszarowe, specjalistyczne, wielkotowarowe.
Takie gospodarstwo, to najczęściej także gwałt na naturze, bo jest ono wielohektarową monokulturą. To podejście do zagadnień produkcji rolnej powoduje, że rzesze rolników produkują jeden, lub zaledwie kilka produktów, za to na ogromną skalę, z pomocą specjalistycznych maszyn rolniczych dostosowanych do wybranego profilu produkcji.
Kiedy jednak spada popyt na wytwór pracy farmera, zostaje on z pustką w kieszeni i brakiem widoków na zapełnienie lodówki.
Tak nowoczesność przegrywa z zacofanymi gospodarstwami, gdzie to i zagon kapusty i kartofelek i gąska i kózka...
Oczywiście, takie duże gospodarstwa mają swoje uzasadnienie w karmieniu społeczeństwa, ale jak się okazuje są też jego zgubą, gdy "coś idzie nie tak".
Zastanawiając się nad przypadkiem Hiszpanii (w Grecji nie lepiej, bo i ich wyssały niemieckie banki), dochodzę do wniosku, że być może nasza niby zacofana (niestety już nie tak bardzo) gospodarka rolna daje większe nadzieje na przetrwanie kryzysu tym najbardziej narażonym, a na pewno prorokuje mniejszy głód na wsi.
Różnorodność produkcji w małych gospodarstwach daje im nadzieję na sporą samowystarczalność. Mamy też ogromny, niezaprzeczalny skarb - ludzi, którzy pamiętają jeszcze chude lata osiemdziesiąte, gdy w sklepach stał na półkach ocet i tylko ocet.
Niestety, zdążyliśmy już także wyhodować pokolenie, które o solidnej pracy, a zwłaszcza o pracy na roli nie wie nic, a nie wiedząc NIC potrafią się taką pracą brzydzić.
Wracając jednak do kryzysu, który może - oby nie - dotknąć nas, bo ze względu na kredyty i zależności od banków jesteśmy, jako społeczeństwo, następni w kolejce.
Mamy jeszcze perły - Ludzi-Którzy-Wiedzą.
Wiedzą jak się macha łopatą, skąd się bierze kompost, ile gnoju i gdzie podrzucić, jak wyprawić królicze futerko na czapkę, jak nasuszyć chleba i upiec ciasteczka na łoju wołowym (mniam - widział kto ostatnio w sklepie łój?). Bo w obliczu kryzysu znów trzeba będzie obsiać i obsadzić przydomowe ogródki, wyremontować stare kurniki i przeprosić się z kurzym guanem, które odpowiednio potraktowane wzmocni nasze plony.
Wiadomo, że czasy niedoboru najstraszniejsze są w mieście, a te więzi, które miało poprzednie pokolenie mieszkańców miejskich bloków (często się wstydziło) z rodzinami na wsi, bardzo często uległy naturalnemu rozpadowi. Starsze pokolenie, co to i serek zapakowało na drogę i worek kartofli wrzuciło do bagażnika, albo odeszło, albo nie ma już sił pracować.
Gospodarstwo w dawnej formie zaniknęło, ziemię wchłonął rolnik wielkoobszarowy, albo zostało przejęte przez młodego i unowocześnione = zekonomizowane = nastawione na określony rodzaj produkcji. Tak właśnie znikają z zagród gąski i baranki, a rolnik kupuje mleko w kartoniku w najbliższym spożywczaku.
Kiedy wczytuję się w forum hodowców świń okazuje się, że NIKT z młodych już nikt nie wie, jak się chowa jedną świnię przy domu - tak dla siebie i przy okazji.
Nie było potrzeby - umiejętność zaniknęła.
Dziś hodowca wie tylko, że daje się świniom "starter, grover i finiszer" i zna się na smoczkach do pojenia tychże.
Gdzieś zaginął w narodzie instynkt samozachowawczy.
Wszystkim, a na pewno większości wydawało się nagle, że dobrobyt będzie trwał zawsze, chociaż historia uczy, że to nieprawda (może to wina ograniczania nauczania historii?)
Zaginął ten instynkt samozachowawczy, który trwał prze tysiące lat, który kazał rodzicom pokazywać jak się orze, nawozi, sieje, zbiera... Na forum hodowców kur spotkałam pytanie "jak długo kura chodzi w ciąży?". Pomijając ewidentne wagarowanie w okresie szkolnym - mamy świadectwo tego, co potrafi młodzież. Toż to kandydaci do wyginięcia w pierwszej kolejności.
Jak temu zaradzić?
Nawet, gdy nie mamy ogrodów, możemy dzieciom pokazywać różne rzeczy, opowiadać, posiłkować się wszechobecnym internetem. Bo dziecko samo po tę wiedzę nie sięgnie - dla niego nie jest ani ciekawa, ani w życiu codziennym potrzebna - taki abstrakt, z którym nie wiadomo co zrobić. Szkoła na pewno nie sprawdzi się w tym względzie.
Moje dzieci wiedzą jak wygląda ciemna i pachnąca ziemia powstała po zmineralizowaniu kompostu. Pokazywałam, jak wysiewa się nasionka w ziemię. Sadziłam kartofle w ogrodzie w śmiesznych ilościach, tylko po to żeby dzieci zobaczyły, jak się to robi.
Może ta wiedza nigdy im się nie przyda - oby!, ale dzięki niej świat, który je otacza po pierwsze staje się ciekawszy, a po drugie bezpieczniejszy.
... nie rozdziobią nas kruki i wrony... - chociaż upodobały sobie opadłe orzechy w moim ogrodzie. Zawsze znajdą się jakieś orzeszki nie zebrane.
Jako, że dziecię moje wybrało sobie nader intensywną naukę języka Cevantesa, mając także kontakt z autentycznymi, importowanymi do nas lektorkami, coś tam posłyszało.
Wdając się w dyskusję ze swoim tatusiem wywołało temat oblicza kryzysu.
Oprócz przymusowego opuszczania mieszkań, których ludzie nie są w stanie spłacać, w związku z czym rośnie liczba bezdomnych, rośnie też liczba głodnych ludzi w mieście i na wsi!
Rzecz nie do pojęcia głód na wsi.
Osobisty mój rodziciel wspominał, że nawet w ciężkich latach okupacji na wsi było co jeść.
Oczywiście różne klęski powodowały głód na wsi.
Jednak ten dzisiejszy niedobór produktów spożywczych spowodowany jest pozornym dobrobytem, lub przynajmniej dążeniem do niego.
To, że na hiszpańskiej wsi wielu stać jedynie na kilka kartofli dla całej rodziny, okraszonych jednym jajkiem, spowodowane jest współczesnym modelem gospodarki, której celem jest zapewnienie dobrobytu [czytaj - tanio pełnych brzuchów] jak największej liczbie ludności.
Efektem takich dążeń, gdzie niewielu ma nakarmić miliony, są gospodarstwa wielkoobszarowe, specjalistyczne, wielkotowarowe.
Takie gospodarstwo, to najczęściej także gwałt na naturze, bo jest ono wielohektarową monokulturą. To podejście do zagadnień produkcji rolnej powoduje, że rzesze rolników produkują jeden, lub zaledwie kilka produktów, za to na ogromną skalę, z pomocą specjalistycznych maszyn rolniczych dostosowanych do wybranego profilu produkcji.
Kiedy jednak spada popyt na wytwór pracy farmera, zostaje on z pustką w kieszeni i brakiem widoków na zapełnienie lodówki.
Tak nowoczesność przegrywa z zacofanymi gospodarstwami, gdzie to i zagon kapusty i kartofelek i gąska i kózka...
Oczywiście, takie duże gospodarstwa mają swoje uzasadnienie w karmieniu społeczeństwa, ale jak się okazuje są też jego zgubą, gdy "coś idzie nie tak".
Zastanawiając się nad przypadkiem Hiszpanii (w Grecji nie lepiej, bo i ich wyssały niemieckie banki), dochodzę do wniosku, że być może nasza niby zacofana (niestety już nie tak bardzo) gospodarka rolna daje większe nadzieje na przetrwanie kryzysu tym najbardziej narażonym, a na pewno prorokuje mniejszy głód na wsi.
Różnorodność produkcji w małych gospodarstwach daje im nadzieję na sporą samowystarczalność. Mamy też ogromny, niezaprzeczalny skarb - ludzi, którzy pamiętają jeszcze chude lata osiemdziesiąte, gdy w sklepach stał na półkach ocet i tylko ocet.
Niestety, zdążyliśmy już także wyhodować pokolenie, które o solidnej pracy, a zwłaszcza o pracy na roli nie wie nic, a nie wiedząc NIC potrafią się taką pracą brzydzić.
Wracając jednak do kryzysu, który może - oby nie - dotknąć nas, bo ze względu na kredyty i zależności od banków jesteśmy, jako społeczeństwo, następni w kolejce.
Mamy jeszcze perły - Ludzi-Którzy-Wiedzą.
Wiedzą jak się macha łopatą, skąd się bierze kompost, ile gnoju i gdzie podrzucić, jak wyprawić królicze futerko na czapkę, jak nasuszyć chleba i upiec ciasteczka na łoju wołowym (mniam - widział kto ostatnio w sklepie łój?). Bo w obliczu kryzysu znów trzeba będzie obsiać i obsadzić przydomowe ogródki, wyremontować stare kurniki i przeprosić się z kurzym guanem, które odpowiednio potraktowane wzmocni nasze plony.
Wiadomo, że czasy niedoboru najstraszniejsze są w mieście, a te więzi, które miało poprzednie pokolenie mieszkańców miejskich bloków (często się wstydziło) z rodzinami na wsi, bardzo często uległy naturalnemu rozpadowi. Starsze pokolenie, co to i serek zapakowało na drogę i worek kartofli wrzuciło do bagażnika, albo odeszło, albo nie ma już sił pracować.
Gospodarstwo w dawnej formie zaniknęło, ziemię wchłonął rolnik wielkoobszarowy, albo zostało przejęte przez młodego i unowocześnione = zekonomizowane = nastawione na określony rodzaj produkcji. Tak właśnie znikają z zagród gąski i baranki, a rolnik kupuje mleko w kartoniku w najbliższym spożywczaku.
Kiedy wczytuję się w forum hodowców świń okazuje się, że NIKT z młodych już nikt nie wie, jak się chowa jedną świnię przy domu - tak dla siebie i przy okazji.
Nie było potrzeby - umiejętność zaniknęła.
Dziś hodowca wie tylko, że daje się świniom "starter, grover i finiszer" i zna się na smoczkach do pojenia tychże.
Gdzieś zaginął w narodzie instynkt samozachowawczy.
Wszystkim, a na pewno większości wydawało się nagle, że dobrobyt będzie trwał zawsze, chociaż historia uczy, że to nieprawda (może to wina ograniczania nauczania historii?)
Zaginął ten instynkt samozachowawczy, który trwał prze tysiące lat, który kazał rodzicom pokazywać jak się orze, nawozi, sieje, zbiera... Na forum hodowców kur spotkałam pytanie "jak długo kura chodzi w ciąży?". Pomijając ewidentne wagarowanie w okresie szkolnym - mamy świadectwo tego, co potrafi młodzież. Toż to kandydaci do wyginięcia w pierwszej kolejności.
Jak temu zaradzić?
Nawet, gdy nie mamy ogrodów, możemy dzieciom pokazywać różne rzeczy, opowiadać, posiłkować się wszechobecnym internetem. Bo dziecko samo po tę wiedzę nie sięgnie - dla niego nie jest ani ciekawa, ani w życiu codziennym potrzebna - taki abstrakt, z którym nie wiadomo co zrobić. Szkoła na pewno nie sprawdzi się w tym względzie.
Moje dzieci wiedzą jak wygląda ciemna i pachnąca ziemia powstała po zmineralizowaniu kompostu. Pokazywałam, jak wysiewa się nasionka w ziemię. Sadziłam kartofle w ogrodzie w śmiesznych ilościach, tylko po to żeby dzieci zobaczyły, jak się to robi.
Może ta wiedza nigdy im się nie przyda - oby!, ale dzięki niej świat, który je otacza po pierwsze staje się ciekawszy, a po drugie bezpieczniejszy.
... nie rozdziobią nas kruki i wrony... - chociaż upodobały sobie opadłe orzechy w moim ogrodzie. Zawsze znajdą się jakieś orzeszki nie zebrane.
piątek, 9 listopada 2012
Piątkowy ranking
Każdy piątek jest dniem wymyślania potraw bezmięsnych. Gdybym miała kierować się upodobaniami dzieci, to niezmiennie jedlibyśmy naleśniki.
Dlatego ułożyłam dziś w głowie mały ranking dwunastu potraw "piątkowych".
1. naleśniki z serem, nutellą bądź dżemem, czasami z roztopionym żółtym serem i keczapem,
2. racuchy z jabłkami,
3. wszelkie ryby smażone, chętnie z ziemniakami i sałatką z kiszonej kapusty,
4. ruskie pierogi, pierogi z owocami, z serem na słodko, z kapustą i grzybami, jagodami, itd, itp..
5. leniwe pierogi,
6. placki kartoflane,
7. kalafior gotowany z ziemniakami i jajkiem sadzonym lub na miękko,
8. kasza gryczana z zsiadłym mlekiem,
9. ziemniaczki odsmażane z podsmażoną cebulką, podane z kefirem,
10. gorące ziemniaki przemieszane ze śledziami z cebulką pokrojonymi w paseczki,
11. łazanki z serem lub sosem śmietanowo - truskawkowym,
12. drożdżowe kluski na parze z sosem jagodowym kub makowym.
Moje dzisiejsze placki - koniecznie z długich, tartych "nitek".
A Wy, co jadacie, gdy akurat nie pichcicie mięsa?
Dlatego ułożyłam dziś w głowie mały ranking dwunastu potraw "piątkowych".
1. naleśniki z serem, nutellą bądź dżemem, czasami z roztopionym żółtym serem i keczapem,
2. racuchy z jabłkami,
3. wszelkie ryby smażone, chętnie z ziemniakami i sałatką z kiszonej kapusty,
4. ruskie pierogi, pierogi z owocami, z serem na słodko, z kapustą i grzybami, jagodami, itd, itp..
5. leniwe pierogi,
6. placki kartoflane,
7. kalafior gotowany z ziemniakami i jajkiem sadzonym lub na miękko,
8. kasza gryczana z zsiadłym mlekiem,
9. ziemniaczki odsmażane z podsmażoną cebulką, podane z kefirem,
10. gorące ziemniaki przemieszane ze śledziami z cebulką pokrojonymi w paseczki,
11. łazanki z serem lub sosem śmietanowo - truskawkowym,
12. drożdżowe kluski na parze z sosem jagodowym kub makowym.
Moje dzisiejsze placki - koniecznie z długich, tartych "nitek".
A Wy, co jadacie, gdy akurat nie pichcicie mięsa?
Subskrybuj:
Posty (Atom)









