Splata nam się w życiu codzienna szarość, zwyczajność i rutyna z wydarzeniami pięknymi, niezwykłymi i wartymi zapamiętania. Jesteśmy ludźmi, którzy chodząc twrdo po ziemi czasami zaglądają ponad chmury, a czasami zahaczamy głowami o kawałek nieba. Tacy jesteśmy – Archanioły i Ludzie. A w każdym z nas tkwi potrzeba stwarzania tej odrobiny nieba koło siebie. Chcemy mieć w otoczeniu rzeczy piękne...
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Olaboga! nie wytrzymom!
Olaboga! już wyziapac nie mogę.
Żeby w tym upale choć własny tłuszczyk wytapiał się i przepadał bezpowrotnie, byłyby powody do radości.
Po prostu - źle znoszę upały. Znikąd ratunku, nigdzie wytchnienia.
Kilka nocnych godzin pozwala na spokojny sen, za to w dzień mam problem z wykonywaniem jakichkolwiek prac. Popołudniami zapadam w śpiączkę.
W domu, w jadalni ("pokój do życia") połączonej z kuchnią, mimo zasłoniętych podwójnie okien - prawie trzydzieści stopni. W nocy wszystko otwarte na przestrzał, żeby się mury schłodziły, w dzień zamykane, by rozgrzane do białości powietrze nie dostawało się na pokoje.
Przypomniałam sobie, że kiedy zwiedzaliśmy któryś ze skansenów, doznałam miłego zaskoczenia po wejściu do starej chaty krytej strzechą. Był upalny dzień, a w środku dawało się odczuć miły chłodek. Dowiedziałam się, że tak działa strzecha i wysoki stromy dach, pod którym mieścił się niezamieszkany strych. Strzecha okazuje się cudownym wynalazkiem doskonale zatrzymującym ciepło w zimie i nie dopuszczającym do przegrzania latem. Dodatkowo, na podwórzach, tuż obok chaty, zwykle sadziło się potężne drzewa: lipy, klony, jawory, kasztanowce, orzechy.
Niech ktoś nie wysnuwa w tym momencie wniosków, że uważam iż natychmiast należy przywrócić krycie domów strzechą. Uważam natomiast, że należy się uczyć od przodków. Nasza "nowoczesność" trwa zaledwie kilkadziesiąt lat, a oni przez wieki musieli sobie radzić w prymitywnych warunkach bez nowoczesnych technologii.
Skoro udowodnionym jest (przecież to najprostsza wiedza z fizyki), że powietrze jest izolatorem termicznym, to dlaczego dziś buduje się domy, gdzie pod dach "na siłę" upycha się pomieszczenia mieszkalne? Dlaczego tak rzadko myśli się o sadzeniu drzew wokół domu?
Kanadyjskie klony stały się godłem kraju nie tylko z powodu obfitości ich występowania, ale dlatego, że od początków osadnictwa, kierując się starymi wzorami przywiezionymi z Europy, koło każdego budowanego domu, sadzono te drzewa. Stawały się swoistymi klimatyzatorami, w dodatku regulującymi wilgotność najbliższego otoczenia.
Wiem, że wełny mineralne, styropiany i inne cuda wymyślono właśnie do celów izolacyjnych, ale nic nie zastąpi pustej przestrzeni. Ale dziś budowanie jest tak drogie, że wykorzystuje się każdy centymetr powierzchni, także pod skośnymi dachami.
Z płaskimi dachami jest nie lepiej. Przestrzeń (nawet izolowana) między stropem a dachem, pozbawiona dostatecznego przepływu powietrza, (zwykle wywietrzniki o małym przekroju, zabezpieczone kratkami przed ptakami)nagrzewa się jak wszystko dokoła, nie dając spodziewanego wytchnienia ludziom mieszkającym poniżej.
W dodatku w miastach przestano chyba dbać o dobór zieleni. Sadzi się takie rośliny, by było ładnie, niekoniecznie, by było praktycznie. W dodatku "nowoczesność" wymusza pewne ustepstwa, które później mszczą się nieludzkimi warunkami.
Kiedyś niemal każdą ulicę w mieście obsadzano drzewami. Rozwijające się miasta i narastający ruch uliczny wymuszają (?) usuwanie tych drzew. Poszerza się jezdnię i chodniki. W efekcie otrzymujemy bezkresne połacie asfaltu, betony, kamienia, nagrzewające się do granic możliwości, bez sposobu na szybkie schłodzenie. Tu nawet zachód słońca nie przynosi ulgi, bo nocą nagrzane elementy promieniują pobranym ciepłem.
Pamiętam swoją wizytę w zabytkowym Asyżu. Był wrześniowy wieczór, na tyle chłodny, że zakładaliśmy swetry. Zaraz po przekroczeniu zabytkowej, kamiennej bramy miejskiej, swetry trzeba było zdjąć. Nagrzane w ciągu dnia kamienie działały jak wielkie kaloryfery. Gąszcz kamiennych domów, wąskie, kręte i bardzo malownicze uliczki miały temperaturę kilka, a może kilkanaście stopni wyższą niż przestrzeń za murami miasta. Tam mieszkańcy radzą sobie jak mogą - kto był - widział cale połacie ścian pokryte gąszczem doniczek, w których starannie pielęgnuje się przeróżne rośliny. Gdzie było to możliwe, ściany pokrywał bluszcz.
W mojej "wsi" (już pisałam) rosły wzdłuż głównej ulicy kwitnące na biało i czerwono głogi, posadzone po odzyskaniu niepodległości. Sprawującym władzę w czasach PRl-u nie podobało się to wspomnienie wolności, więc w imię nowoczesności zaczęto owe głogi systematycznie wycinać. Ten proces przerwały wydarzenia z lat 80-tych. Dziś ogromna część kilkukilometrowej ulicy jest pozbawiona drzew. Drzewa zniknęły, mimo, iż absolutnie nie było to potrzebne, bo szerokość jezdni i chodnika, nie zmieniły się. Strach tamtędy iść w taką pogodę, jak dziś. Ta część, na której drzewa pozostały, cieszy nie tylko oczy, ale cudownie ocienia i sprawia, że temperatura chodnika jest o kilka stopni niższa.
Jakoś nie wyciągamy wniosków z takich wydarzeń i nie uczymy się:
http://niezalezna.pl/69796-temperatura-w-warszawie-szaleje-wszystko-przez-decyzje-gronkiewicz-waltz
i tym razem nie chodzi mi o politykę, ale o zwykłe życiowe, (nie)rozsądne decyzje.
Patrząc na moje miasto (nie tylko opisaną wyżej ulicę) takie podejście do środowiska, jak w stolicy, nie jest odosobnione.
A ja czekam, aż upały zelżeją i myślę o tym, jak w zimie będę je wspominać i narzekając na zimno, dzwonić zębami...
Żeby w tym upale choć własny tłuszczyk wytapiał się i przepadał bezpowrotnie, byłyby powody do radości.
Po prostu - źle znoszę upały. Znikąd ratunku, nigdzie wytchnienia.
Kilka nocnych godzin pozwala na spokojny sen, za to w dzień mam problem z wykonywaniem jakichkolwiek prac. Popołudniami zapadam w śpiączkę.
W domu, w jadalni ("pokój do życia") połączonej z kuchnią, mimo zasłoniętych podwójnie okien - prawie trzydzieści stopni. W nocy wszystko otwarte na przestrzał, żeby się mury schłodziły, w dzień zamykane, by rozgrzane do białości powietrze nie dostawało się na pokoje.
Niech ktoś nie wysnuwa w tym momencie wniosków, że uważam iż natychmiast należy przywrócić krycie domów strzechą. Uważam natomiast, że należy się uczyć od przodków. Nasza "nowoczesność" trwa zaledwie kilkadziesiąt lat, a oni przez wieki musieli sobie radzić w prymitywnych warunkach bez nowoczesnych technologii.
| o strzechach nie zapomniało, choć stały się teraz luksusem |
Kanadyjskie klony stały się godłem kraju nie tylko z powodu obfitości ich występowania, ale dlatego, że od początków osadnictwa, kierując się starymi wzorami przywiezionymi z Europy, koło każdego budowanego domu, sadzono te drzewa. Stawały się swoistymi klimatyzatorami, w dodatku regulującymi wilgotność najbliższego otoczenia.
Wiem, że wełny mineralne, styropiany i inne cuda wymyślono właśnie do celów izolacyjnych, ale nic nie zastąpi pustej przestrzeni. Ale dziś budowanie jest tak drogie, że wykorzystuje się każdy centymetr powierzchni, także pod skośnymi dachami.
| cień lipy daje miły chłód |
W dodatku w miastach przestano chyba dbać o dobór zieleni. Sadzi się takie rośliny, by było ładnie, niekoniecznie, by było praktycznie. W dodatku "nowoczesność" wymusza pewne ustepstwa, które później mszczą się nieludzkimi warunkami.
Kiedyś niemal każdą ulicę w mieście obsadzano drzewami. Rozwijające się miasta i narastający ruch uliczny wymuszają (?) usuwanie tych drzew. Poszerza się jezdnię i chodniki. W efekcie otrzymujemy bezkresne połacie asfaltu, betony, kamienia, nagrzewające się do granic możliwości, bez sposobu na szybkie schłodzenie. Tu nawet zachód słońca nie przynosi ulgi, bo nocą nagrzane elementy promieniują pobranym ciepłem.
| Asyż (zdjęcie z netu) |
W mojej "wsi" (już pisałam) rosły wzdłuż głównej ulicy kwitnące na biało i czerwono głogi, posadzone po odzyskaniu niepodległości. Sprawującym władzę w czasach PRl-u nie podobało się to wspomnienie wolności, więc w imię nowoczesności zaczęto owe głogi systematycznie wycinać. Ten proces przerwały wydarzenia z lat 80-tych. Dziś ogromna część kilkukilometrowej ulicy jest pozbawiona drzew. Drzewa zniknęły, mimo, iż absolutnie nie było to potrzebne, bo szerokość jezdni i chodnika, nie zmieniły się. Strach tamtędy iść w taką pogodę, jak dziś. Ta część, na której drzewa pozostały, cieszy nie tylko oczy, ale cudownie ocienia i sprawia, że temperatura chodnika jest o kilka stopni niższa.
Jakoś nie wyciągamy wniosków z takich wydarzeń i nie uczymy się:
http://niezalezna.pl/69796-temperatura-w-warszawie-szaleje-wszystko-przez-decyzje-gronkiewicz-waltz
i tym razem nie chodzi mi o politykę, ale o zwykłe życiowe, (nie)rozsądne decyzje.
Patrząc na moje miasto (nie tylko opisaną wyżej ulicę) takie podejście do środowiska, jak w stolicy, nie jest odosobnione.
A ja czekam, aż upały zelżeją i myślę o tym, jak w zimie będę je wspominać i narzekając na zimno, dzwonić zębami...
niedziela, 9 sierpnia 2015
Ktokolwiek wie
Ktokolwiek wie o miejscu w Polsce (mieście, miasteczku, wsi, przysiółku) która przez ostatnie lata rozwinęła się znacząco pod względem ekonomicznym proszony jest o podanie tego cudownego faktu do wiadomości.
Jeżeli przybyło znacząco miejsc pracy, powstały nowe firmy PRODUKCYJNE, niech mnie oświeci i napełni nadzieją, bo mam wrażenie, że przybyło jedynie miejsc pracy w Biedronkach i podobnych sklepach. będących własnością obcego kapitału. Zresztą najczęściej zatrudnia się tam pracowników kosztem likwidujących się małych sklepików będących własnością naszych obywateli.
Jeżeli w jakimś regionie znacząco wzrósł poziom życia - niech o tym opowie. (Warszawa się w tym opowiadaniu nie liczy. Jest tam zbyt wielu ludzi, którzy żyją w oderwaniu od realiów reszty kraju.)
Bo po mojemu w ostatnich latach rzeczywistośc wyglada jak w tym opisie znalezionym w sieci:
Kiedy wiec słyszę, że oskarżenia o zrujnowanie kraju są nieprawdziwe, że przecież żyjemy w świetlistej krainie miodem i mlekiem płynącej, a mowa o jego odbudowie z ruin jest wyłącznie jątrzeniem, to znajduję na to jeszcze jedną odpowiedź z sieci:

To tylko JEDNO miasto, myślę, że można by tutaj dołączyć litanię kilkuset miast i miasteczek, które znalazły się w podobnej kondycji. W tym moje, całkiem przecież spore, miasto.
Dlatego nie dam już szansy tym, którzy do tego doprowadzili.
Nie dam sobie też wmówić, że nic się nie da zrobić. To postawa przegranych i niewolników.
Wszystko można.
Skoro państwo może się odrodzić po 123 latach nieistnienia, może też zakwitnąć po kilku latach niszczenia. Przynajmniej należy spróbować...
Jeżeli przybyło znacząco miejsc pracy, powstały nowe firmy PRODUKCYJNE, niech mnie oświeci i napełni nadzieją, bo mam wrażenie, że przybyło jedynie miejsc pracy w Biedronkach i podobnych sklepach. będących własnością obcego kapitału. Zresztą najczęściej zatrudnia się tam pracowników kosztem likwidujących się małych sklepików będących własnością naszych obywateli.
Jeżeli w jakimś regionie znacząco wzrósł poziom życia - niech o tym opowie. (Warszawa się w tym opowiadaniu nie liczy. Jest tam zbyt wielu ludzi, którzy żyją w oderwaniu od realiów reszty kraju.)
Bo po mojemu w ostatnich latach rzeczywistośc wyglada jak w tym opisie znalezionym w sieci:
Kiedy wiec słyszę, że oskarżenia o zrujnowanie kraju są nieprawdziwe, że przecież żyjemy w świetlistej krainie miodem i mlekiem płynącej, a mowa o jego odbudowie z ruin jest wyłącznie jątrzeniem, to znajduję na to jeszcze jedną odpowiedź z sieci:
To tylko JEDNO miasto, myślę, że można by tutaj dołączyć litanię kilkuset miast i miasteczek, które znalazły się w podobnej kondycji. W tym moje, całkiem przecież spore, miasto.
Dlatego nie dam już szansy tym, którzy do tego doprowadzili.
Nie dam sobie też wmówić, że nic się nie da zrobić. To postawa przegranych i niewolników.
Wszystko można.
Skoro państwo może się odrodzić po 123 latach nieistnienia, może też zakwitnąć po kilku latach niszczenia. Przynajmniej należy spróbować...
sobota, 8 sierpnia 2015
Kot w butach
Już pisałam o dzisiejszym podejściu do przedmiotów, o nakręcaniu popytu przez produkcje przedmiotów nietrwałych. Wszystko się kręci gdy jest dobrze, kiedy nadchodzi kryzys zaczynamy dostrzegać nicość dzisiejszych produktów.
Niedawno przeczytałam takie wynurzenie: przeziębiony chciałem sobie zrobić mleko z miodem, masłem i czosnkiem. Okazało się, ze mam w domu mleko w proszku, miks masła z olejem, sztuczny miód i chiński czosnek pozbawiony smaku. Nijakość, sztuczność i żałosna jakość dosięgnęła nas wszystkich.
Oczywiście przykład jest przesadzony, bo w sklepie można kupić prawdziwy miód (trzeba uważać na chiński, produkowany przez pszczoły karmione cukrem i pozbawiony wartościowych związków zbieranych z kwiatów), można kupić prawdziwe masło, które przegrywa z miksami ceną, można kupić wyrób bardziej mlekopodobny od mleka w proszku, a jak dobrze poszukać, to znajdziemy polski czosnek o właściwym smaku i wartościach. Tyle, ze to wszystko wymaga wysiłku i starań, bo powszechne wszędzie staje się badziewie i wyroby xxxx-podobne. (xxxx - podstawić dowolny produkt)
Ale wracając do kota w butach.
W bajce wielokrotnie słuchanej przed laty przez moje dzieci brzmiało takie niezwykłe zdanie (już cytowane na blogu): weź kocie buty moje, dostałem je po dziadku. Są jeszcze prawie nowe.
Z dzisiejszym podejściem łatwo wykpić takie podejście. Kto by chodził w starych, kilkudziesięcioletnich butach. Przyznam, że i dla mnie byłoby to trudne. Chcę się jednak skupić na dawnym podejściu do przedmiotów i filozofii życiowej, która nakazywała używać przedmiotów tak długo, jak długo były do tego użytku zdatne.
Porządne buty przez wieku były produktem drogim i luksusowym. Bogacza od zawsze poznawało się nie tylko po stroju, ale przede wszystkim po butach. W języku polskim funkcjonowało nawet określenie "karmazyn" oznaczające bogatego szlachcica. Wzięło się ono od koloru barwionej i starannie wyprawionej skóry, z której szyto najdroższe buty.
Jak wiadomo buty staja się najwygodniejsze tuż przed wyrzuceniem - gdy są rozchodzone i dokładnie uformowane na naszej nodze. Wtedy też zwykle są bardzo zniszczone. Dlatego przez wieki buty dbano z wielką starannością. Te najlepsze zwykle czekały na użycie na prawidłach, na sezonową odstawkę szły starannie wyczyszczone i wypchane, by nie straciły fasonu. Oddawano je szewcowi, gdy wymagały naprawy i ratunku. Wymieniano im podeszwy, okuwano dziurki, czasem zszywano lub łatano cholewki.
Buty są podstawą naszych codziennych czynności. Niewygodne potrafią skutecznie utrudnić, a nawet uniemożliwić normalne życie. A jednak tak dziś trudno o porządny produkt.
Producenci nakręcają podaż wypuszczając na rynek ciągle nowe modele i zmieniając mody. Przy czym idąc do sklepu mamy zazwyczaj wybór miedzy dżumą a cholerą. Najtańsze rozlatują się po tygodniu, pęka cholewka, ściera się na wylot podeszwa, wyrywają się szlufki lub metalowe kółeczka do sznurówek.
Reklamacji nie ma, bo producent zawsze może powiedzieć, że uszkodzenia mechaniczne powstały z winy użytkownika. Trzeba więc szukać butów droższych, wykonanych "po Bożemu", z jako taką gwarancją na ich dłuższe, niż tygodniowe, użytkowanie. Wracamy więc do traktowania ich "po dawnemu". Kto z szanownych czytelników nie ma w domu takiej "starej" ulubionej pary, najwygodniejszych butów. Takich, które przeżyły już kilka nowszych modeli, i które szkoda wyrzucić, bo choć podniszczone, są najwygodniejsze?
Tkwi więc w nas potrzeba posiadania rzeczy solidnych, których używamy nawet po latach, gdy widać na nich ząb czasu. Będziemy jednak o nie dbać.
Okazuje się więc, że oferowane kotu buty mogły być na prawdę solidne.
Dzisiejsze społeczeństwo zajmujące się przetwarzaniem i produkcją śmieci zdaje się nie pamiętać, że przez wieki szacunek dla przedmiotów był wielką cnotą, a nie wyrazem biedy, czy sknerstwa.
Pomijając szacunek do drogich butów, podobnie były traktowane damskie i męskie stroje.
Przez wieki damskie suknie wymagające wielu metrów, często bardzo drogich materiałów, były przerabiane nieskończoną ilość razy. Aksamity, jedwabie, bisiory, złotogłowia ciągle nadawały się do uszycia kolejnego najmodniejszego fasonu sukni. Do dworów sprowadzano papierowe wykroje, które służyły pomocą przy nieustannych przeróbkach strojów. Wymagała tego nie tylko radykalna zmiana mody (kiedyś rzadka), ale zwykłe "opatrzenie się" z posiadaną sukienką. Zmieniano wstążki, koronki, dorabiano nowe kwiaty, upinano inaczej fałdy i falbanki spódnic. Bywało, że te najdroższe przekazywano w spadku.
Podobnie było ze strojami męskimi. W polskim stroju szlachecki żupan mógł być zwykły, codzienny - lniany, ale te wyjściowe szyto z wzorzystych jedwabi, a czasem z bisioru. Materiały były tak drogie, iż zdarzało się, że tył żupana, zakrywany kontuszem był z tańszego materiału niż reprezentacyjny przód.
Kontusze zaś - wizytówki bogactwa posiadaczy - ozdabiano guzami, których wartość sięgała czasami kilku wsi.
Czas żupanów i kontuszy przeminął, podobnie jak koronkowych kołnierzy i mankietów oraz bogatych haftów w cudzoziemskich strojach. Pojawiły się fraki, i garnitury. Wydawać by się mogło, że bogaty z nonszalancją podejdzie do tematu. Zaplamiony, z dziurką wypaloną przez cygaro, naddarte przez nieuwagę spodnie i strój powinien wylądować w śmietniku. Nic z tych rzeczy. Stroje szyte na miarę przez najlepszych krawców zawsze mogły liczyć na naprawę. Krawiec przez lata zajmował się artystycznym łataniem dziur, czyszczeniem plam, a często wymianą całego zniszczonego elementu fraka czy marynarki.
Działo się to nie dlatego, że właściciela nie było stać na nowy strój, ale dlatego, że nikt nie widział potrzeby wyrzucania dobrej i eleganckiej odzieży, która wymagała jedynie drobnej korekty.
Podobnie działo się ze strojami ludowymi. Ich wykonanie, lub zakup wymagały tyle trudu, że i one były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przędzenie, farbowanie tkanie, haftowanie zabierało rzecz najcenniejszą i kosztowną - czas. Starannie wykonana koroneczka, czy wyszywana bluzka stawały się dobrem wartym szacunku i starannego zachowania.
Dziś zniknęła elegancja stłumiona taniością=bylejakością, a podejście do przedmiotów zmieniło się diametralnie.
Wymieniamy podłogę, bo stała się niemodna (na zachodzie ponoć średnio co 2 lata, jak mnie pouczano o ideale do którego dążymy w handlu), skuwamy kafelki w łazience, wymieniamy sprzęt agd, bo ma "niemodny dizajn", wyrzucamy meble, bo musimy nadążać za obowiązującymi trendami.
A przecież trendy tworzone są sztucznie.
Przez wieki mody nie zmieniały się nigdy tak szybko, jak dziś. Dwa, trzy pokolenia, czasami więcej, potrafiły się cieszyć starannie wykonanymi, solidnymi, z prawdziwego, czasem szlachetnego drewna, meblami.
Dziś narzekamy na badziew wykonania, rozpadające się meble z płyty, rozlatujące się buty, złej jakości stroje, sprzęt rtv i agd, który ma określoną żywotność, a potem nadaje się wyłącznie na śmietnik.
Musimy więc kupować następne i następne...
Kiedyś ludzie się "dorabiali", mogli przekazywać dzieciom rzeczy solidne i trwałe. Czego my się dorabiamy? Samochodu, który po kilku latach nic nie jest wart? Ubrań, które po tygodniu maja wartość ścierki? "Nowoczesnego" domu, budowanego w takiej technologii, że taniej jest wybudować nowy, niż po latach bawić się w jego remont? Mebli, które za pół roku będą niemodne, albo się po prostu zaczną rozpadać?
No chyba, ze jest to dom solidnie wymurowany według przestarzałych wzorców, mebli wykonanych według starych wzorów (lub autentycznych starych), solidnej porcelany w klasycznych wzorach i zupełnie już dziś niemodnych sreber.
Tkwimy w zaklętym kręgu: kupuję tanie, nietrwałe, nie dbam - bo tanie, szybko niszczę, muszę znów kupić, najlepiej tanie...
Niedawno przeczytałam takie wynurzenie: przeziębiony chciałem sobie zrobić mleko z miodem, masłem i czosnkiem. Okazało się, ze mam w domu mleko w proszku, miks masła z olejem, sztuczny miód i chiński czosnek pozbawiony smaku. Nijakość, sztuczność i żałosna jakość dosięgnęła nas wszystkich.
Oczywiście przykład jest przesadzony, bo w sklepie można kupić prawdziwy miód (trzeba uważać na chiński, produkowany przez pszczoły karmione cukrem i pozbawiony wartościowych związków zbieranych z kwiatów), można kupić prawdziwe masło, które przegrywa z miksami ceną, można kupić wyrób bardziej mlekopodobny od mleka w proszku, a jak dobrze poszukać, to znajdziemy polski czosnek o właściwym smaku i wartościach. Tyle, ze to wszystko wymaga wysiłku i starań, bo powszechne wszędzie staje się badziewie i wyroby xxxx-podobne. (xxxx - podstawić dowolny produkt)
W bajce wielokrotnie słuchanej przed laty przez moje dzieci brzmiało takie niezwykłe zdanie (już cytowane na blogu): weź kocie buty moje, dostałem je po dziadku. Są jeszcze prawie nowe.
Z dzisiejszym podejściem łatwo wykpić takie podejście. Kto by chodził w starych, kilkudziesięcioletnich butach. Przyznam, że i dla mnie byłoby to trudne. Chcę się jednak skupić na dawnym podejściu do przedmiotów i filozofii życiowej, która nakazywała używać przedmiotów tak długo, jak długo były do tego użytku zdatne.
Porządne buty przez wieku były produktem drogim i luksusowym. Bogacza od zawsze poznawało się nie tylko po stroju, ale przede wszystkim po butach. W języku polskim funkcjonowało nawet określenie "karmazyn" oznaczające bogatego szlachcica. Wzięło się ono od koloru barwionej i starannie wyprawionej skóry, z której szyto najdroższe buty.
Jak wiadomo buty staja się najwygodniejsze tuż przed wyrzuceniem - gdy są rozchodzone i dokładnie uformowane na naszej nodze. Wtedy też zwykle są bardzo zniszczone. Dlatego przez wieki buty dbano z wielką starannością. Te najlepsze zwykle czekały na użycie na prawidłach, na sezonową odstawkę szły starannie wyczyszczone i wypchane, by nie straciły fasonu. Oddawano je szewcowi, gdy wymagały naprawy i ratunku. Wymieniano im podeszwy, okuwano dziurki, czasem zszywano lub łatano cholewki.
Buty są podstawą naszych codziennych czynności. Niewygodne potrafią skutecznie utrudnić, a nawet uniemożliwić normalne życie. A jednak tak dziś trudno o porządny produkt.
Producenci nakręcają podaż wypuszczając na rynek ciągle nowe modele i zmieniając mody. Przy czym idąc do sklepu mamy zazwyczaj wybór miedzy dżumą a cholerą. Najtańsze rozlatują się po tygodniu, pęka cholewka, ściera się na wylot podeszwa, wyrywają się szlufki lub metalowe kółeczka do sznurówek.
Reklamacji nie ma, bo producent zawsze może powiedzieć, że uszkodzenia mechaniczne powstały z winy użytkownika. Trzeba więc szukać butów droższych, wykonanych "po Bożemu", z jako taką gwarancją na ich dłuższe, niż tygodniowe, użytkowanie. Wracamy więc do traktowania ich "po dawnemu". Kto z szanownych czytelników nie ma w domu takiej "starej" ulubionej pary, najwygodniejszych butów. Takich, które przeżyły już kilka nowszych modeli, i które szkoda wyrzucić, bo choć podniszczone, są najwygodniejsze?
Tkwi więc w nas potrzeba posiadania rzeczy solidnych, których używamy nawet po latach, gdy widać na nich ząb czasu. Będziemy jednak o nie dbać.
Okazuje się więc, że oferowane kotu buty mogły być na prawdę solidne.
Pomijając szacunek do drogich butów, podobnie były traktowane damskie i męskie stroje.
Przez wieki damskie suknie wymagające wielu metrów, często bardzo drogich materiałów, były przerabiane nieskończoną ilość razy. Aksamity, jedwabie, bisiory, złotogłowia ciągle nadawały się do uszycia kolejnego najmodniejszego fasonu sukni. Do dworów sprowadzano papierowe wykroje, które służyły pomocą przy nieustannych przeróbkach strojów. Wymagała tego nie tylko radykalna zmiana mody (kiedyś rzadka), ale zwykłe "opatrzenie się" z posiadaną sukienką. Zmieniano wstążki, koronki, dorabiano nowe kwiaty, upinano inaczej fałdy i falbanki spódnic. Bywało, że te najdroższe przekazywano w spadku.
Podobnie było ze strojami męskimi. W polskim stroju szlachecki żupan mógł być zwykły, codzienny - lniany, ale te wyjściowe szyto z wzorzystych jedwabi, a czasem z bisioru. Materiały były tak drogie, iż zdarzało się, że tył żupana, zakrywany kontuszem był z tańszego materiału niż reprezentacyjny przód.
Kontusze zaś - wizytówki bogactwa posiadaczy - ozdabiano guzami, których wartość sięgała czasami kilku wsi.
Działo się to nie dlatego, że właściciela nie było stać na nowy strój, ale dlatego, że nikt nie widział potrzeby wyrzucania dobrej i eleganckiej odzieży, która wymagała jedynie drobnej korekty.
Podobnie działo się ze strojami ludowymi. Ich wykonanie, lub zakup wymagały tyle trudu, że i one były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Przędzenie, farbowanie tkanie, haftowanie zabierało rzecz najcenniejszą i kosztowną - czas. Starannie wykonana koroneczka, czy wyszywana bluzka stawały się dobrem wartym szacunku i starannego zachowania.
Dziś zniknęła elegancja stłumiona taniością=bylejakością, a podejście do przedmiotów zmieniło się diametralnie.
A przecież trendy tworzone są sztucznie.
Przez wieki mody nie zmieniały się nigdy tak szybko, jak dziś. Dwa, trzy pokolenia, czasami więcej, potrafiły się cieszyć starannie wykonanymi, solidnymi, z prawdziwego, czasem szlachetnego drewna, meblami.
Dziś narzekamy na badziew wykonania, rozpadające się meble z płyty, rozlatujące się buty, złej jakości stroje, sprzęt rtv i agd, który ma określoną żywotność, a potem nadaje się wyłącznie na śmietnik.
Musimy więc kupować następne i następne...
Kiedyś ludzie się "dorabiali", mogli przekazywać dzieciom rzeczy solidne i trwałe. Czego my się dorabiamy? Samochodu, który po kilku latach nic nie jest wart? Ubrań, które po tygodniu maja wartość ścierki? "Nowoczesnego" domu, budowanego w takiej technologii, że taniej jest wybudować nowy, niż po latach bawić się w jego remont? Mebli, które za pół roku będą niemodne, albo się po prostu zaczną rozpadać?
No chyba, ze jest to dom solidnie wymurowany według przestarzałych wzorców, mebli wykonanych według starych wzorów (lub autentycznych starych), solidnej porcelany w klasycznych wzorach i zupełnie już dziś niemodnych sreber.
Tkwimy w zaklętym kręgu: kupuję tanie, nietrwałe, nie dbam - bo tanie, szybko niszczę, muszę znów kupić, najlepiej tanie...
piątek, 7 sierpnia 2015
Pechowy pałac
Rzadko zaglądałam ostatnio na bloga, a jeszcze rzadziej pojawiała się tu historia.
Pora się poprawić.
Szeptano, że drewniany dwór, wybudowany (wtedy jeszcze) poza granicami ówczesnej Warszawy, był wybudowany na diabelskiej roli. Takiej, którą specjalnie opiekował się "Rogaty". Kazał go wybudować (późniejszy) kanclerz koronny Jerzy Ossoliński. (Ten, który w 1633 roku udał się z poselstwem Władysława IV do papież Urbana VIII. Jego wjazd do Rzymu doczekał się barwnych opisów i obrazów. To tam bogaty szlachcic rozrzucał złoto garściami, a konie gubiły złote podkowy, specjalnie słabo przybite.)
Z czasem dwór przeszedł w ręce marszałka nadwornego Adama Kazanowskiego, który ozdobił dwór rzeźbami, posągami i klejnotami wcześniej zagrabionymi w dobrach królewicza Władysława.
Kazanowski, szczęśliwie ożeniony z Elżbietą Słuszczanką, wbrew zwyczajowi, umierając zostawił cały majatek żonie, która stała się dziedziczką milionowego spadku. Wraz z jej wdowią ręką wspominany pałac przypadł jej kolejnemu mężowi, Hieronimowi Radziejowskiemu. Ten znany był z okrucieństw i gwałtów. Majątku dorabiał się bogatymi ożenkami, a fama głosiła, że dwie pierwsze żony "pomorzył". Z Elżbietą nie poszło mu łatwo: próbował ją ciąć szablą, udusić, uderzył pięścią przez pierś, tak że potem długo chorowała. Gdy wyszło na jaw, że jej mąż zdradził króla, uzyskała rozwód, choć jej nieszczęścia jeszcze się nie skończyły. Radziejowski zaś został skazany na banicję i infamię. Zanim się to stało, bracia Elżbiety usiłowali odebrać od popleczników Radziejowskiego pałac. Wywiązała się długa i krwawa walka. Zwyciężyli bracia Słuszkowie. Za wywołanie burdy i walkę o pałac Elżbieta i jej bracia zostali skazani na na więzienie. Pałac nie przyniósł im szczęścia. Ten zajazd wywoła w całym kraju wielkie poruszenie i podzielił szlachtę na dwa obozy. Zaledwie trzy lata później, gdy Karol Gustaw wjechał do Warszawy, mając u boku Radziejowskiego, pechowy pałac został przez żołnierzy doszczętnie złupiony.
Pałac Mniszcha był uważany za najpiękniejszy w osiemnastowiecznej Warszawie: w najżejszym stylu rokokowym, z cudownym francuskim ogrodem, pięknymi posągami i fontannami.
Cóż z tego skoro mieszkańcy pałacu nie zaliczali się do ludzi dobrych. Syn, pnac się po stopniach karieru został marszałkiem nadwornym koronnym i zmonopolizował w swych rękach pośrednictwo w rozdawaniu urzędów i zaszczytów. Ożenił się z córka ministra saskiego Bruhla - Amalią. To jej - właścicielce najwspanialszego warszawskiego pałacu marzyły się plany podboju Europy. Ale historia toczyła sie swoim trybem.
Zmarł August III, potem minister Bruhl. Po ojcu Amalia odziedziczyła 100 tabakierek, 700 peruk, 365 par butów... i to tyle. W kraju nastało bezkrólewie, a pani Mniszech rzuciła się do intryg.
Nienawidziła Stanisława Poniatowskiego, bo ponoć nigdy nie uległ jej wdziękom. Nienawiść jeszcze urosła, gdy jej mąż, nie otrzymał po jej ojcu laski marszałka. Amalia w pałacu często gościła swych politycznych przyjaciół. Stąd porwano nocą 13 października 1767 roku biskupa Sołtyka, by wywieźć go do Kaługi. W środku nocy wtargnął tam oddział 200 kozaków. Biskup wrócił po 4 latach z objawami choroby umysłowej. Pobyt w czarcim pałacu nie przyniósł mu szczęścia.
Po wyjeździe Szczęsnego w 1789 roku, gdy okrzyknięto go zdrajcą, pałac wybrała na zwą rezydencję Józefina Potocka. Chętnie urządzała tu wielkie przyjęcia - gdy tylko przebywała w kraju, bo chętniej gościła na dworze carycy Katarzyny II, jako honorowa dama dworu. To za jej czasów pałac stał się pierwszą siedzibą loży masońskiej. Świeczniki i wybite kirem sale działały na wyobraźnię. Odprawiano tu tajemnicze obrzędy. To wtedy pałac Mniszchów zaczęto nazywać Pałacem Lucypera.
Józefina sprzedała pałac księciu Stanisławowi Poniatowskiemu, a ten Protowi Potockiemu. To z ogrodów tego pałacu startował w przestworza balon Jana Potockiego.
Od Prota pałac kupiła Katarzyna Kossakowska i przekazała go w 1801 roku wnukom: Janowi i Feliksowi Potockim.
W czasach pruskich Warszawa posmutniała i i niszczała utraciwszy swe stołeczne znaczenie. Wiało pustką i głuszą. Tak też stał się z pałacem Potockich. Wreszcie pałac spłonął. Pewnie rozsypałby się w gruzy, gdyby nie pruski urzędnik Ernest Hoffmann, ożeniony z Polka - Michaliną Trzcińską. Za jego podpowiedzią pruski hrabia Fryderyk Mosqua kupił pałac Mniszchów dla potrzeb sali koncertowej i teatru. Zaczęto odnawiać zrujnowane mury. Hoffmann, zapalony muzyk, ale i artysta malarza, osobiście malował na ścianach portrety członków Towarzystwa Muzycznego. Z włosem rozwianym na kształt "rogów diabelskich" budził lęk w odwiedzających. Ponoć śmiał się diablim chichotem.
| 1944 |
A pałac? Hrabia Mosqua popadł w długi, a pałac zakupiono dla Resursy Kupieckiej.
A pech pałacu?
W oficynie zmarła w lutym 1845 roku księżna Aleksandra Zajączkowa - wiecznie młoda i wiecznie uwodząca. Miała się dobrze dopóki nie przeniosła się do pałacu Mniszchów.
Resursa kupiecka urządzała tu bale i posiedzenia klubowe (niejeden zbankrutował przy grze w karty)
We wrześniu 1939 roku Zakon Kawalerów Maltańskich ufundował tam szpital.
W latach czterdziestych XXw dyrektor poważnej instytucji został poinformowany, że po odbudowie jego instytucja przejmie pałac.Po trzech dniach został karnie zwolniony. Jego następca nie odbudował pałacu. Po kilku latach od restauracji otrzymała go ambasada belgijska. No i zaczęły się kłopoty z Kongiem...
Już tam Hoffmannowski Asmodeusz od dawna miesza....
| ul. Senatorska 38/40 dziś |
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Jakoś tak latem...
... zawsze dzieją się, u mnie, jakieś dziwy informatyczno komputerowe.
Tym razem posłuszeństwa odmówił twardy dysk mojego lapciaczka. W dodatku trzeba było czary mary odprawić jakieś specjalne, bo aż do firmy odzyskującej dane trafił. Stał więc sobie bezużyteczny laptop, pozbawiony serca przez czas jakiś. Teraz już odzyskał swoje bogate wnętrze (choć niestety nie w całości).
Poza tymi niechcianymi atrakcjami przerwa w zaglądaniu na bloga spowodowana była też moim krótkim pobytem w najcieplejszym o tej porze roku (ponoć) miejscu Europy. Południe Półwyspu Iberyjskiego powitało mnie i moją córuchnę skalistą, szarą suchą ziemią, kaktusami i nielicznymi palmami oraz sadami oliwnymi.
Moja pierwsza refleksja - nie pasuję do miejsca, w które przyjechałam.
Wybrzeże zabudowane hotelami - oczywiście im bliżej plaży tym wyższe, a na plażach ludzkie foki. Skojarzenia nasuwa się samo, gdy widzi się kłębiący się tłum, bardziej lub mniej obsmażonych, ludzkich ciał.
Do zwiedzania - niewiele. Można więc jeść, pić, przysmażać się na chrupko i pływać...
To ostatnie jest jedną z moich najbardziej ulubionych czynności. Gdybym była mydełkiem, pewnie dawno rozpuściłabym się w tej okrutnie słonej wodzie. W południe i tak trzeba było uciekać do klimatyzowanego pomieszczenia. Życie zamierało.
Na szczęście ceny niektórych owoców były bardzo zachęcające, wiec takie przyjemności sobie sprawiałyśmy.
Jak napisałam - nie pasuję... Mam taką potrzebę wewnętrzną, że jak już gdzieś jadę, to chcę zobaczyć tego innego świata jak najwięcej, tymczasem nie bardzo było to możliwe. Może gdyby pojechać samochodem... My wybrałyśmy się samolotem, a na miejscu byłyśmy zdane na miejscową komunikację, absolutnie zniechęcającą do wycieczek. No bo jaka przyjemność w podróży do sąsiedniej miejscowości leżącej o sześć kilometrów dalej, gdy podróż do niej trwa... czterdzieści minut? Bo autobus jedzie slalomem przez wszystkie okoliczne miejscowości, w dodatku ledwo mieszcząc się w wąskie uliczki, posuwa się żółwim tempem.
Do większego miasta, w których nęciły nas muzea i zabytki miałyśmy tylko niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Banał... Dwie i pół godziny jazdy!
Odpuściłyśmy sobie, skupiając się na dokładnym i konsekwentnym namaczaniu organizmów w słonej wodzie. Nie żałuję. Dopiero gdy wróciłam okazało się, jak bardzo takie absolutne lenistwo było mi potrzebne. Odpoczęłam - bez dwóch zdań, fizycznie i psychicznie.
Jedzonko podane, żadnego mieszania w garach, no chyba, że należało wcisnąć przycisk na automacie do kawy, żadnego zmywania, a zakupy ograniczone do owoców, napojów i innych dobroci.
Jednak nadal nie jestem w stanie pojąć ludzi, którzy lecą tysiące kilometrów, po to by tydzień lub dwa spędzić wyłącznie w hotelu.My codziennie wybierałyśmy się na plaże, inni żyli trybem: śniadanko, potem basen na hotelowym dziedzińcu (foczki w ciasnocie - jak zwykle), obiadek, basen, kolacja i spacer po knajpkach. Wiem, że ludzie tak lubią, ale to nie moja bajka.
Sześć dni błogiego lenistwa minęło ciągnąc się jak toffi rozpuszczone na słońcu. O powrocie do domu myślałyśmy jak o ucieczce z rozgrzanej patelni. Człowiek jednak nie zawsze dostaje to, czego chce. Odlot naszego samolotu był opóźniony o dobę. Z przygodami, wymęczone dodatkową jazdą do zastępczego hotelu, taszczeniem bagażu do i z autokaru, awanturującymi się współpasażerami, znudzone wysiadywaniem na lotnisku, wróciłyśmy do domu.
Po raz kolejny stwierdzam, że Polska jest najcudowniejszym miejscem na ziemi.
W domu brakuje mi jednak jednego - wielogodzinnych kąpieli i pływania w ciepłej wodzie!
Piotrusiu i Aniu - Dziękuję!!!
ps
Zdjęcia będą kiedy wreszcie uporządkuję odzyskane dane.
Tym razem posłuszeństwa odmówił twardy dysk mojego lapciaczka. W dodatku trzeba było czary mary odprawić jakieś specjalne, bo aż do firmy odzyskującej dane trafił. Stał więc sobie bezużyteczny laptop, pozbawiony serca przez czas jakiś. Teraz już odzyskał swoje bogate wnętrze (choć niestety nie w całości).
Poza tymi niechcianymi atrakcjami przerwa w zaglądaniu na bloga spowodowana była też moim krótkim pobytem w najcieplejszym o tej porze roku (ponoć) miejscu Europy. Południe Półwyspu Iberyjskiego powitało mnie i moją córuchnę skalistą, szarą suchą ziemią, kaktusami i nielicznymi palmami oraz sadami oliwnymi.
Moja pierwsza refleksja - nie pasuję do miejsca, w które przyjechałam.
Wybrzeże zabudowane hotelami - oczywiście im bliżej plaży tym wyższe, a na plażach ludzkie foki. Skojarzenia nasuwa się samo, gdy widzi się kłębiący się tłum, bardziej lub mniej obsmażonych, ludzkich ciał.
Do zwiedzania - niewiele. Można więc jeść, pić, przysmażać się na chrupko i pływać...
To ostatnie jest jedną z moich najbardziej ulubionych czynności. Gdybym była mydełkiem, pewnie dawno rozpuściłabym się w tej okrutnie słonej wodzie. W południe i tak trzeba było uciekać do klimatyzowanego pomieszczenia. Życie zamierało.
Na szczęście ceny niektórych owoców były bardzo zachęcające, wiec takie przyjemności sobie sprawiałyśmy.
Jak napisałam - nie pasuję... Mam taką potrzebę wewnętrzną, że jak już gdzieś jadę, to chcę zobaczyć tego innego świata jak najwięcej, tymczasem nie bardzo było to możliwe. Może gdyby pojechać samochodem... My wybrałyśmy się samolotem, a na miejscu byłyśmy zdane na miejscową komunikację, absolutnie zniechęcającą do wycieczek. No bo jaka przyjemność w podróży do sąsiedniej miejscowości leżącej o sześć kilometrów dalej, gdy podróż do niej trwa... czterdzieści minut? Bo autobus jedzie slalomem przez wszystkie okoliczne miejscowości, w dodatku ledwo mieszcząc się w wąskie uliczki, posuwa się żółwim tempem.
Do większego miasta, w których nęciły nas muzea i zabytki miałyśmy tylko niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Banał... Dwie i pół godziny jazdy!
Odpuściłyśmy sobie, skupiając się na dokładnym i konsekwentnym namaczaniu organizmów w słonej wodzie. Nie żałuję. Dopiero gdy wróciłam okazało się, jak bardzo takie absolutne lenistwo było mi potrzebne. Odpoczęłam - bez dwóch zdań, fizycznie i psychicznie.
Jedzonko podane, żadnego mieszania w garach, no chyba, że należało wcisnąć przycisk na automacie do kawy, żadnego zmywania, a zakupy ograniczone do owoców, napojów i innych dobroci.
Jednak nadal nie jestem w stanie pojąć ludzi, którzy lecą tysiące kilometrów, po to by tydzień lub dwa spędzić wyłącznie w hotelu.My codziennie wybierałyśmy się na plaże, inni żyli trybem: śniadanko, potem basen na hotelowym dziedzińcu (foczki w ciasnocie - jak zwykle), obiadek, basen, kolacja i spacer po knajpkach. Wiem, że ludzie tak lubią, ale to nie moja bajka.
Sześć dni błogiego lenistwa minęło ciągnąc się jak toffi rozpuszczone na słońcu. O powrocie do domu myślałyśmy jak o ucieczce z rozgrzanej patelni. Człowiek jednak nie zawsze dostaje to, czego chce. Odlot naszego samolotu był opóźniony o dobę. Z przygodami, wymęczone dodatkową jazdą do zastępczego hotelu, taszczeniem bagażu do i z autokaru, awanturującymi się współpasażerami, znudzone wysiadywaniem na lotnisku, wróciłyśmy do domu.
Po raz kolejny stwierdzam, że Polska jest najcudowniejszym miejscem na ziemi.
W domu brakuje mi jednak jednego - wielogodzinnych kąpieli i pływania w ciepłej wodzie!
Piotrusiu i Aniu - Dziękuję!!!
ps
Zdjęcia będą kiedy wreszcie uporządkuję odzyskane dane.
środa, 8 lipca 2015
Moje miasto - poprawka
Okazuje się, że wcale tak dobrze nie znam mojego miasta.
Oto przedwczoraj było mi dane przejechać się tramwajem przez PlacWolności, na którym przez lata w oczy kłuł pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej. Okazuje się, że zniknął. Staraniem opozycji z czasów PRLu - został usunięty. Stanie na cmentarzu Żołnierzy Radzieckich, którzy zginęli wyzwalając Katowice. Trochę ich było. Tym należy się pamięć o czynach dobrych. Szkoda tylko, że wielu ich kolegów często źle zapisało się w pamięci mieszkańców wyzwalanych terenów.
"Koncepcja przeniesienia pomnika była w przeszłości konsultowana ze
stroną rosyjską za pośrednictwem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Strona rosyjska wyraziła zgodę na przeniesienie pomnika na nowe miejsce
zaproponowane przez władze miasta" [katowice.naszemiasto]
Dlaczego polskie miasto musi konsultować z kimkolwiek w Rosji czy jakiś pomnik ma stać, czy nie?!
Skorośmy sami ten pomnik wystawili, krótko po II WŚ (pomijam naciski sowieckiego okupanta i ambicje działaczy partyjnych), to sami powinniśmy mieć prawo ten pomnik usunąć.
Jak dla mnie nie jest to obrazek z wolnego kraju...
Oto przedwczoraj było mi dane przejechać się tramwajem przez PlacWolności, na którym przez lata w oczy kłuł pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej. Okazuje się, że zniknął. Staraniem opozycji z czasów PRLu - został usunięty. Stanie na cmentarzu Żołnierzy Radzieckich, którzy zginęli wyzwalając Katowice. Trochę ich było. Tym należy się pamięć o czynach dobrych. Szkoda tylko, że wielu ich kolegów często źle zapisało się w pamięci mieszkańców wyzwalanych terenów.
![]() |
| usuwanie pomnika |
Dlaczego polskie miasto musi konsultować z kimkolwiek w Rosji czy jakiś pomnik ma stać, czy nie?!
Skorośmy sami ten pomnik wystawili, krótko po II WŚ (pomijam naciski sowieckiego okupanta i ambicje działaczy partyjnych), to sami powinniśmy mieć prawo ten pomnik usunąć.
Jak dla mnie nie jest to obrazek z wolnego kraju...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
