sobota, 24 listopada 2012

Tomasz

Rok temu osobiście byłam na Marszu Niepodległości.
Gdy opowiadałam, jak było, niektórzy patrzyli na mnie z przymrużeniem oka.
W tym roku, ze względu na rocznicę prywatnej tragedii zostałam w domu.
Pojechała moja przyjaciółka z mężem.
Właśnie opowiedziała mi swoje przeżycie:
- Opowiadam mojemu znajomemu o tym jak było  i co widziałam, a on na to: - Nie wierzę ci.
No to mu tłumaczę: - Przecież mówię, co widziałam, a nie, co mi ktoś opowiadał ! Opisuję fakt, a nie plotki. - Ale ja ci dalej nie wierzę...
Tomasz uwierzył, gdy dotknął.
Niektórzy nie uwierzą chyba nawet wtedy, gdy rzeczywistość ich dotknie.
Będą się tylko dziwić, dlaczego jest tak źle. Przecież wierzą, że jest dobrze.
Jestem załamana. Tu się nic nie zmieni.

Na odmianę coś budującego. Poczytajka na wieczór:
http://wnas.pl/artykuly/158-wkurzyli-sie-na-brak-kina-historycznego-i-wzieli-kamere-do-reki-efekt-ich-pracy-jest-naprawde-ciekawy

czwartek, 22 listopada 2012

Z serii idą święta - "czego nie lubię"

Są takie dni, że w domu nawarstwiają się nielubiane prace.
Bo w każdym domu mamy zakamarki, które źle się sprząta, (trudno dostępne), albo trzeba czyścić jakieś zawijasy, albo wypakować cały mebel żeby doprowadzić go do porządku, albo praca jest po prostu nudna.
Nie lubię:
- czyścić pieca gazowego,
- czyścić kuchenki mikrofalowej,
- prasować,
- sprzątać w przesympatycznym kąciku z kozianym piecykiem. (sama sobie tam nawieszałam obrazków, świeczników i różnych paści, które dodają uroku, a przy okazji łapią kurz. Kurzu z racji palącego się ognia jest tam więcej niż normy przewidują, a do tego śmieci się z drewna).
Uff.
Przyznałam się.
Ciekawa jestem jakich prac Wy nie znosicie, albo unikacie.
Napiszcie.
Będziemy się wspierać w naszej niedoli przynajmniej psychicznie. Może będzie nam raźniej.

Na pocieszenie podam przepis na błyskawiczne w przygotowaniu ciasto - czyli "mieszamy i otrzymujemy".
BAMBO
2 szklanki mąki
1 szklanka cukru
1/2 kostki margaryny (rozpuszczona)
1 jajko (mogą być 2)
1 szklanka mleka
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka ciemnego kakao
kto lubi i ma - dodaje bakalie
(po dodaniu jeszcze łyżeczki przypraw piernikowych mamy wyborny babo-piernik)

Wszystko po kolei wrzucamy do michy, mieszamy mikserem [ręcznie też się udaje, ale dłużej to trwa]. Ciasto wlewamy do wysmarowanej babkowej foremki z dnem wysypanym bułką tartą.
Piecze się około 45 minut w 180 stopniach C.
Jak nauczyła mnie teściowa - ciasto jest upieczone, kiedy "chodzi po domu" - czyli kiedy wszyscy już poczują jego zapach.
Ja dla pewności dziabię ciasta patyczkiem i sprawdzam, czy w całym przekroju są suche.
Ktoś wypróbuje?

środa, 21 listopada 2012

Miastowieś

Jakoś tak się porobiło, że wsi nie zniszczyły ani zabory, ani okupacja, ani lata socjalizmu (przeciwnie - wtedy wieś żyła!), a dało radę kilkanaście lat dopłat unijnych.
Oczywiście są duże gospodarstwa, które zarabiają i maja się nieźle, ale cala reszta...
To zresztą widać. Całe połacie kraju nie zaorane, nie obrobione, gospodarstwa wyprzedane z maszyn.
Nic się nie opłaca.
Opłacają się dopłaty.
Chociaż nie. Z dopłat, pożyje ten co ma dużo ziemi.
Innym wystarcza tylko na wegetację i beznadzieję.
I "miastowe" życie - a raczej na jego karykaturę.
Wieś zawsze zazdrościła miastowym wygodnego życia, pracy tylko przez osiem godzin i produktów ze sklepu, które można sobie kupić w kolorowym papierku, zamiast wydzierać pazurami z czarnej ziemi.
Zazdrościła tego, że można zamknąć dom i nie martwiąc się o żywinę pojechać na wakacje.
Bo rolnik był zawsze uwięziony przez opiekę nad zwierzętami.
Był przygięty do ziemi przez wyścig z czasem, pogodą i porami roku.
Rolnik, chociaż w pocie czoła wydzierał ziemi różne skarby, zwykle chodził najedzony.
Problemem bywała gotówka.
Dlaczego o tym piszę?
Bo mój wspaniały i pracowity Pan Mąż od jakiegoś czasu wykonuje zlecenie w ziemi sandomierskiej.
Od lata często tam bywa, a teraz bawi w tych stronach od dwóch tygodni.
Patrzy, podziwia, obserwuje, rozmawia.
Obraz wsi na tych żyznych terenach jest żałosny.
Nie ma uprawionej ziemi. Nie ma zwierząt gospodarskich.
Nie ma zadbanych ogrodów; ani warzywnych ani kwiatowych.
Jest wegetacja. "Bieda panie". Na nic nie starcza.
Wygodne życie miastowe dotarło do wsi.
Nie trzeba wstawać o świcie do pola, nie trzeba karmić gawiedzi. Nic nie trzeba.
Tylko jakoś dalej siedzi się na tyłku i o kolorowych wakacjach nie ma mowy i spiżarnia pusta.
Cóż już starożytne Gumisie mawiały, że "kto nie ma miedzi, ten na tyłku siedzi".
I tylko znowu ja nadziwić się nie mogę.
Czy z tych dziesięciu hektarów, za które bierze się dopłaty nie można wykroić dla siebie małego ogrodu - ot tyle, żeby choć trochę bandziuch dopchnąć?
Nie można do istniejącego kurnika wpuścić kilku kur, albo na zielony ugór wypuścić kozy, która da mleko?
Nie.
Bo wtedy runie całe marzenie o miastowym życiu...

wtorek, 20 listopada 2012

Na osłodę

Moje dzieci co chwila rozmawiają o świętach., więc nastrój zrobił się taki bardziej "słodyczowy".
Postanowiłam się podzielić przepisami na mniamiste słodkości własnej roboty, i nie są to ciasta.

Trufle rumowe
22,5 dag gorzkiej czekolady
1 łyżka rozpuszczalnej kawy
10 dag masła
2 łyżki rumu
2 łyżki cukru pudru
prawdziwe ciemne kakao
posypka czekoladowa

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej.
(czyli w dużym garnku wrzątek, do wrzątku wstawiany mniejszy garnuszek z czekoladą)
Kawę zalać 2 łyżkami gorącej wody. Połączyć z rozpuszczoną czekoladą.
Masło utrzeć z cukrem. Dodać rum. Następnie dołożyć czekoladę z kawą.
Odstawić na pół godziny do lodówki. Z masy formować kulki i otaczać je w kakao i posypce.
Oblizać paluszki.
                                                      (zdjęcie wyszperałam w internecie, z braku własnego, ale tak właśnie wyglądają domowe trufelki)

Marcepan
200 g migdałów (szybko sparzyć, zdjąć skórki, zmielić)
200g cukru pudru
3 krople olejku migdałowego
3 łyżki wody różanej (kto ma, kto nie ma daje zwykłą)
Zagnieść. Formować dowolnie
Taka masa jest doskonała do łasuchowania.
Po dodaniu mikroskopijnej ilości barwników do małych porcji można formować
własne ozdoby do tortów.
Kiedyś do ozdoby tortu dla córci ulepiłam różne kolorowe owocki. Wyszło pięknie.

Kto znajdzie czas niech spróbuje koniecznie trufli - dla mnie ciekawsze od sklepowych.
Czasami robię je właśnie na Boże Narodzenie. Są oryginalnym prezentem, gdy idzie się w gości do osób, którym trudno dobrać podarek.
Słodyczami raczej nikt nie pogardzi, a tu jeszcze "hand made"...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Dla kogo przepisy ?

Ostatnio czytałam, że zamyka się świetlice środowiskowe dla dzieci, bo nie spełniają wymogów przepisów sanitarnych.
No ba - skandal. Przepis święta rzecz.
W relacji jednak zabrakło mi dwu elementów - podania alternatywnego rozwiązania lokalowego i... wytłumaczenia jakim cudem placówki te do tej pory działały?
Nie o świetlicach tu jednak sprawa, a o przepisach.
Nadziwić się nie mogę nad ich mnogością, tematyką i producentami.
Weźmy na przykład instytucje pichcące dla ludności.
Toż rozsądek takiemu właścicielowi (nie ma tu mowy o złodziejach i oszustach) podpowie, że w kuchni ma być porządek i świeże produkty, bo jak nie, to klient przyjdzie tylko raz - ostatni,
a jeszcze znajomym powie, żeby omijali szerokim łukiem.
Od złodziei i oszustów serwujących odpad, zgniłki i badziewie jest właściwie i szybko reagujący aparat prawa.
Szkoły.
Jeszcze do niedawna chyba w każdej szkole działały kuchnie przygotowujące dla dzieci gorące posiłki. Dziś przepisy spowodowały, że obiadów, albo nie ma wcale, albo przywozi je firma cateringowa. Najczęściej droższe i zimne. A czy ktoś zastanowił się, jakim cudem do tej pory te kuchnie działały? Bo przecież działały. Nawet jeśli nie miały stołów z chromowanej stali.
Za istnienie przepisów zapłaciły dzieci - i rodzice z własnej kieszeni.
Placówki służby zdrowia.
Oczywiście bezwzględni konieczne są NORMY higieny potrzebne dla zachowania zdrowia pacjenta i każdy szanujący się lekarz świadczący usługi dla ludności musiałby ich przestrzegać. Po pierwsze ze względu na strach przed utratą pacjentów (w każdym znaczeniu), po drugie ze względu na sprawnie działający aparat prawa. Normy powinny mówić "co", czyli jaki ma być osiągnięty cel: np. sterylność, a niekoniecznie "jak".
Placówki opiekuńcze.
Wiadomo, że tam gdzie ludzie, tam potrzebna jest woda przypływająca i odpływająca. Czasy są też takie, że pewne normy czystości są przez społeczeństwo wymagane. Ale już ilość metrów kwadratowych, wysokość jakiej sięgają kafelki i długość korytarza prowadzącego do łazienki jest kwestią jakby mało istotną.
Czy urzędnicy zdają sobie sprawę, że przepisy, choćby nie wiem, jak bardzo uzasadnione, często więcej przynoszą szkody niż pożytku?
Chcącemu nie dzieje się krzywda.
Skoro potrzebujące dzieci przychodziły do takich azylów, to znaczy, że były im potrzebne bez względu na wysokość stolika.
Tu jednak przepisy wkroczyły z całym dobrodziejstwem i dzięki nim dziatwa nie narazi się na zimną wodę w kranie. Na nic się już nie narazi, bo nie będzie miała gdzie. Budżet gminy na tym dobrze wyjdzie. (kto powinien dawać pieniądze, to już odrębny temat).
Przepisy.
Przepisy są dla idiotów, którzy nie wiedzą na jakim świecie żyją.
Dla reszty świata są normy (niekoniecznie spisane na papierze) i sprawnie działające sądy.
Pamiętam moją wizytę w toalecie jednej z restauracji na Champs-Elysees jakoś pod koniec lat osiemdziesiątych.  Szok.
Marmury, chrom, "pokoje" z dywanami, lustra.
Przecież nie narzucały tego właścicielom żadne przepisy. Normy mówiły, że bywalcom należy zapewnić toaletę.
W tym samym czasie działały u nas restrykcyjne przepisy dotyczące higieny i metrażu toalet.
Są pewnie tacy, co pamiętają, że nawet w tych "lepszych" lokalach przepisy nie pomogły.
I znów nie chodzi o porównanie Paryża z siermiężnością PRLu, ale o wyższość norm nad przepisami.
Przepis mówi, że jeżeli w gabinecie lekarskim pracuje więcej niż jeden lekarz, (na zmianę), gabinet każdego z nich musi mieć przebadaną wodę. (Norma mówi, że woda ma być). Tak więc, trzy razy bada się wodę z tego samego kranu, dla trzech różnych lekarzy.
Toż to prawie śmieszne - po pierwsze, to za każdym razem ta sam rura, po drugie, czy lekarz odpowiada za jakość wody? Nie. A badanie musi być.
Zastanawiam się, kiedy naród poprosi dostawcę wody, aby się wykazał stosownymi parametrami dostarczanego towaru. Kiedy rodzic upomni się o jakość lekcji u nauczyciela? i.t.p.
I tak dochodzimy do krótkiej konkluzji - żadne przepisy nie zastąpią zdrowego rozsądku (i sprawnie działającego sądownictwa.)
A, że go nie mamy? To już zupełnie inna bajka.
Dochodzimy także do tego, że aby wystarczyły NORMY, ludzie muszą czuć się odpowiedzialni za siebie i za innych.
Nie interesujemy się losem bliźnich, a sami za siebie coraz mniej odpowiadamy poddając się bez walki "opiekuńczemu państwu".

niedziela, 18 listopada 2012

Olaboga, goście idą ...

Niedzielny poranek, z kawą w wygodnym fotelu.
W ręce kanapka z białym kozim serem i szczerą warstwą miodu wrzosowego, który przyjechał do mnie z Roztocza. (czy ktoś jeszcze jada na słodko kozie sery, czy to ja, jak zwykle jestem dziwna?)
Kozie mleko (mniam!!!) i serki przyjechały do mnie od od Moniki "z kozami w tle", budząc mój pełny zachwyt.
Chwila zadumy nad tym, jakie ciasto upiec na dzisiejsze popołudnie.
Ciasto niedzielne, na deser po obiedzie jest niejako obowiązkowe. Dziś padło na cytrynowiec.
Szukając inspiracji przejrzałam moje zeszyty i książki kucharskie, w tym moją (maminą) Kuchnię Polską. Wiem, że książka jest wznawiana, ale ten stary egzemplarz ma swój niepowtarzalny urok.
Oczywiście, książka otwiera się w miejscach często czytanych, a dziś przypomniała mi przepis na piernik, który w naszym domu zwany był "Olaboga, goście idą".
W czasach, gdy na półkach był tylko ocet, a w domu drzwi się nie zamykały, bo ciągle jakiś gość wchodził, lub wychodził, trzeba było mieć zawsze coś w spiżarni do poczęstunku. Latem to były biszkopciki; własnoręcznie upieczone, a potem podsuszone. Mieliśmy wtedy najmniej ponad pięćdziesiąt kur każdego roku (i dużo więcej kogutków co lato), więc jajek w domu nie brakowało.
W zimie, gdy kur zawsze było trochę mniej i mniej niosły, piekłam piernik na głębokiej blasze.
Ciasto można także użyć do pieczenia małych pierniczków wycinanych foremkami.
Taki piernik z blachy był ciężki i twardawy - daleko mu było do pulchności - jednak po przełożeniu kwaśną, gęstą marmoladą i zawinięty w pergamin mógł czekać na swą kolej nawet kilka miesięcy.
W razie potrzeby należało ukroić kilka kawałków ciasta, które z czasem robiło się miękkie, i podać gościom, którzy niezmiennie spożywali je z mlaskiem zachwytu.
Przypomniałam sobie także przepisy na ciasteczka ze skwarków i ciasteczka na łoju wołowym.
W czasach, gdy masło było na kartki, takie przepisy były bezcenne. Chociaż komuś może się wydawać, że "ciastka ze skwarkami" brzmią strasznie, zaręczam, że smakują doskonale. W finalnym produkcie nie zdradzają z czego są zrobione. To samo dotyczy też tych na łoju.
Jak mawiała moja bratowa - były MNIAMISTE!
Dziś tylko maniacy pieką ciasteczka domowe - reszta, (szczerze gardząc skwarkami i łojem [obciach?]) zadowala się gotowcami ze sklepu w których zawarta jest cała gama konserwantów.
No i oczywiście, wygodniej jest kupić paczkę ciach, niż paprać się z nimi całe popołudnie.
Ale ta satysfakcja i smak!
Ruszcie swoje oblicza i sprawdźcie, ze potraficie zrobić doskonałe, niepowtarzalne i rozpływające się w ustach ciasteczka!
Smacznego.



sobota, 17 listopada 2012

Niewola

Znów w nocy zgasło w piecu, brr.
Za chwilę wstaną dzieci, trzeba więc podnieść temperaturę przynajmniej w dużym pokoju.
Nie jest to trudne - wystarczy załączyć grzejnik elektryczny i nastawić coś do gotowania i pieczenia w kuchni, która (niestety) jest otwarta na pokój.
Żeby wykorzystać kuchenne ciepło, zrobiłam bezy, które susząc się w piekarniku, osłodzą nam życie po południu.
Pokój się grzeje, a ja czekając aż dzieci się zbudzą, myślę o współczesnym zniewoleniu ludzi.
   Zgasło w piecu - nic nie szkodzi, poradzę sobie. Mam piece w których mogę spalać cokolwiek. Jeden z nich do działania potrzebuje prądu, ale drugi już nie.
Mogę sobie ogrzać pokój kuchenką gazową, i nie straszne mi nawet przerwy w dostawach gazu, bo mam go z butli. Oczywiście w obliczu większego kryzysu, pewnie zabrakło by i tego, jednak w spokojnym czasie jestem niezależna.
Mogę obejść się bez prądu i gazu pod warunkiem, że znajdę jakieś paliwo stałe do mojego pieca.
Patrzę na otaczające mnie bloki.
Tam ludzie zależni są od wszystkiego.
Przerwa w ogrzewaniu mieszkań to rozpacz.
Można się ogrzać grzejnikiem elektrycznym, ale gdy takie załączy sto dwadzieścia mieszkań...
Sieć nie wytrzymuje, bo nie jest przystosowana.
Awaria gazu powoduje, że przestają działać kuchenki i ogrzewacze ciepłej wody. 
Awaria prądu - to ciemności i w wielu mieszkaniach jak wyżej.
Brak wody - klęska. Ile można wtaszczyć wody na dziesiąte piętro we własnych rękach.
Co może się stać przy braku wody, dłuższym niż kilka dni, niech wam podpowie wyobraźnia.
Zero niezależności, czyli NIEWOLA.
Powiedzmy, że mamy czasowy kryzys w zarabianiu pieniędzy - w życiu różnie bywa.
Nie zapłacimy raz i drugi rachunku za wodę, prąd lub gaz. Rury zostają zakręcone, kable odpięte. Koniec.
Nie mamy nawet w domach urządzeń, które umożliwiły funkcjonowanie bez tych mediów, z którymi jesteśmy dosłownie związani. NIEWOLA.
Telefon. Nie zapłacisz abonamentu, to nic, że prawie nie dzwonisz. Zostajesz z niczym.
NIEWOLA.
Spójrzmy na inne aspekty życia codziennego pod kątem żywności.
W czasach kryzysu lat osiemdziesiątych każdy kawałek ziemi, każdy ogród był obsiany i zadbany. Kto mógł, budował kurnik i hodował drób żeby mieć co jeść.
Od tamtych czasów, choć liczba ludności nie specjalnie się zmieniła ogromnie wzrosła liczba mieszkańców miast, którzy w większości zajmują budynki wielorodzinne zwane dziś apartamentowcami.
Dodatkowo, o czym już pisałam, rozluźniły się więzi mieszczuchów z wsią.
Jesteśmy w miastach uzależnieni od dostaw sklepowych i zasobu własnej kieszeni.
NIEWOLA.
Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić dziś kryzys ekonomiczny w miastach?
Tabuny głodnych i zmarzniętych ludzi, którzy ogołocą każdy skład żywności i każdy ogród.
A na przykład telewizja. Wielu znacie ludzi, którzy potrafią się odciąć? (to już niewola psychiczna).
Chodzę pomiędzy domami i, szczególnie szczególnie o tej porze roku, widzę, że w wielu mieszkaniach telewizor załączony jest chyba przez cały dzień. Ludzie są niewolnikami telewizji.
Ponoć planuje się urządzenia, których nie da się ściszać w porze nadawania reklam.
Słuchaj niewolniku, jak Twój Pan do ciebie przemawia.
Buduję lub remontuję dom - muszę prosić o pozwolenie na wszystko. NIEWOLA.
Chcę się ubezpieczyć na wypadek choroby. Mam jedną opcję przymusową. NIEWOLA.
Chcę wyciąć drzewa na własnej ziemi - muszę prosić o pozwolenie. NIEWOLA.
I straszne jest to, że wielu ludzi uważa, że tak jest dobrze! Nie wiedzą, że można żyć bez tych setek przepisów, które nic nie wnoszą.
Przykład:
Nowy gabinet dentystyczny. Wszystko wykonane według przepisów. Nawet woda w kranie dodatkowo przebadana (tak jakby od wykonawcy zależała jakość wody). Podpisy złożyli wszyscy możliwi odbierający i zatwierdzający. Odbiór ostateczny: kto pani podpisał, że wentylacja działa prawidłowo? Kominiarz?! Kominiarz??? To jakiś żart. To musi podpisać ktoś inny. Kto? No, ktoś inny, kto się zna na wentylacji... [tu pańcia powinna zostać uduszona i cichcem zakopana, a każdy sąd powinien uniewinnić sprawcę, czyż nie?] NIEWOLA.
Dlaczego o tym piszę?
Przecież to normalne, że ludzie dążą do udogodnień, że zdobycze techniki mają nam służyć.
Ale doszliśmy do takiego związania z mediami, że to my służymy ich producentom i nie mamy szans na samodzielność.
Doszliśmy do takiego absurdu w wydawanych przepisach, że jesteśmy zakuci w nie z każdej strony.
A przepis mógłby być jeden - tam kończy się twoja wolność, gdzie zaczynasz ograniczać wolność innego człowieka.
Nigdy wcześniej w historii cywilizacji człowiek nie był tak bezbronny i zniewolony.
Nigdy wcześniej społeczeństwo nie było tak rozbite na poszczególne jednostki niezdolne  do działania dla dobra ogółu. Nigdy wcześnie społeczność rodziny nie była tak rozbita.
Nigdy wcześniej nie było tylu ludzi tak niesamodzielnych, nie nawykłych do pracy fizycznej,  niezaradnych i bezbronnych.
Gdyby coś... to następna w kolejce jest chyba maczuga.