Zaczął się sezon szkolnych zebrań "organizacyjnych" dla rodziców.
Tradycyjnie dowiadujemy się ile trzeba zapłacić za ubezpieczenie dzieci, ile "dobrowolnego" datku dla komitetu rodzicielskiego, bez którego żadna bezpłatna szkoła nie jest w stanie funkcjonować.
Od kilku lat trzeba podpisać jakieś zgody: na klasowe wyjścia ze szkoły, na udzielanie dziecku pierwszej pomocy, na robienie zdjęć i milion innych. Papierkologia, papierkologia...
Co roku trzeba też wysłuchac jaki jest obecny system oceniania, a potem się podpisac się się wysłuchało. Znów papiery.
Mam wrażenie, że pod tymi stosami makulatury niknie gdzieś dziecko. Nauczyciele bronią się od wszelkich skutków obcowania z młodzieżą. A ta, z roku na rok, jest coraz bardziej pomysłowa i świadoma swej bezkarności. Do tego dochodzi, czasami dla mnie szokujące, podejście rodziców i w efekcie mamy... powitalną wizytę policji w szkole.
Właśnie weszliśmy w nowy etap nacisku na młodzież.

Podejrzewam, że w różnych szkołach, bedzie się to działo przez cały rok szkolny, ja natomiast miałam szczęście do takiego poczatku.
Otóż, funkcjonariusze rozpoczęli rok szkolny od objaśnienia rodzicom w jakich wypadkach mogą/muszą interweniować.
Kiedyś, gdy się kilku łebków, z buzującymi hormonami, pobiło po lekcjach, a przekroczyli normy "łagodnego udowadniania swoich racji" najpierw interweniował dyrektor szkoły, potem wzywał rodziców, a ci byli obowiązani do wywarcia stosownej presji na dziecko. Dziś nikt się nie bawi w takie niuanse - w takich wypadkach ma interweniować służba mundurowa!
Złapanie nastolatka z papierosem w garści, albo nie daj boże w stanie wskazującym coś więcej od wypicia coli lub w stanie "odlotu" - powinno skutkować interwencją policji. Która to, oczywiście, podejmie stosowne kroki w stosunku do PATOLOGICZNYCH rodzin.
Weszliśmy w jakieś błędne koło: kto chce utrzymać rodzinę musi pracować - oczywiście poziom zarobków jest taki, że w większości rodzin muszą pracować oboje rodzice. Poza przedszkolem i szkołą podstawową, która zapewnia opiekę także po lekcjach nie ma (przynajmniej u mnie) szkół dla nastolatków, które zajęły by się nimi po skończonych zajęciach. Nastaje dla małolatów WOLNOŚĆ!
Są oczywiście dzieci grzeczne, które po lekcjach wrócą do domu i grzecznie zajmą się nauką, jednak nie czarujmy się - sporo młodzieży nie kwapi się do powrotu do pustego domu. Jest to wiek, w którym ogromnie ważne jest życie towarzyskie i zdanie rówieśników. Równocześnie budzi się w dzieciakach pęd poznawania rzeczy nowych i zabronionych, co przy braku kontroli i dostatecznego wychowania może dawać skutki opłakane.

Wniosek?
Rodzice nie wychowują lub wychowują nie dostatecznie, zagubieni w galopie dnia codziennego, licząc cichutko na to, że wspomoże ich szkoła. Szkoła nie wychowuje, lub robi to także w sposób pobieżny (główny ciężar jej działania to nauka i niewielki poza nią kontakt z uczniem), przyjmując założenie (zresztą słuszne), że główny ciężar wychowania spoczywa na rodzicach. Nie dając sobie rady z zachowaniem dzieci, nie mając oparcia i poparcia w rodzicach szkoła posiłkuje się policją. Ta oczywiście także nie wychowuje, bo jej zadaniem jest reagować na skutki wybryków młodych, a nie wchodzić w przyczyny. Oczywiście w wyniku kolejnych działań tych organów możemy nagle obudzić się w sądzie rodzinnym, czy też dla nieletnich, a następnie, o co ostatnio coraz łatwiej, stracić dziecko na rzecz "placówki opiekuńczej", która z całą pewnością dziecka nie wychowa.
Kto więc wychowuje nasze dzieci?