Pobudka.
Śniadanie.
Dzieci do szkoły.
Sprzątanie.
Pranie.
Gotowanie.
Po drodze udało mi się wysiać kolejną odmianę pomidorów.
Jako pomysłowy Dobromir, zamiast kupować doniczki do rozsad wykorzystuję obcięte butelki po mleku, którym robię w dnie stosowne dziurki.
Mamy z koleżanką umówioną wymianę roślinek. Ona wysiała paprykę i coś tam jeszcze.
Na inne roślinki jeszcze trochę za wcześnie.
Z utęsknieniem wypatrujemy ocieplenia żeby zająć się ogrodem.
Wrócił najmłodszy ze szkoły i nie wiedzieć czemu wspomina wczorajszą lekcję historii.
- Mama, a ja już umiem o Tutenchamonie i pani opowiadała o jego grobowcu.
- No to z kiedy ten grobowiec ? - zdaję mało precyzyjne pytanie.
- Z poniedziałku.
Obecni wybuchają śmiechem, a młody nie wie o co chodzi.
To przypomniało mi relację z rozmowy podobnego rodzaju.
Moja koleżanka (K) od papryki relacjonowała mi swoją rozmowę z mężem (M) na nasz temat.
Rzecz miała miejsce podczas jazdy samochodem wiele lat temu, gdy jechali by się m.in. spotkać z nami. Były to początki znajomosci.
(K) - Jak się nazywa żona Gabrysia ?
(M) - Gabrysia (?) intonacja męża pozostawia koleżance wątpliwości.
(K) - No. Żona Gabrysia - jak ma na imię?
(M) - Gabrysia.
(K) - No przecież się pytam o Gabrysia. Jak ma na imię jego żona?
(M) - No przecież trzeci raz ci mówię: żona Gabrysia ma na imię Gabrysia!
(K) - Aha...
Splata nam się w życiu codzienna szarość, zwyczajność i rutyna z wydarzeniami pięknymi, niezwykłymi i wartymi zapamiętania. Jesteśmy ludźmi, którzy chodząc twrdo po ziemi czasami zaglądają ponad chmury, a czasami zahaczamy głowami o kawałek nieba. Tacy jesteśmy – Archanioły i Ludzie. A w każdym z nas tkwi potrzeba stwarzania tej odrobiny nieba koło siebie. Chcemy mieć w otoczeniu rzeczy piękne...
wtorek, 12 marca 2013
poniedziałek, 11 marca 2013
Pijemy atrament
Było kiedyś takie powiedzenie: "wpuść chłopa do biura, to atrament wypije..."
Ktoś tam się oburzał, że dyskryminujące niższe warstwy społeczne.
Ale dlaczego niby dyskryminujące, skoro adekwatnie opisujące stan świadomości pewnych ludzi.
Można oczywiście dywagować nad niesprawiedliwością społeczną, warunkami z jakich opisywany w porzekadle chłop się wychowywał, możliwością dostępu do wykształcenia i dobrego wychowania.
Oczywiście były czasy, gdy dostęp do szkół dany był tylko możnym tego świata, lub jednostkom wybitnym.
Był czas, gdy rodzice wychowujący (?) swoje dzieci w jednej izbie niskiej chałupy krytej strzechą, która przylegała do obórki, nie byli w stanie nauczyć ich ani płynnego czytania, ani deklamowania poezji, ani nawet jedzenia widelcem i nożem, że o manierach towarzyskich nie wspomnę.
Mamy za sobą rewolucję i dwie wojny, które w swoim niszczącym okrucieństwie zrównały wszystkie warstwy społeczne i dały każdemu dziecku dostęp do kultury i wiedzy.
I cóż się tało?
Nauka w szkole - przedmiot westchnień najniższych warstw w przeszłości - przestała dzieci interesować. Łatwość dostępu do wiedzy skutkuje tym, że zupełnie się jej nie ceni!
Literatura przeszłości pełna jest narzekań, że jednostki wybitne i zdolne nie mogą się wybić i zajaśnieć wśród społeczeństwa.
Jakże się mylili.
Prawdziwi geniusze w przeszłości zazwyczaj znajdowali drogę na piedestał. A, że ta droga nie była łatwa? To zupełnie inna bajka.
Na prawdę zdolne dzieci i młodzież ujawniając swoje talenty zwykle znajdowały sponsorów swojego kształcenia. Z układów pomiędzy różnymi warstwami społecznymi wynikało to, że przy różnych okazjach prezentowało się "Panu", czy też "we dworze" różnego rodzaju rękodzieło, lub uświetniało przeróżne święta utalentowanym wiejskim muzykiem, czy pieśniarzem lub poetą.
Czasami uzdolniona jednostka zyskiwała uznanie tylko w społeczności lokalnej, a czasami poznawał ich cały świat.
Wystarczy kilka przykładów.
15 kwietnia 1452 roku w miasteczku Vinci urodził się nieślubny syn przyszłego notariusza i chłopki.
Kształcenie Leonarda ograniczyło się do czytania, pisania i liczenia.
Nigdy nie uczęszczał do szkoły, o czym świadczy fakt, iż nikt nie
skorygował jego leworęczności. W wieku 14 lat ojciec zabrał Leonarda do Florencji, gdzie prowadził kancelarię adwokacką. Z racji swojego pochodzenia nie mógł zdobyć wykształcenia uniwersyteckiego.
Vit Stwosz. Nic nie wiemy o jego dzieciństwie i pochodzeniu. Gdyby był synem znamienitego rodu - wiedzielibyśmy o tym. Przybyły do Krakowa wykonał dzieło, którego zazdrości nam świat. (Przybył tu, bo miał możliwość tworzenia. Pamiętajmy, że średniowiecze było czasem "wabienia" wszelkiego rodzaju rzemieślników i osadników, którzy byli bezcenni w zagospodarowywaniu naszych surowych i puszczańskich ziem).
Dwa przykłady z bardzo zamierzchłej przeszłości - czasu gdzie czytać i pisać potrafił tylko znikomy procent społeczeństwa.
Gdy szkoły dla dzieci nie istniały!
Z czasem dostęp do nauki, choć nadal znikomy, polepszał się.
Z biegiem wieków powstawały szkółki parafialne, dworskie. Zdobycz rewolucji - powszechny dostęp do wiedzy i likwidacja analfabetyzmu przez chwilę wzbudziły entuzjazm i spowodowały wydźwigniecie się społeczeństwa z czeluści nieistnienia. Powodowały parcie do poprawy bytu, rozwoju, wykorzystania zdolności.
Do czasu.
Wszechogarniający nas dobrobyt, łatwość napełniania brzucha i odziania grzbietu, oraz niemalże lemowski dostęp do zdobyczy techniki spowodowało, że nauka i kultura spowszedniała.
Gdy "kaganek oświaty" niosły osoby, które ceniły sobie posiadaną wiedzę, były jednostkami jaśniejącymi na tle nieoświeconych tłumów - były godne naśladowania.
Były kimś czyj byt i misja były godne naśladowania.
Wystarczyło jednak kilka pokoleń, by wiedza przestała wyróżniać się z tłumu i przestała być obiektem pożądania. Dodatkowo poziom nauczania, które wymknęło się z rąk jednostek uzdolnionych i wybitnych, nieustannie opada, by w ostatnim czasie zacząć pikować w dół.
Wystarczy popatrzeć na otaczającą nas młodzież, by dostrzec z jaką niechęcią odnoszą się do szkoły i z jaką pogardą traktują nauczycieli. Ci zaś nie potrafią swoją postawą i wiedzą budować autorytetu. Zginęli w tłumie nijakości i średnich lub żadnych zdolności.
Zrównanie materialne społeczeństwa powoduje, że wybitne jednostki, które nadal się trafiają, nawet gdy zdobędą wiedzę i wykształcenie uzupełniające ich umiejętności, nie znajdą zbyt wielkiego pola do popisu i rozwijania skrzydeł swego talentu.
Ilu wirtuozów muzycznych jest w stanie koncertować w naszym kraju ?
Na ile rzeźb dostanie zamówienie wybitny artysta?
Obrazy olejne jeszcze cieszą się powodzeniem, a to z racji tego, że zawsze można kupić, czy zamówić coś małego, co nie pochłonie fortuny. Jednak, czy malowanie bukiecików, landszafcików i portrecików dziecięcych zaspokoi to potrzebę tworzenia osoby wybitnej? Umówmy się, że bez zamówień byt i talent artysty zamierają.
W dobie powszechnego dostępu do książek i twórczości literackiej - osoba uzdolniona po prostu zginie, zniknie zalana potokiem słów, które przewijają się przez książki mierne i łatwo dostępną literaturę wszelkiego rodzaju. Przy bieżącym rozwoju techniki, książkę może napisać i wydać każdy, a przy odrobinie szczęścia nawet uda mu się ją sprzedać.
Nie mamy już sitka materialnego, technicznego, literackiego czy moralnego, które przez wieki "cedziło" dzieła wybitne i warte wydania od nic nie wartej reszty.
Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony dokonuje się przełomowych odkryć i wynalazków, a z drugiej na powrót dziczejemy. Wyśmiewamy normy społeczne, odrzucamy obyczaje, wrzucamy na luz.
Ma być fajnie i swobodnie. Jest gorzej niż na nizinach społecznych przed rewolucją.
Wtedy osobnik wchodzący w butach z gnoju na pańskie pokoje (o ile wszedł) czuł się nie na miejscu, a jego ambicja podpowiadała mu marzenia o dążeniu do lepszego bytu, który wymagał starań i ciężkiej pracy.
Dziś osoba podobnego pokroju nie ma żadnych oporów przed obrzuceniem błotem czyichś osiągnięć, piękna, wartości.
Upadają obyczaje, pogardzamy nauką, opluwamy autorytety, odrzucamy konwenans i moralność, rezygnujemy z piękna na rzecz wynaturzeń.
Dziczejemy.
Ktoś tam się oburzał, że dyskryminujące niższe warstwy społeczne.
Ale dlaczego niby dyskryminujące, skoro adekwatnie opisujące stan świadomości pewnych ludzi.
Można oczywiście dywagować nad niesprawiedliwością społeczną, warunkami z jakich opisywany w porzekadle chłop się wychowywał, możliwością dostępu do wykształcenia i dobrego wychowania.
Oczywiście były czasy, gdy dostęp do szkół dany był tylko możnym tego świata, lub jednostkom wybitnym.
Był czas, gdy rodzice wychowujący (?) swoje dzieci w jednej izbie niskiej chałupy krytej strzechą, która przylegała do obórki, nie byli w stanie nauczyć ich ani płynnego czytania, ani deklamowania poezji, ani nawet jedzenia widelcem i nożem, że o manierach towarzyskich nie wspomnę.
Mamy za sobą rewolucję i dwie wojny, które w swoim niszczącym okrucieństwie zrównały wszystkie warstwy społeczne i dały każdemu dziecku dostęp do kultury i wiedzy.
I cóż się tało?
Nauka w szkole - przedmiot westchnień najniższych warstw w przeszłości - przestała dzieci interesować. Łatwość dostępu do wiedzy skutkuje tym, że zupełnie się jej nie ceni!
Literatura przeszłości pełna jest narzekań, że jednostki wybitne i zdolne nie mogą się wybić i zajaśnieć wśród społeczeństwa.
Prawdziwi geniusze w przeszłości zazwyczaj znajdowali drogę na piedestał. A, że ta droga nie była łatwa? To zupełnie inna bajka.
Na prawdę zdolne dzieci i młodzież ujawniając swoje talenty zwykle znajdowały sponsorów swojego kształcenia. Z układów pomiędzy różnymi warstwami społecznymi wynikało to, że przy różnych okazjach prezentowało się "Panu", czy też "we dworze" różnego rodzaju rękodzieło, lub uświetniało przeróżne święta utalentowanym wiejskim muzykiem, czy pieśniarzem lub poetą.
Czasami uzdolniona jednostka zyskiwała uznanie tylko w społeczności lokalnej, a czasami poznawał ich cały świat.
Wystarczy kilka przykładów.
15 kwietnia 1452 roku w miasteczku Vinci urodził się nieślubny syn przyszłego notariusza i chłopki.
Vit Stwosz. Nic nie wiemy o jego dzieciństwie i pochodzeniu. Gdyby był synem znamienitego rodu - wiedzielibyśmy o tym. Przybyły do Krakowa wykonał dzieło, którego zazdrości nam świat. (Przybył tu, bo miał możliwość tworzenia. Pamiętajmy, że średniowiecze było czasem "wabienia" wszelkiego rodzaju rzemieślników i osadników, którzy byli bezcenni w zagospodarowywaniu naszych surowych i puszczańskich ziem).
Gdy szkoły dla dzieci nie istniały!
Z czasem dostęp do nauki, choć nadal znikomy, polepszał się.
Z biegiem wieków powstawały szkółki parafialne, dworskie. Zdobycz rewolucji - powszechny dostęp do wiedzy i likwidacja analfabetyzmu przez chwilę wzbudziły entuzjazm i spowodowały wydźwigniecie się społeczeństwa z czeluści nieistnienia. Powodowały parcie do poprawy bytu, rozwoju, wykorzystania zdolności.
Do czasu.
Wszechogarniający nas dobrobyt, łatwość napełniania brzucha i odziania grzbietu, oraz niemalże lemowski dostęp do zdobyczy techniki spowodowało, że nauka i kultura spowszedniała.
Gdy "kaganek oświaty" niosły osoby, które ceniły sobie posiadaną wiedzę, były jednostkami jaśniejącymi na tle nieoświeconych tłumów - były godne naśladowania.
Były kimś czyj byt i misja były godne naśladowania.
Wystarczyło jednak kilka pokoleń, by wiedza przestała wyróżniać się z tłumu i przestała być obiektem pożądania. Dodatkowo poziom nauczania, które wymknęło się z rąk jednostek uzdolnionych i wybitnych, nieustannie opada, by w ostatnim czasie zacząć pikować w dół.
Wystarczy popatrzeć na otaczającą nas młodzież, by dostrzec z jaką niechęcią odnoszą się do szkoły i z jaką pogardą traktują nauczycieli. Ci zaś nie potrafią swoją postawą i wiedzą budować autorytetu. Zginęli w tłumie nijakości i średnich lub żadnych zdolności.
Zrównanie materialne społeczeństwa powoduje, że wybitne jednostki, które nadal się trafiają, nawet gdy zdobędą wiedzę i wykształcenie uzupełniające ich umiejętności, nie znajdą zbyt wielkiego pola do popisu i rozwijania skrzydeł swego talentu.
Ilu wirtuozów muzycznych jest w stanie koncertować w naszym kraju ?
Na ile rzeźb dostanie zamówienie wybitny artysta?
Obrazy olejne jeszcze cieszą się powodzeniem, a to z racji tego, że zawsze można kupić, czy zamówić coś małego, co nie pochłonie fortuny. Jednak, czy malowanie bukiecików, landszafcików i portrecików dziecięcych zaspokoi to potrzebę tworzenia osoby wybitnej? Umówmy się, że bez zamówień byt i talent artysty zamierają.
W dobie powszechnego dostępu do książek i twórczości literackiej - osoba uzdolniona po prostu zginie, zniknie zalana potokiem słów, które przewijają się przez książki mierne i łatwo dostępną literaturę wszelkiego rodzaju. Przy bieżącym rozwoju techniki, książkę może napisać i wydać każdy, a przy odrobinie szczęścia nawet uda mu się ją sprzedać.
Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony dokonuje się przełomowych odkryć i wynalazków, a z drugiej na powrót dziczejemy. Wyśmiewamy normy społeczne, odrzucamy obyczaje, wrzucamy na luz.
Ma być fajnie i swobodnie. Jest gorzej niż na nizinach społecznych przed rewolucją.
Wtedy osobnik wchodzący w butach z gnoju na pańskie pokoje (o ile wszedł) czuł się nie na miejscu, a jego ambicja podpowiadała mu marzenia o dążeniu do lepszego bytu, który wymagał starań i ciężkiej pracy.
Dziś osoba podobnego pokroju nie ma żadnych oporów przed obrzuceniem błotem czyichś osiągnięć, piękna, wartości.
Upadają obyczaje, pogardzamy nauką, opluwamy autorytety, odrzucamy konwenans i moralność, rezygnujemy z piękna na rzecz wynaturzeń.
Dziczejemy.
niedziela, 10 marca 2013
Kwadratura koła
Piękna słoneczna pogoda chwilowo się skończyła.
Niebo zasnute chmurami jakoś sympatycznie nie nastraja.
W tym tygodniu miałam przyjemność spotkać się z paniami nauczycielkami średniego syna.
Zostałam zaproszona na rozmowę.
Nie żeby nawywijał jakoś szczególnie.
Problem w tym, że w odróżnieniu od wielu rozwydrzonych i źle wychowanych dzieci, których wybryki usprawiedliwia się ADHD, moje dziecko ma dawno temu potwierdzoną tę przypadłość. Przez badania (w tym EEG i lekarzy specjalistów).
Co ja się z nim jako dzieciakiem po lekarzach nawłóczyłam - to moje.
Syn się stara z całych sił dobrze uczyć. Wyobraźnię ma ogromną. Dopilnowany ma dobre wyniki w nauce - oprócz matematyki.
Chociaż wcześniejsze badania nie wykazały jakiejś szczególnej dyskalkulii - jego wyobraźnia matematyki nie ogarnia.
Jak niektórzy wiedzą, a jak nie wiedzą to podpowiem, że ADHD objawia się nie, jak się uważa, nigrzecznoscią, a deficytem uwagi.
Dzieci z ADHD nie koniecznie muszą być nadpobudliwe, mogą być nadzwyczaj spokojne - po prostu zawieszają się od nadmiaru bodźców, które równocześnie są zewsząd odbierane przez ich zmysły. Wtedy nie potrafią się skupić na jednej czynności.
Tak też jest z moim synem. W związku z czym bywa że przeszkadza na lekcjach: odwróci się tam, gdzie coś się dzieje, odpowie na słowo rzucone przez kolegów, skupi się na czymś, co nie ma związku z lekcją, nieustannie się wierci, nie łapie o czy w danym momencie jest mowa...
No i tu dochodzimy do sedna.
Siedzę ja i prawie wszystkie nauczycielki syna.
-Dlaczego dziecko z takim deficytem uwagi trafiło do zwykłej klasy? Powinno być w klasie integracyjnej albo na nauczaniu indywidualnym.
- Zgadza się. Tak było w szkole podstawowej.
- Niech Pani z nim idzie do Poradni Pedagogiczno Psychologicznej zrobi badania i załatwi nauczanie indywidualne.
- Byłam, jak co roku od 6 roku życia. Załatwiałam. W opinii psychologów powinien mieć przyznane nauczanie indywidualne. Ale nie dostał, bo pod stosownym dokumentem musi się podpisać lekarz specjalista. Nie podpisał, bo stwierdził, że dziecię ma już 14 lat, nie może zawsze funkcjonować poza klasą i ma się integrować z innymi.
- Ale on się doskonale integruje, ma sympatię kolegów i koleżanek. Tu chodzi o naukę.
- A co ja mam zrobić, skoro specjaliści tak zdecydowali. Moja droga do pomocy dziecku została zamknięta. Zresztą otrzymałam wyraźną informację, że już nie będzie się wydawać skierowań na nauczanie indywidualne dzieciom innym niż kalekie, fizycznie chore, głuche lub niedowidzące.
(Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o jedno.)
- No to co my mamy zrobić? Nie sposób z nim pracować w ponad trzydziestoosobowej klasie.
- A co ja mam zrobić, skoro moje środki działania, jako rodzica zostały wyczerpane? Dziecko ma obowiązek szkolny i spełnia go.
- To może szkoła napisze list do lekarza i poradni PP, że prosi o przyznanie godzin indywidualnych?
- Dobrze, niech szkoła napisze...
Z opuszczonymi płatwami rozstaliśmy się.
Wierzycie, że coś uda się wskórać? - bo ja nie.
Skoro już dawno oszczędzamy na służbie zdrowia, a teraz na szkołach (likwidacja bibliotek i naciski na ograniczenie nauczania wspomagającego), to na czym będziemy oszczędzać dalej?
Już otrzymujemy sugestie żeby jeść szczaw.
Niebo zasnute chmurami jakoś sympatycznie nie nastraja.
W tym tygodniu miałam przyjemność spotkać się z paniami nauczycielkami średniego syna.
Zostałam zaproszona na rozmowę.
Nie żeby nawywijał jakoś szczególnie.
Problem w tym, że w odróżnieniu od wielu rozwydrzonych i źle wychowanych dzieci, których wybryki usprawiedliwia się ADHD, moje dziecko ma dawno temu potwierdzoną tę przypadłość. Przez badania (w tym EEG i lekarzy specjalistów).
Co ja się z nim jako dzieciakiem po lekarzach nawłóczyłam - to moje.
Syn się stara z całych sił dobrze uczyć. Wyobraźnię ma ogromną. Dopilnowany ma dobre wyniki w nauce - oprócz matematyki.
Chociaż wcześniejsze badania nie wykazały jakiejś szczególnej dyskalkulii - jego wyobraźnia matematyki nie ogarnia.
Jak niektórzy wiedzą, a jak nie wiedzą to podpowiem, że ADHD objawia się nie, jak się uważa, nigrzecznoscią, a deficytem uwagi.
Dzieci z ADHD nie koniecznie muszą być nadpobudliwe, mogą być nadzwyczaj spokojne - po prostu zawieszają się od nadmiaru bodźców, które równocześnie są zewsząd odbierane przez ich zmysły. Wtedy nie potrafią się skupić na jednej czynności.
Tak też jest z moim synem. W związku z czym bywa że przeszkadza na lekcjach: odwróci się tam, gdzie coś się dzieje, odpowie na słowo rzucone przez kolegów, skupi się na czymś, co nie ma związku z lekcją, nieustannie się wierci, nie łapie o czy w danym momencie jest mowa...
No i tu dochodzimy do sedna.
Siedzę ja i prawie wszystkie nauczycielki syna.
-Dlaczego dziecko z takim deficytem uwagi trafiło do zwykłej klasy? Powinno być w klasie integracyjnej albo na nauczaniu indywidualnym.
- Zgadza się. Tak było w szkole podstawowej.
- Niech Pani z nim idzie do Poradni Pedagogiczno Psychologicznej zrobi badania i załatwi nauczanie indywidualne.
- Ale on się doskonale integruje, ma sympatię kolegów i koleżanek. Tu chodzi o naukę.
- A co ja mam zrobić, skoro specjaliści tak zdecydowali. Moja droga do pomocy dziecku została zamknięta. Zresztą otrzymałam wyraźną informację, że już nie będzie się wydawać skierowań na nauczanie indywidualne dzieciom innym niż kalekie, fizycznie chore, głuche lub niedowidzące.
(Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o jedno.)
- No to co my mamy zrobić? Nie sposób z nim pracować w ponad trzydziestoosobowej klasie.
- A co ja mam zrobić, skoro moje środki działania, jako rodzica zostały wyczerpane? Dziecko ma obowiązek szkolny i spełnia go.
- To może szkoła napisze list do lekarza i poradni PP, że prosi o przyznanie godzin indywidualnych?
- Dobrze, niech szkoła napisze...
Z opuszczonymi płatwami rozstaliśmy się.
Wierzycie, że coś uda się wskórać? - bo ja nie.
Skoro już dawno oszczędzamy na służbie zdrowia, a teraz na szkołach (likwidacja bibliotek i naciski na ograniczenie nauczania wspomagającego), to na czym będziemy oszczędzać dalej?
Już otrzymujemy sugestie żeby jeść szczaw.
czwartek, 7 marca 2013
Latający kot
Chwilę mnie nie było, ale najpierw korzystając z pogody zajmowałam się po trochu ogródkiem, a potem jeszcze wciągnęła mnie codzienność oraz sprawy domowe i rodzinno - szkolne.
O tym może wkrótce napiszę, bo nasz system szkolny to niezłe wariatkowo.
W ostatnich dniach, w związku z piękną, wiosenną pogodą zbudziło się ze snu zimowego sporo owadów, w tym i zwykłe muchy, które nieśmiało bzykając po domu, usiłują ogłosić wiosnę.
Nasz rodzinny pieszczoch, kot Tytus w związku z tym doznał lekkiego kociokwiku.
Otóż, kiedy otworzyły mu się oczka była połowa września, a bardziej smiałe ruchy, z bieganiem włącznie opanował w stopniu dobrym, co najmniej jakiś miesiąc później.
Do tej pory więc jego świadomość chyba nie odnotowała istnienia stworzeń latających w postaci owadów.
Teraz kot usiłując złapać, to, co go denerwuje w przestworzach powietrznych domu, pokonuje prawo ciążenia i wszelkie prawa związane z aerodynamiką.
Zazwyczaj jest grzecznym kotkiem i nachalnie na stół nie włazi - staramy się, żeby tego nie robił, jednak w ostatnich dniach przestało się dla niego liczyć jaki mebel pomoże my się wspiąć na musze wyżyny.
Biegnąc za muszką rozpędza się przez pokój, wskakuje po krzesłach na stół, biegnie po obrusie i... usiłuje biec dalej nawet, gdy stół się już skończył... Zupełnie jak na kreskówkach.
Tytus odkrył w sobie umiejętności wspinaczkowe i sięgnął po najskrytsze zasoby odwagi.
Chociaż żyją z psem na stopie obojetno - przyjacielskiej, nigdy nie przyszło mu do głowy wejść na Pana Hrabiego Regisa. Owszem - można się zamachnąć na ogon, ale żeby wleźć na grzbiet, czy brzuch... nigdy.
Tymczasem w ferworze polowania na skrzydlaki pies okazuje się być doskonałym punktem do wybijania się w powietrze, łącznie z tym, że można wbiec po grzbiecie siedzącego psa aż na głowę i wyskoczyć prawie pod framugę drzwi, a następnie opaść, z pełnym zdziwieniem kociego pyszczka, na ziemię i dopiero obejrzeć się za siebie, co też to była za góra... Co będzie gdy pojawią się komary ?
Jest ciekawie, a ja się zastanawiam, czy odważę się szerzej otwierać okna, gdy przyjdzie na to pora.
A co, jeśli przez to okno poleci akurat mucha?
Żałuję, że nie mogę zamieścić zdjęć Tytusowych wyczynów, ale uchwycenie puszystokopytnego w akcji, jest dla mnie niemożliwe.
O tym może wkrótce napiszę, bo nasz system szkolny to niezłe wariatkowo.
W ostatnich dniach, w związku z piękną, wiosenną pogodą zbudziło się ze snu zimowego sporo owadów, w tym i zwykłe muchy, które nieśmiało bzykając po domu, usiłują ogłosić wiosnę.
Nasz rodzinny pieszczoch, kot Tytus w związku z tym doznał lekkiego kociokwiku.
Otóż, kiedy otworzyły mu się oczka była połowa września, a bardziej smiałe ruchy, z bieganiem włącznie opanował w stopniu dobrym, co najmniej jakiś miesiąc później.
Do tej pory więc jego świadomość chyba nie odnotowała istnienia stworzeń latających w postaci owadów.
Teraz kot usiłując złapać, to, co go denerwuje w przestworzach powietrznych domu, pokonuje prawo ciążenia i wszelkie prawa związane z aerodynamiką.
Zazwyczaj jest grzecznym kotkiem i nachalnie na stół nie włazi - staramy się, żeby tego nie robił, jednak w ostatnich dniach przestało się dla niego liczyć jaki mebel pomoże my się wspiąć na musze wyżyny.
Biegnąc za muszką rozpędza się przez pokój, wskakuje po krzesłach na stół, biegnie po obrusie i... usiłuje biec dalej nawet, gdy stół się już skończył... Zupełnie jak na kreskówkach.
Tytus odkrył w sobie umiejętności wspinaczkowe i sięgnął po najskrytsze zasoby odwagi.
Chociaż żyją z psem na stopie obojetno - przyjacielskiej, nigdy nie przyszło mu do głowy wejść na Pana Hrabiego Regisa. Owszem - można się zamachnąć na ogon, ale żeby wleźć na grzbiet, czy brzuch... nigdy.
Tymczasem w ferworze polowania na skrzydlaki pies okazuje się być doskonałym punktem do wybijania się w powietrze, łącznie z tym, że można wbiec po grzbiecie siedzącego psa aż na głowę i wyskoczyć prawie pod framugę drzwi, a następnie opaść, z pełnym zdziwieniem kociego pyszczka, na ziemię i dopiero obejrzeć się za siebie, co też to była za góra... Co będzie gdy pojawią się komary ?
Jest ciekawie, a ja się zastanawiam, czy odważę się szerzej otwierać okna, gdy przyjdzie na to pora.
A co, jeśli przez to okno poleci akurat mucha?
Żałuję, że nie mogę zamieścić zdjęć Tytusowych wyczynów, ale uchwycenie puszystokopytnego w akcji, jest dla mnie niemożliwe.
poniedziałek, 4 marca 2013
Słonecznie
Dzień prawdziwie wiosenny wywabił mnie dziś z domu do sprzątania ogrodu.
Dzieci po powrocie ze szkoły chętnie się przyłączyły - na chwilę...
No, nie wszystkie - córcia całkiem solidnie się przyłożyła - i to z uśmiechem na ustach.
Rozpoczęłam pozimowe sprzątanie ogrodu.
Dziś udało mi się wyrównać rabatkę przed domem, zdemolowaną przez psa jeszcze jesienią, ale mróz, który utwardził wtedy ziemię nie pozwolił na wyrównanie jej od razu.
Wygrabiliśmy z dziećmi część gałązek, mniejszych i większych, które zawsze po zimie leżą w całym ogrodzie. Zbieramy je zawsze skrzętnie, bo przyjdzie dzień, w którym zapłoną w ognisku.
Ponieważ śnieg stopniał i tych kilka metrów chodnika przed domem podeschło całkiem przyzwoicie, mogłam wymieść wszystkie drewniane śmieciki i ziemię naniesioną przez psa i ludzi w ostatnich miesiącach.
Uff.
To dopiero początki.
Samo wygrabienie ogródka zajmie mi kilka dni.
Chociaż trochę jestem zmęczona, muszę przyznać, że taka praca sprawia niesamowitą satysfakcję.
Zdjęć nie dołączam - każdy dostatecznie napatrzy się na swoje śmieci ;-)
Dzieci po powrocie ze szkoły chętnie się przyłączyły - na chwilę...
No, nie wszystkie - córcia całkiem solidnie się przyłożyła - i to z uśmiechem na ustach.
Rozpoczęłam pozimowe sprzątanie ogrodu.
Dziś udało mi się wyrównać rabatkę przed domem, zdemolowaną przez psa jeszcze jesienią, ale mróz, który utwardził wtedy ziemię nie pozwolił na wyrównanie jej od razu.
Wygrabiliśmy z dziećmi część gałązek, mniejszych i większych, które zawsze po zimie leżą w całym ogrodzie. Zbieramy je zawsze skrzętnie, bo przyjdzie dzień, w którym zapłoną w ognisku.
Ponieważ śnieg stopniał i tych kilka metrów chodnika przed domem podeschło całkiem przyzwoicie, mogłam wymieść wszystkie drewniane śmieciki i ziemię naniesioną przez psa i ludzi w ostatnich miesiącach.
Uff.
To dopiero początki.
Samo wygrabienie ogródka zajmie mi kilka dni.
Chociaż trochę jestem zmęczona, muszę przyznać, że taka praca sprawia niesamowitą satysfakcję.
Zdjęć nie dołączam - każdy dostatecznie napatrzy się na swoje śmieci ;-)
niedziela, 3 marca 2013
Niedziela
Jakoś tak zwykle bywa, że kiedy wszyscy dokoła mnie mają niedzielę, ja spędzam więcej czasu niż zwykle w kuchni "przy garach".
Dzień świąteczny domaga się pełnego obiadu, i potraw, które choć trochę różnią się od tych codziennych.
A to mięso inaczej przyprawione ze starannie zrobionym sosikiem.
A to sałatka ma więcej składników, lub robię dwie.
A to rosołek "długo warzony" na stół podaję z drobnym makaronem.
No i ciasto musi być na deser.
Ponieważ u mnie ciasto rzadko ma szanse dotrwać z poprzedniego dnia, więc niedzielne przedpołudnia i poranki miewam na prawdę pracowite.
Dzieci czasami w czymś pomogą, do stołu nakryją, słoiki z kompotem przyniosą, czasami ziemniaki obiorą, ale generalnie wolę żeby mi się pod nogi nie pchali, kiedy robię wszystko na raz.
Tak więc niedziele wcale nie są do specjalnego odpoczynku dla mnie.
Dziś jednak wykorzystałam fakt, że jesteśmy tylko w pięcioro, czyli "we własnym sosie" trochę się zbuntowałm.
Mój organizm wielkim głosem domagał się jednego dnia lenistwa i zwolnienia tempa.
Rozdzieliłam część czynności pomiędzy rodzinę i zrezygnowałam z pieczenia ciasta.
Od rana oddawałam się słodkiemu lenistwu, wykonywanie wszelkich ruchów ograniczając do minimum.
Nareszcie znalazłam czas i na drzemkę i na czytanie, w tym jednego przypadkiem odkrytego blogu o budowaniu małego kurnika i przydomowym chowie kilku niosek.
Czasami taki dzień nieróbstwa jest bardzo potrzebny, przed kolejnymi zadaniami, które stoją przed nami.
A zadań przede mną jest sporo.
I na ten tydzień i kolejne.
Dzień świąteczny domaga się pełnego obiadu, i potraw, które choć trochę różnią się od tych codziennych.
A to mięso inaczej przyprawione ze starannie zrobionym sosikiem.
A to sałatka ma więcej składników, lub robię dwie.
A to rosołek "długo warzony" na stół podaję z drobnym makaronem.
No i ciasto musi być na deser.
Ponieważ u mnie ciasto rzadko ma szanse dotrwać z poprzedniego dnia, więc niedzielne przedpołudnia i poranki miewam na prawdę pracowite.
Dzieci czasami w czymś pomogą, do stołu nakryją, słoiki z kompotem przyniosą, czasami ziemniaki obiorą, ale generalnie wolę żeby mi się pod nogi nie pchali, kiedy robię wszystko na raz.
Tak więc niedziele wcale nie są do specjalnego odpoczynku dla mnie.
Dziś jednak wykorzystałam fakt, że jesteśmy tylko w pięcioro, czyli "we własnym sosie" trochę się zbuntowałm.
Mój organizm wielkim głosem domagał się jednego dnia lenistwa i zwolnienia tempa.
Rozdzieliłam część czynności pomiędzy rodzinę i zrezygnowałam z pieczenia ciasta.
Od rana oddawałam się słodkiemu lenistwu, wykonywanie wszelkich ruchów ograniczając do minimum.
Nareszcie znalazłam czas i na drzemkę i na czytanie, w tym jednego przypadkiem odkrytego blogu o budowaniu małego kurnika i przydomowym chowie kilku niosek.
Czasami taki dzień nieróbstwa jest bardzo potrzebny, przed kolejnymi zadaniami, które stoją przed nami.
A zadań przede mną jest sporo.
I na ten tydzień i kolejne.
piątek, 1 marca 2013
Jak mawiała moja babcia
Jak mawiała moja babcia: "koniec świata będzie wtedy, gdy baby od chłopa nie będzie można odróżnić."
Spekulujemy, wyliczamy, przepowiadamy kolejne końce świata.
A to z kart, a to z wyliczeń biblijnych, a to z kamiennego kalendarza, a to...
Ale tak na prawdę sami sobie fundujemy kolejne końce świata.
Naszego znanego, uporządkowanego, czarno - białego świata.
Koniec świata bezpiecznego świata kobiet i mężczyzn.
Oto od lat obserwujemy zmianę figury kobiecej.
Niezależnie od długości geograficznej kobiece biodra stają się coraz węższe, a talii przybywa centymetrów - nawet u pań szczupłych. Dziś coraz trudniej znaleźć dziewczynę o wymiarach BB lub Elizabeth T.
Zmienia się nie tylko figura, ale i obyczaje.
Kiedyś społeczeństwo ostrzej rysowało czynności właściwe kobietom i mężczyznom.
Dziś wszystko się zaciera.
I nie chodzi tylko o osobniczki mało subtelne z charakteru, chociaż z wyglądem przystającym do płci.
Takie, które po prostu wolą męskie od zawsze zajęcia i sposób bycia:
Znajdujemy także panie, których dawno nie można nazywać "słabą płcią, a które nie rezygnując z przyznawania się do własnej płci przeobrażają się w okazy które z krągłością, miękkością, delikatnością i subtelnością nie mają (przynajmniej z wyglądu) nic wspólnego.
Coraz częściej za to spotykamy mężczyzn, których zewnętrzna tożsamość płciowa zupełnie się zaciera.
Świat mody coraz bardziej chce by przestał nas szokować facet w sukience, czy spódnicy, w bluzce z dekoltem, w biżuterii, czy makijażu.
Na pokazach mody coraz częściej lansuje się takie stroje.
I chociaż historia uczy nas, że przez całe wieki odzieniem tak kobiety, jak mężczyzny była suknia. to jednak wiemy też że strój zawsze różnił się nieco u kobiet i mężczyzn.
Były to różne długości odzienia, kolory, ozdoby, sposób upinania i z całą pewnością sposób poruszania się.
To dziwne, że nie szokują nas figury Apostołów przedstawiane w długich sukniach.
Nie mamy problemów z rozróżnieniem płci osób przedstawionych jeszcze w średniowiecznej sztuce. Najbardziej znany nam portret Mikołaja Kopernika pędzla Matejki przyjmujemy jako coś oczywistego, a przecież były to czasy, gdy dla mężczyzn, tak jak kobiet naturalnym odzieniem była robe, czyli suknia.
Co więc w nas zmienia się, gdzie znajdują się źródła mojego niesmaku i kompletnego zacierania się płci?
Podejrzewam, że szkopuł tkwi nie w stroju, a w charakterze.
Nie w wyglądzie, a w czynach.
Myślę, że zaciera nam się różnica płci nie w zewnętrzu, ale w mózgu.
Ale do czego to doprowadzi?
Blondynka skarży się koleżance w pracy:
- Wiesz, moja siostra przysłała mi smsa, że urodziła dziecko, ale nie napisała czy chłopca czy dziewczynkę. Nie wiem więc czy będę ciotką czy wujkiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

