Splata nam się w życiu codzienna szarość, zwyczajność i rutyna z wydarzeniami pięknymi, niezwykłymi i wartymi zapamiętania. Jesteśmy ludźmi, którzy chodząc twrdo po ziemi czasami zaglądają ponad chmury, a czasami zahaczamy głowami o kawałek nieba. Tacy jesteśmy – Archanioły i Ludzie. A w każdym z nas tkwi potrzeba stwarzania tej odrobiny nieba koło siebie. Chcemy mieć w otoczeniu rzeczy piękne...
czwartek, 18 września 2014
Kurczak w kuchni
Siedzę sobie w dużym pokoju, spokojnie czytam siedząc w ulubionym kąciku, a ty nagle z kuchni dobiega mnie głos kurczaka. Takiego niedużego. Głośny i spanikowany. Prawdę mówiąc i ja spanikowałam. Kurczaków w tym moim domu nigdy nie było, zwątpiłam więc przez sekundę w swoje zdrowe zmysły. Potem jednak się poderwałam i truchcikiem pobiegłam w stronę odgłosów, zdążyłam przyłapać Kicię chowającą się w kąciku z kurczakiem wielkości połowy niej samej. Zabrałam jej tę zdobycz. Kurczak żywy, nie poraniony był chyba bliski zejścia na zawał, bo nawet nie drgnął, gdy niosłam go po schodach. Włożyłam go do pudła stojącego w garażu i poszłam się przebrać. W okolicy jest tylko jedna osoba, u której po ogródku spaceruje drób. Przygotowałam pudełko do transportu i z tym wyposażeniem poszłam po skrzydlatą ofiarę. W garażu okazało się, że pudełko było zbyt płytkie, a ptaszek całkiem żywy, bo wylazł i schował się w najdalszym, najbardziej niedostępnym kącie, do którego nie ma dojścia. I tam siedzi. A my kombinujemy, jak to wystraszone stworzenie wyciągnąć...
niedziela, 14 września 2014
Próżny trud
Daremne żale...
Rok temu, we wrześniu, cieszyłam się dojrzewającymi i pięknie rosnącymi w ogrodzie pomidorami.
W tym roku, cały mój trud poszedł na marne.
Już jakiś czas temu wszystkie krzaki wraz z owocami znalazły się w ognisku. Wszystkie poraziło jakieś nieprzyjemne choróbsko. Ponoć nie jestem jedyna osobą, która poniosła takie straty. Ja jednak użalam się nad moim ogródeczkiem, bo zadałam sobie wiele trudu, by cieszyć się własnymi sałatkami z zielonych pomidorów. Na początku roku wysiewałam starannie nasionka, potem je pielęgnowałam, przesadzałam maleńkie sadzonki, wymyślałam system nawadniania, podpierałam - po to tylko, by w efekcie otrzymać wielkie NIC.
Cóż, wypada wymyślić inny rodzaj upraw na najbliższych kilka lat, bo ze względu na mikre rozmiary grządek, nie mam możliwości przeniesienia pomidorów w inne miejsce. Może po prostu powinnam posiać i posadzić tam kwiaty?
I jeszcze kilka obrazów (zamiast słów) na temat słodkości w postaci lodów:
Rok temu, we wrześniu, cieszyłam się dojrzewającymi i pięknie rosnącymi w ogrodzie pomidorami.
W tym roku, cały mój trud poszedł na marne.
Już jakiś czas temu wszystkie krzaki wraz z owocami znalazły się w ognisku. Wszystkie poraziło jakieś nieprzyjemne choróbsko. Ponoć nie jestem jedyna osobą, która poniosła takie straty. Ja jednak użalam się nad moim ogródeczkiem, bo zadałam sobie wiele trudu, by cieszyć się własnymi sałatkami z zielonych pomidorów. Na początku roku wysiewałam starannie nasionka, potem je pielęgnowałam, przesadzałam maleńkie sadzonki, wymyślałam system nawadniania, podpierałam - po to tylko, by w efekcie otrzymać wielkie NIC.
Cóż, wypada wymyślić inny rodzaj upraw na najbliższych kilka lat, bo ze względu na mikre rozmiary grządek, nie mam możliwości przeniesienia pomidorów w inne miejsce. Może po prostu powinnam posiać i posadzić tam kwiaty?
I jeszcze kilka obrazów (zamiast słów) na temat słodkości w postaci lodów:
wtorek, 9 września 2014
500 rocznica - spóźnione wspomnienie
Rocznica była wczoraj, a ja się zagapiłam...
Litwa ogłosiła rok 2014 rokiem Bitwy pod Orszą.
My nie...
My już o niczym nie pamiętamy.
Litwa ogłosiła rok 2014 rokiem Bitwy pod Orszą.
My nie...
My już o niczym nie pamiętamy.
| Hans Krell "Bitwa pod Orszą" (powstanie obrazu 1520 - 1534) |
Biały jeleń
Nie w lesie, ale w łazience.
Jakiś czas temu, z pewną nieśmiałością, sięgnęłam w drogerii po mydło "biały jeleń".
Mydło było w płynie, bo takiego chętnie używamy do codziennego mycia rąk.
Pamiętam szare mydła "biały jeleń" z dzieciństwa - babcia używała ich do gotowania bielizny pościelowej. Potem takie poszewki płukało się w czystej wodzie i wieszało na strychu, lub na podwórku. Pranie cudownie pachniało. Myślałam, że ten zapach miał coś wspólnego ze świeżym powietrzem. Tym czasem okazuje się, że pamiętany aromat pochodził z mydła.
Kiedyś nie lubiłam myć nim rąk, bo słabo się pieniło. (Było typowym mydłem do prania).
Wolałam jasne pachnące mydełka, dające obfite bąbelki.
Obecnie kupione mydło daje niewielką ilość piany, za to bardzo dobrze myje, pozostawiając ów cudowny zapach zapamiętany z dzieciństwa, i co ważne, nie odczuwam nielubianego wysuszania skóry.
Doczytałam w internecie, że pod marką "biały jeleń" można kupić wiele innych produktów łaskawych dla skóry. Cytuję ze strony producenta:
" Dzisiaj BIAŁY JELEŃ to seria mydeł, bezpiecznych hipoalergicznych kosmetyków i środków czystości, których receptura oparta jest między innymi na naturalnych składnikach pielęgnujących oraz hipoalergicznych kompozycjach zapachowych."
Dla mnie ważne jest jeszcze jedno - ta marka ma polskich właścicieli!
Oczywiście gusta są różne i lubimy różne zapachy. Mnie zapach mydełka odpowiada.
Kto ciekaw - niech spróbuje.
"BRYZA" - jest brytyjskiej firmy Reckitt Benckiser plc.
"CLEANIC" - jest Central European Cotton Holding Ltd z Irlandii.
"DOSIA" - należy do brytyjskiej firmy Reckitt Benckiser plc.
"E" - brytyjska Grupa PZ Cussons
"IXI" - Henkel
"KOKOSAL" - produkt brytyjskiej Grupy PZ Cussons
"SORAYA" - szwedzki Cederroth.
"LUKSJA" - brytyjska Grupę PZ Cussons
"APART" - należy do właściciela spółki zarejestrowanej na Cyprze Blackwire Ventures Ltd
"DERMIKA" - Unilever
"KOLASTYNA" - Grupa Kolastyna posiadająca min. markę Kolastyna sprzedała ją greckiemu gigantowi Sarantis. Na szczęście polska Grupa zostawiła sobie prawo do marki Miraculum.
"POLLENA"- Część fabryk nadal jest polska,
sprzedano:
Pollena-Bydgoszcz – Unilever
Pollena-Helenówek – L’oreal
Pollena-Lechia – Beiersdorf-Lechia SA
Pollena-Malwa – Global Cosmed
Pollena-Nowy Dwór Mazowiecki – Benckiser
Pollena-Racibórz – Henkel
Pollena-Uroda – zlikwidowana przez PZ Cussons Polska S.A.
Pollena-Wrocław – PZ Cussons Polska S.A.
POLLENA S.A. Ostrzeszów (właściciel marki, o której piszę) jest polska.
Jakiś czas temu, z pewną nieśmiałością, sięgnęłam w drogerii po mydło "biały jeleń".
Mydło było w płynie, bo takiego chętnie używamy do codziennego mycia rąk.
Pamiętam szare mydła "biały jeleń" z dzieciństwa - babcia używała ich do gotowania bielizny pościelowej. Potem takie poszewki płukało się w czystej wodzie i wieszało na strychu, lub na podwórku. Pranie cudownie pachniało. Myślałam, że ten zapach miał coś wspólnego ze świeżym powietrzem. Tym czasem okazuje się, że pamiętany aromat pochodził z mydła.
Kiedyś nie lubiłam myć nim rąk, bo słabo się pieniło. (Było typowym mydłem do prania).
Wolałam jasne pachnące mydełka, dające obfite bąbelki.
Obecnie kupione mydło daje niewielką ilość piany, za to bardzo dobrze myje, pozostawiając ów cudowny zapach zapamiętany z dzieciństwa, i co ważne, nie odczuwam nielubianego wysuszania skóry.
" Dzisiaj BIAŁY JELEŃ to seria mydeł, bezpiecznych hipoalergicznych kosmetyków i środków czystości, których receptura oparta jest między innymi na naturalnych składnikach pielęgnujących oraz hipoalergicznych kompozycjach zapachowych."
Dla mnie ważne jest jeszcze jedno - ta marka ma polskich właścicieli!
Oczywiście gusta są różne i lubimy różne zapachy. Mnie zapach mydełka odpowiada.
Kto ciekaw - niech spróbuje.
"BRYZA" - jest brytyjskiej firmy Reckitt Benckiser plc.
"CLEANIC" - jest Central European Cotton Holding Ltd z Irlandii.
"DOSIA" - należy do brytyjskiej firmy Reckitt Benckiser plc.
"E" - brytyjska Grupa PZ Cussons
"IXI" - Henkel
"KOKOSAL" - produkt brytyjskiej Grupy PZ Cussons
"SORAYA" - szwedzki Cederroth.
"LUKSJA" - brytyjska Grupę PZ Cussons
"APART" - należy do właściciela spółki zarejestrowanej na Cyprze Blackwire Ventures Ltd
"DERMIKA" - Unilever
"KOLASTYNA" - Grupa Kolastyna posiadająca min. markę Kolastyna sprzedała ją greckiemu gigantowi Sarantis. Na szczęście polska Grupa zostawiła sobie prawo do marki Miraculum.
"POLLENA"- Część fabryk nadal jest polska,
sprzedano:
Pollena-Bydgoszcz – Unilever
Pollena-Helenówek – L’oreal
Pollena-Lechia – Beiersdorf-Lechia SA
Pollena-Malwa – Global Cosmed
Pollena-Nowy Dwór Mazowiecki – Benckiser
Pollena-Racibórz – Henkel
Pollena-Uroda – zlikwidowana przez PZ Cussons Polska S.A.
Pollena-Wrocław – PZ Cussons Polska S.A.
POLLENA S.A. Ostrzeszów (właściciel marki, o której piszę) jest polska.
poniedziałek, 8 września 2014
... niech żyje król!
Umarł król - niech żyje król!Nie ma kozy - niech żyje kominek.
Moja śliczna, lubiana, emaliowana, ozdobna koza została sprzedana.
Żegnaliśmy ją z żalem. Przez siedem lat tworzyła nam miłą, ciepłą atmosferę - dosłownie i w przenośni. Kupiliśmy ją, by mieć w domu żywy ogień i cieszyć się jego ciepłem.
Spędzone przy niej chłodne wieczory, z czasem natchnęły nas, by takim żywym ogniem dogrzewać się w czasie, gdy nie jest jeszcze konieczne stałe palenie w CO. Skoro maleńka kózka zmieniała temperaturę w całym domu, z piętrem włącznie, to odpowiednio duży kominek powinien zrobić to o wiele lepiej. Do całości imprezy wliczyliśmy korzystne ceny niektórych sortów drewna, i takim sposobem w domu znalazł się wkład kominkowy.
Pewnie po latach znów wymyślimy coś innego, tym czasem jednak z niecierpliwością czekamy na podłączenie ogromnego smoka do przewodów kominowych.
niedziela, 7 września 2014
Nie napiję się polskiej wódki
Takiej markowej.
Znanej.
Dlaczego?
Bo już takiej nie ma.
Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Znane od dziesięcioleci, a nawet od wieków marki przestały być polskie.
Nie piszę tu o zacnej łąckiej śliwowicy, czy też wyrobie domowej roboty, który pewnie nie jeden obywatel wytwarza w swoim domu.
Tak zwane "polskie marki" wódek gatunkowych już jakiś czas temu przestały być polskie.
Podobnie, jak piwa.
Wódki:
- "ABSOLWENT" - Russian Standard.
- "BOLS" - Russian Standard.
- "SOBIESKI" - francuski Belvedere.
- SOPLICA" - Russian Standard.
- "WYBOROWA" - W latach dziewięćdziesiątych koncern przejęła francuska firma Pernod Ricard
- "ŻUBRÓWKA" - Russian Standard.
- "LECH" - SabMiller.
- "OKOCIM" - Carlsberg
- "PERŁA" - Browary Lubelskie powstały w 1948 r. W 2005 roku 48% pakiet akcji Perły został zakupiony przez duński koncern piwowarski Bryggerigruppen A/S i oddany jego spółce zależnej Royal Unibrew Polska. 51% akcji znalazło się natomiast w posiadaniu Garmo Holdings Limited. Od tego czasu głównymi udziałowcami stawały się kolejno różne spółki zarejestrowane na Cyprze.
- "TYSKIE" - Piwo, którego historia sięga co najmniej 1613 r. jest teraz w rękach południowoafrykańskiego SABMiller
- "ŻYWIEC" - Obecnie należy do koncernu Heineken.
- "WARKA" - słynna na całą Europę od wieków - też już nie nasza, choć w tym momencie nazwa właściciela mi uleciała.
| Czy istnieje jeszcze jakiś polski Polmos? |
Wygląda na to, że łatwiej pisać, czego NIE kupować.
PROSZĘ O PODPOWIEDŹ: CZY ISTNIEJĄ JESZCZE JAKIEŚ POLSKIE MARKI WÓDEK, KTÓRE NADAL SĄ POLSKIE ?
Ciąg dalszy listy nastąpi, a tym czasem zwracam się do szanownych czytelników o pomoc w tworzeniu zestawień polskich wyrobów i produktów spożywczych.
Temat trunków właśnie rozpoczęłam, w następnej kolejności chciałabym skupić się na:
słodyczach,
kosmetykach,
mydłach i proszkach do prania,
następnie sokach i dżemach,
mięsach i wędlinach,
innych produktach, które być może już zwróciły Waszą uwagę.
Piszcie, o każdej znanej Wam polskiej przetwórni, wytwórni, fabryce, o której wiecie, a której produkty giną wśród morza wyrobów głównie niemieckich, francuskich, rosyjskich, itd...
Wygląda na to, że trzeba walczyć o każdą łyżeczkę cukru i łyk soku z polskich jabłek...
poniedziałek, 1 września 2014
Dlaczego ?
Dlaczego dzieci i młodzież nie lubią szkoły?
W niektórych przypadkach słowo "nie lubią" jest eufemizmem, oni szkoły wręcz nienawidzą!
Dlaczego?
Odpowiedź jest niesłychanie prosta. (pomijając przypadki szczególne i obiektywne trudności w nauce).
Bo w szkole jest po prostu nudno.
Lekcje w szkole w szeregu wypadków to strata czasu.
Nauczyciele nie przygotowują lekcji, prowadzą wykłady w sposób nudny, monotonny i niezrozumiały.
Bo sposób uczenia jest często odhaczaniem kolejnego punktu w programie nauczania bez najmniejszego wysiłku, by uatrakcyjnić sposób podania wiedzy.
Bo odkąd zawód nauczyciela się sfeminizował, a w naszej socjalistycznej rzeczywistości, zdeprecjonował materialnie, nauczyciele przestali uczyć z powołania, a zaczęli z przymusu.
Chociaż, jak mi się wydaje, status materialny nauczycieli poprawił się, odkąd przestaliśmy oficjalnie wyznawać socjalizm, to jednak stosunek nauczycieli do pracy, a uczniów i rodziców do nauczycieli, niewiele się zmienił.
Tu zaznaczam, że wyjątki godne szacunku na szczęście się zdarzają!!!
Przykłady nudnych nauczycieli znamy wszyscy, ale kilka przykładów:
Lekcja historii w gimnazjum: nauczycielka po wejściu do klasy i sprawdzeniu obecności, otwiera podręcznik danej klasy i nie wstając ani razu zza biurka, zerka do podręcznika, by w opowiedzieć uczniom nowy temat.
Nie ma tam żadnych ciekawostek, żadnych uzupełnień, nic, co przyciągnęło by ich uwagę. Nawet swoim obliczem nie przyciąga uwagi. Żeby choć machnęła ręką, wstała i usiadła, zrobiła kilka kroków.
Nic. Część uczniów przysypia, część zaczyna rozrabiać.
Strata czasu - można wszystko przeczytać z podręcznika w domu.
Lekcja wuefu w liceum: - Proszę pani, nie potrafię serwować (przerabiamy siatkówkę) czy może mi pani wytłumaczyć co mam zrobić, żeby to robić dobrze?
- Serwowanie powinnaś umieć już z gimnazjum, a skoro nie potrafisz, to musisz poćwiczyć.
(strata czasu - żadnej pomocy, żadnej porady, dziecko pozostawione sobie).
Lekcja matematyki w liceum: - Zrozumieliście, jak rozwiązać takie zadania? - Nie. - Kowalska, chodź do tablicy, będziesz robić. Kowalska idzie z nadzieją, że w trakcie rozwiązywania zadania zostanie jej wyjaśnione, to, czego wcześniej nie zrozumiała. - Oj, Kowalska, nie uważałaś, kiedy tłumaczyłam. Siadaj, jedynka.
Szok, strata czasu, głęboka niechęć.
Takich przykładów można pisać tysiące. Trzy powyższe pochodzą ze szkół moich dzieci.
Skąd ma się brać szacunek dla nauczycieli i chęć do nauki, skoro nauka jest TAKA NUDNA?
Gdzie są nauczyciele starej daty, których miałam szczęście spotkać chodząc do szkoły? Gdzie panie z matematyki, które tłumaczyły tak długo, aż ostatni tuman zrozumiał? Gdzie lekcje geografii, na które lecieliśmy z radością, bo było ciekawie, a pani zawsze powiedziała coś wesołego? Gdzie lekcje chemii, na których co lekcję pani robiła jakiś pokaz lub doświadczenie, a tajemnice wiązań chemicznych utrwalała ustawiając nas w różne konfiguracje, by pokazać, jak wiążą się ze sobą atomy. Było ruchu, śmiechu i skupiania uwagi, bo przecież trzeba było uważać, żeby się nie pomylić. Gdzie pani z muzyki, która wymagając od nas wiele, robiła wszystko, by oszlifować naszą wiedzę muzyczną, a na każdej lekcji działo się coś innego?
Uzupełnianie dzienników, pisanie sprawozdań, robienie statystyk, zajmuje nauczycielom i dyrekcji tyle czasu, że uczeń staje się do istniejącej biurokracji niepotrzebnym dodatkiem.
Dlaczego nauczyciele tyle czasu spędzają nad dziennikiem? Czy nie powinni przychodzić do klasy z gotowym tematem w głowie?
Można się buntować przeciwko niesprawiedliwości jaka spotykała kiedyś nauczycielki, bo chcąc uczyć musiały pozostać w stanie panieńskim, a wychodząc za mąż rezygnowały z zawodu.
Uważam, że zawód, od którego zależy cała przyszłość młodych ludzi wymaga poświęceń i jak najwyższej uwagi.
Celibat pań, powołanych do tego zawodu, miał głęboki sens: nie tylko ich głów nie zaprzątał dzisiejszy obiad dla rodziny, starania o własne dzieci i dom, ale miały one po zakończeniu godzin nauczania dość czasu, by poszerzyć swoją wiedzę i solidnie przygotować kolejną lekcję.
Dziś tylko nieliczni pozostają w pracy dłużej niż się od nich tego wymaga, a lekcje w domu przygotowują pasjonatki. Skrócony, w stosunku do innych zawodów, wymiar godzin pracy byłby absolutnie uzasadniony, gdyby pracownicy oświaty faktycznie resztę dnia wykorzystywali na działania ubogacające własną wiedzę i przemyślenia, jak uatrakcyjnić jej przyswajanie, podopiecznym.
Takie podejście do czasu pracy, po prostu nie zdało egzaminu. Może byłoby zasadne wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy z pozostawieniem takiej ilości godzin nauczania, jaka istnieje dziś? Siedzenie w szkole wymuszałoby działania korzystne i dla uczącego i dla ucznia.
Praca z dziećmi i młodzieżą to niezaprzeczalnie praca bardzo ciężka, tym bardziej należałoby poświęcić spędzone z uczniami godziny na efektywne ich wykorzystanie.
Możliwe też, że atrakcyjne podanie wiedzy spowodowałoby, że i trud pedagogiczny byłby mniejszy? Wszak uczeń zainteresowany lekcją, mniej sprawia kłopotu.
Wychowanie dzieci w domu i nastawienie ich do pracy w szkole to zupełnie odrębny temat...
A, jeszcze małe spostrzeżenie: jeszcze kilka lat temu pierwszego września, zebrani w szkole rodzice i uczniowie, rozpoczynali nowy rozdział nauki od odśpiewania hymnu państwowego.
Od jakiegoś czasu (mam wrażenie, że od 2010r) przestaliśmy uświadamiać uczniów w jakim żyją państwie i to, że dzięki przeszłym pokoleniom mogą się uczyć.
Dziś brakowało mi hymnu szczególnie - bo i czasy trudne i rocznica "okrągła"...

W niektórych przypadkach słowo "nie lubią" jest eufemizmem, oni szkoły wręcz nienawidzą!
Dlaczego?
Bo w szkole jest po prostu nudno.
Lekcje w szkole w szeregu wypadków to strata czasu.
Nauczyciele nie przygotowują lekcji, prowadzą wykłady w sposób nudny, monotonny i niezrozumiały.
Bo sposób uczenia jest często odhaczaniem kolejnego punktu w programie nauczania bez najmniejszego wysiłku, by uatrakcyjnić sposób podania wiedzy.
Bo odkąd zawód nauczyciela się sfeminizował, a w naszej socjalistycznej rzeczywistości, zdeprecjonował materialnie, nauczyciele przestali uczyć z powołania, a zaczęli z przymusu.
Chociaż, jak mi się wydaje, status materialny nauczycieli poprawił się, odkąd przestaliśmy oficjalnie wyznawać socjalizm, to jednak stosunek nauczycieli do pracy, a uczniów i rodziców do nauczycieli, niewiele się zmienił.
Tu zaznaczam, że wyjątki godne szacunku na szczęście się zdarzają!!!
Przykłady nudnych nauczycieli znamy wszyscy, ale kilka przykładów:
Lekcja historii w gimnazjum: nauczycielka po wejściu do klasy i sprawdzeniu obecności, otwiera podręcznik danej klasy i nie wstając ani razu zza biurka, zerka do podręcznika, by w opowiedzieć uczniom nowy temat.
Nie ma tam żadnych ciekawostek, żadnych uzupełnień, nic, co przyciągnęło by ich uwagę. Nawet swoim obliczem nie przyciąga uwagi. Żeby choć machnęła ręką, wstała i usiadła, zrobiła kilka kroków.
Nic. Część uczniów przysypia, część zaczyna rozrabiać.
Strata czasu - można wszystko przeczytać z podręcznika w domu.
Lekcja wuefu w liceum: - Proszę pani, nie potrafię serwować (przerabiamy siatkówkę) czy może mi pani wytłumaczyć co mam zrobić, żeby to robić dobrze?
- Serwowanie powinnaś umieć już z gimnazjum, a skoro nie potrafisz, to musisz poćwiczyć.
(strata czasu - żadnej pomocy, żadnej porady, dziecko pozostawione sobie).
Lekcja matematyki w liceum: - Zrozumieliście, jak rozwiązać takie zadania? - Nie. - Kowalska, chodź do tablicy, będziesz robić. Kowalska idzie z nadzieją, że w trakcie rozwiązywania zadania zostanie jej wyjaśnione, to, czego wcześniej nie zrozumiała. - Oj, Kowalska, nie uważałaś, kiedy tłumaczyłam. Siadaj, jedynka.
Szok, strata czasu, głęboka niechęć.
Takich przykładów można pisać tysiące. Trzy powyższe pochodzą ze szkół moich dzieci.
Skąd ma się brać szacunek dla nauczycieli i chęć do nauki, skoro nauka jest TAKA NUDNA?
Gdzie są nauczyciele starej daty, których miałam szczęście spotkać chodząc do szkoły? Gdzie panie z matematyki, które tłumaczyły tak długo, aż ostatni tuman zrozumiał? Gdzie lekcje geografii, na które lecieliśmy z radością, bo było ciekawie, a pani zawsze powiedziała coś wesołego? Gdzie lekcje chemii, na których co lekcję pani robiła jakiś pokaz lub doświadczenie, a tajemnice wiązań chemicznych utrwalała ustawiając nas w różne konfiguracje, by pokazać, jak wiążą się ze sobą atomy. Było ruchu, śmiechu i skupiania uwagi, bo przecież trzeba było uważać, żeby się nie pomylić. Gdzie pani z muzyki, która wymagając od nas wiele, robiła wszystko, by oszlifować naszą wiedzę muzyczną, a na każdej lekcji działo się coś innego?
Uzupełnianie dzienników, pisanie sprawozdań, robienie statystyk, zajmuje nauczycielom i dyrekcji tyle czasu, że uczeń staje się do istniejącej biurokracji niepotrzebnym dodatkiem.
Dlaczego nauczyciele tyle czasu spędzają nad dziennikiem? Czy nie powinni przychodzić do klasy z gotowym tematem w głowie?
Uważam, że zawód, od którego zależy cała przyszłość młodych ludzi wymaga poświęceń i jak najwyższej uwagi.
Celibat pań, powołanych do tego zawodu, miał głęboki sens: nie tylko ich głów nie zaprzątał dzisiejszy obiad dla rodziny, starania o własne dzieci i dom, ale miały one po zakończeniu godzin nauczania dość czasu, by poszerzyć swoją wiedzę i solidnie przygotować kolejną lekcję.
Dziś tylko nieliczni pozostają w pracy dłużej niż się od nich tego wymaga, a lekcje w domu przygotowują pasjonatki. Skrócony, w stosunku do innych zawodów, wymiar godzin pracy byłby absolutnie uzasadniony, gdyby pracownicy oświaty faktycznie resztę dnia wykorzystywali na działania ubogacające własną wiedzę i przemyślenia, jak uatrakcyjnić jej przyswajanie, podopiecznym.
Takie podejście do czasu pracy, po prostu nie zdało egzaminu. Może byłoby zasadne wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy z pozostawieniem takiej ilości godzin nauczania, jaka istnieje dziś? Siedzenie w szkole wymuszałoby działania korzystne i dla uczącego i dla ucznia.
Praca z dziećmi i młodzieżą to niezaprzeczalnie praca bardzo ciężka, tym bardziej należałoby poświęcić spędzone z uczniami godziny na efektywne ich wykorzystanie.
Możliwe też, że atrakcyjne podanie wiedzy spowodowałoby, że i trud pedagogiczny byłby mniejszy? Wszak uczeń zainteresowany lekcją, mniej sprawia kłopotu.
Wychowanie dzieci w domu i nastawienie ich do pracy w szkole to zupełnie odrębny temat...
A, jeszcze małe spostrzeżenie: jeszcze kilka lat temu pierwszego września, zebrani w szkole rodzice i uczniowie, rozpoczynali nowy rozdział nauki od odśpiewania hymnu państwowego.
Od jakiegoś czasu (mam wrażenie, że od 2010r) przestaliśmy uświadamiać uczniów w jakim żyją państwie i to, że dzięki przeszłym pokoleniom mogą się uczyć.
Dziś brakowało mi hymnu szczególnie - bo i czasy trudne i rocznica "okrągła"...
Subskrybuj:
Posty (Atom)