Zniknęłam ostatnio ze strefy blogowej, bo zajęć dokoła bez liku.
W ogrodzie po udanym zbiorze truskawek i obfitym wysypie poziomek nareszcie wyrosły pomidory. Długo nie mogły się zdecydować, czy chcą zawsze już być malutkie, czy jednak urosną. Zwyciężyła druga opcja i obecnie kwitną dorodnie.
W tym roku, po raz pierwszy od wielu lat nastąpił niewyobrażalny wysyp wiśni i czereśni. Po ubiegłorocznych pojedynczych owockach na drzewie, przeżywamy pozytywny szok.
Tyle dzieje się w moim maleńkim ogrodzie.
Równocześnie z nastaniem wakacji dokonaliśmy przeprowadzenia Babci. Nie wyszło co prawda tak, jak chcieliśmy kiedyś, by Babcia mieszkała z nami, ale będzie w pobliżu, zaledwie kilka minut drogi od naszego domku. Utonęliśmy więc w pracach remontowych, by dostosować wynajęte przez Babcię mieszkanie do stanu używalności przez białego człowieka.
Oszczędzając fundusze, wiele z prac wykonujemy sami.
Własnoręcznie wymalowałam jeden z pokoi, kuchnię i łazienkę, bo na człowieka umówionego do reszty mieszkania trzeba zaczekać - ma swoje terminy.
Zanim przystąpiliśmy do upiększania lokum, trzeba było zerwać stare wykładziny w stanie agonalnym, w tym w kuchni cztery warstwy, nim dotarliśmy do warstwy przyklejonej bezpowrotnie, za to stabilnie i nadającej się na podkład dla nowej okładziny.
Znaleźliśmy też cudo cudaśnie, a mianowicie... tapety zmywalne naklejone na kafelki w łazience. Widząc za pierwszym razem owe tapety, szykowaliśmy się do kolejnego tapetowania, jednak po zdjęciu starej zniszczonej, okazało się, że kafelki wystarczy... umyć. Proces był dość żmudny, bo klej do tapet winylowych, nie woda, jednak efekt wyszedł doskonały.
Najdłużej walczyliśmy ze zdejmowaniem tapet winylowych, udających korek, w kuchni. Uparte to tworzywo składało się z wierzchniej "plastikowej" warstwy (nienamaczalnej), pod którą znajdowała się cienka warstwa jakiejś pianki nadającej całości strukturę korka. Ta warstwa także nie dawała się namoczyć. Dopiero pod nią był pozwalający się namoczyć papier. W życiu nie spotkałam się z tworzywem, tak opornym na ściąganie. Okazało się, że i w kuchni mamy pod tapetą kafelki, a odświeżenia wymagają jedynie ściany powyżej nich.
Po zdjęciu tego utrapienia, na ścianach, na życzenie Babci zrobiłam "tynk strukturalny", którego skład pozostanie moją tajemnicą. Efekt wyszedł świetny. (zdjęcia wkrótce)
Z Archaniołem moim kochanym ułożylismy też Babci podłogę panelową w wymalowanym przeze mnie pokoju, Przed nami jeszcze jedna taka praca i układanie wykładziny w kuchni i dużym pokoju.
Nie nudzimy się.
Tak więc, moje zniknięcie, ma uzasadnienie w wykonywanej pracy. Zbliża się koniec remontu, jest szansa, że powrócę do blogowania...
Splata nam się w życiu codzienna szarość, zwyczajność i rutyna z wydarzeniami pięknymi, niezwykłymi i wartymi zapamiętania. Jesteśmy ludźmi, którzy chodząc twrdo po ziemi czasami zaglądają ponad chmury, a czasami zahaczamy głowami o kawałek nieba. Tacy jesteśmy – Archanioły i Ludzie. A w każdym z nas tkwi potrzeba stwarzania tej odrobiny nieba koło siebie. Chcemy mieć w otoczeniu rzeczy piękne...
środa, 16 lipca 2014
niedziela, 29 czerwca 2014
... a nie mówiłam?
Nie mam żadnej satysfakcji z tego, że miałam rację mówiąc już dawno, że trwa demontaż państwa.
Teraz, czarno na białym, podkreślone "ciężko pracującymi panienkami" dowiadujemy się w jakiej pogardzie mają nas rządzący.
Siedem milionów obywateli nie mogąc żyć we własnej ojczyźnie musiało wyjechać z nieudolnie rządzonego kraju, żeby mieć pracę i żyć w godnych warunkach.
Ale ja dziś nie o tym...
Ciśnienie podniosło mi wczoraj coś innego:
Rekonstrukcja w dolinie Ślepiotki
Pod pretekstem przedstawienia walk wyzwoleńczych o okolice, w których mieszkam, nawijano widzom na uszy makaron o tym, jacy biedni byli żołnierze Wermachtu...
Kto nie wie, temu objaśniam, że Ślązaków rząd okupanta traktował jak Niemców i wcielał do swojego wojska. Jednak wielu z nich, jako potomkowie Powstańców Śląskich, walczących o zachowanie polskości tych ziem, dezerterowało z wojska najeźdźcy i uciekało do aliantów. Tak przynajmniej robili mieszkańcy mojej wsi (dziś dzielnica Katowic) i członkowie mojej rodziny.
Zresztą, o czym tu dużo mówić, skoro w Plebiscycie 89% mieszkańców Piotrowic opowiedziało się za przynależnością do Polski, a w spisie z 1931 na 8 137 mieszkańców narodowość niemiecką zadeklarowało 127 osób.
Ślązacy, którzy pozostali w Wermachcie (cóż, za dezercję groziła kara śmierci) oczywiście cierpieli w strasznych wojennych warunkach. Cierpieli też z powodu przymusu walczenia pod rozkazami okupanta, jednak pozostając w niemieckich szeregach mogą budzić współczucie jako pojedynczy ludzie, a nie jako żołnierze Wermachtu!
Ckliwe przedstawienie, które uczyło młodzież współczucia dla żołnierzy w niemieckich mundurach jest według mnie z gruntu złe. Przestaje jednak dziwić, gdy doszukamy się, kto to wydarzenie zorganizował.
Podsumowując: za pieniądze polskich podatników pokazaliśmy dzieciom i młodzieży, jak trudny i godny współczucia był los żołnierza Wermachtu na polskiej ziemi.
Będę okrutna, bo mogę być dumna z moich wujków - wszyscy ci biedni Ślązacy mieli wybór: mogli zostać bohaterami uciekając, dla mnie nie ważne, czy żywymi, czy martwymi.
A, jeszcze jedno.
Do szału doprowadza mnie pisanie nazwy okolicznych wsi Ochojetz i Petrowitz zamiast Ochojec i Piotrowice. Jeżeli to nam nie będzie przeszkadzać, to niech nas nie zdziwi, kiedy oficjalnie zaczniemy pisać Katowitz, Krakau, Warschau...
Komuś śląskość myli się ze zniemczeniem...
Jeżeli wracamy do niemieckich sentymentów, to przypominam, że główna ulica mojej miejscowości nosząca dziś piękne nazwanie Zygmunta "Waltera" Jankego, podczas okupacji nazywała się Adolf Hitler strasse...
Teraz, czarno na białym, podkreślone "ciężko pracującymi panienkami" dowiadujemy się w jakiej pogardzie mają nas rządzący.
Siedem milionów obywateli nie mogąc żyć we własnej ojczyźnie musiało wyjechać z nieudolnie rządzonego kraju, żeby mieć pracę i żyć w godnych warunkach.
Ale ja dziś nie o tym...
Ciśnienie podniosło mi wczoraj coś innego:
| Brat babci zginął w III Powstaniu Śląskim |
Pod pretekstem przedstawienia walk wyzwoleńczych o okolice, w których mieszkam, nawijano widzom na uszy makaron o tym, jacy biedni byli żołnierze Wermachtu...
Kto nie wie, temu objaśniam, że Ślązaków rząd okupanta traktował jak Niemców i wcielał do swojego wojska. Jednak wielu z nich, jako potomkowie Powstańców Śląskich, walczących o zachowanie polskości tych ziem, dezerterowało z wojska najeźdźcy i uciekało do aliantów. Tak przynajmniej robili mieszkańcy mojej wsi (dziś dzielnica Katowic) i członkowie mojej rodziny.
Zresztą, o czym tu dużo mówić, skoro w Plebiscycie 89% mieszkańców Piotrowic opowiedziało się za przynależnością do Polski, a w spisie z 1931 na 8 137 mieszkańców narodowość niemiecką zadeklarowało 127 osób.
Ślązacy, którzy pozostali w Wermachcie (cóż, za dezercję groziła kara śmierci) oczywiście cierpieli w strasznych wojennych warunkach. Cierpieli też z powodu przymusu walczenia pod rozkazami okupanta, jednak pozostając w niemieckich szeregach mogą budzić współczucie jako pojedynczy ludzie, a nie jako żołnierze Wermachtu!
Ckliwe przedstawienie, które uczyło młodzież współczucia dla żołnierzy w niemieckich mundurach jest według mnie z gruntu złe. Przestaje jednak dziwić, gdy doszukamy się, kto to wydarzenie zorganizował.
Podsumowując: za pieniądze polskich podatników pokazaliśmy dzieciom i młodzieży, jak trudny i godny współczucia był los żołnierza Wermachtu na polskiej ziemi.
Będę okrutna, bo mogę być dumna z moich wujków - wszyscy ci biedni Ślązacy mieli wybór: mogli zostać bohaterami uciekając, dla mnie nie ważne, czy żywymi, czy martwymi.
A, jeszcze jedno.
Do szału doprowadza mnie pisanie nazwy okolicznych wsi Ochojetz i Petrowitz zamiast Ochojec i Piotrowice. Jeżeli to nam nie będzie przeszkadzać, to niech nas nie zdziwi, kiedy oficjalnie zaczniemy pisać Katowitz, Krakau, Warschau...
Komuś śląskość myli się ze zniemczeniem...
Jeżeli wracamy do niemieckich sentymentów, to przypominam, że główna ulica mojej miejscowości nosząca dziś piękne nazwanie Zygmunta "Waltera" Jankego, podczas okupacji nazywała się Adolf Hitler strasse...
poniedziałek, 26 maja 2014
Po burzy
Słoneczko i upały w ostatnich dniach doszły wreszcie do apogeum i ku uldze wszystkich stworzeń nastał sezon burz. Dzięki temu ominęło mnie podlewanie pomidorków i w sobotę i dziś.
Dzięki ciepłu i deszczom wszystko rośnie w oczach.
"TRuskawek" nawiązało się na krzaczkach sporo, pozostaje teraz czekać aż urosną i dojrzeją.
Moje pomidorki na razie korzystają z butelek z których miały powstać eksperymentalne grządki.
Dzięki ciepłu i deszczom wszystko rośnie w oczach.
"TRuskawek" nawiązało się na krzaczkach sporo, pozostaje teraz czekać aż urosną i dojrzeją.
Moje pomidorki na razie korzystają z butelek z których miały powstać eksperymentalne grządki.
niedziela, 25 maja 2014
"Pianino Lema" czyli niedzielny misz - masz
Lubiana przeze mnie literatura mistrza fantastyki Stanisława Lema, czasami włącza się w moje przypadkowe rozważania na temat codzienności i rzeczywistości.
Otóż, idąc sobie przez blokowe osiedle z sobotnich zakupów, w jednej z uliczek zostałam ogłuszona przez bardzo dobrze nagłośnioną muzykę rapową wydobywająca się, jak się okazało, z szeroko otwartych okien jednego z mieszkań na drugim piętrze, pośrodku jednego z długaśnych bloków.
Kto żyw musiał wysłuchać tego męczącego koncertu, który głównie składał się z dźwięków sekcji rytmicznej i przekleństw. Pomyślałam sobie w tym momencie, że każdy rodzaj muzyki podany w ten sposób otaczającym bliźnim byłby niegrzecznością. Okraszony niecenzuralnym tekstem łomot był tylko odrażającym dodatkiem.
Skąd jednak właściciel owego mieszkania miał wiedzieć, że postępuje niegrzecznie? Dziś ani szkoła, ani rodzice nie uczą, co to znaczy przyzwoitość i kultura. Wręcz przeciwnie, wszelkie ograniczenia są niemile widziane, jako ograniczające osobowość (?) i sprzeciwiające się swobodzie jednostki.
Dlaczego jednak swoboda jednostki ma być ważniejsza od swobody otaczających ową jednostkę ludzi?
Gdzie się podział konwenans uczący szacunku dla bliźnich? Gdzie gorset utrzymujący w ryzach narzucanie swojego niechcianego przez otoczenie "widzimisię"?
Raz odrzucone normy giną zadeptane przez wszystkich, którzy krzyczą "nareszcie jesteśmy wolni", po czym dziwią się, że ze strony otoczenia spotykają ich najróżniejsze przykrości.
Kto w takim razie dziś miałby uczyć grzeczności, kultury, konwenansów?
Z tym wszystkim dzieje sie dokładnie to samo, co z całą resztą nauki. Upada.
Kiedy kilkanaście lat temu zaprosiłam do siebie pana do nastrojenia mojego bardzo już leciwego pianina, obdarzył nas opowieścią o jakości wytwarzanych obecnie pianin. (Pojęcia nie mam, jak jest dziś). Dowiedzieliśmy się, że dobre pianina skończyły się w latach sześćdziesiątych. Potem takie same instrumenty, wytwarzane w tej samej fabryce zaczęły tracić na jakości. Wzory niby te same, normy te same, a jednak coś zaczynało szwankować. Po dłuższych dywagacjach rozwiązaliśmy zagadkę tego zjawiska. Wtedy na emeryturę zaczęli odchodzić przedwojenni rzemieślnicy, uczeni fachu ze ściśle określonymi rygorami. Pogardzani za przestarzałe poglądy w nowej "świetlanej rzeczywistości" nie zdołali przekazać swej wiedzy. Ideologiczny luz i tumiwisizm w tym wypadku zdominował przestarzałe, a jednak istotne, podejście do pracy. Czego w takim razie nowi, nonszalanccy pracownicy fabryki mogli nauczyć swoich następców? Przecież nie doskonalszego od nich samych, wykonywania pracy.
To u mistrza Lema pojawiają się roboty, które wytwarzają kolejną generację udoskonalonych siebie samych. Tyle że Lem był mistrzem... fantastyki.
Tylko w jego książce mogliby się pojawić pracownicy fabryki pianin, którzy wychowują fachowców lepszych od siebie.
Postęp oczywiście jest możliwy i miał miejsce wśród ludzkości przez minione wieki. Jednak by następował, potrzebne jest odpowiednie nastawienie społeczeństwa, wysiłek w dostrzeżeniu wiedzy i wartości przekazywanych przez przemijające pokolenia. Negowanie ich prowadzi bezpowrotnie do upadku.
Dotyczy to wszelkich norm życia społecznego i codziennego.
Głupi nauczyciel nie przyczyni się do rozwijania talentu ucznia. Musiałby mieć choć tę odrobinę rozumu, by dostrzec swoją małość i wspierać ucznia w dążeniu do dalszego samokształcenia lub kształcenia u lepszych od siebie. Potrzebna jest społeczna akceptacja rozwoju.
Czego możemy się spodziewać od nauczycieli, którzy często sami nie rozumieją wykładanych zagadnień? Albo od tych, którzy robią to w sposób nieczytelny, nieprzystępny, nudny, beznadziejny?
Skąd młode pokolenie ma czerpać wiedzę, kulturę i dumę narodową, skoro ich kształcenie opiera się na nauczycielach bez wiedzy i umiejętności, pozbawionych kultury, tępiących zdolności i z całą pewnością przekonanych do wstydu z bycia Polakiem? (Szacunek dla nielicznych, "którym się chce"!)
Czego możemy się się spodziewać po dziecku, które w domu nie zostało nauczone podstawowych norm kultury? Ono przecież także nie wychowa swoich dzieci na gentlemanów i damy.
Dochodzimy więc do bezwzględnego wmuszania sąsiadom swojego ulubionego rodzaju muzyki i do niegrzeczności, nieprzyzwoitości i chamstwa otaczających nas we wszystkich sferach życia.
Dlatego dzieci lepiej wychowane od swoich rodziców, lepsze pianina robione przez gorszych rzemieślników i roboty w kolejnej generacji doskonalsze od swoich twórców, pozostaną w sferze fantastyki...
A co do samego słuchania ulubionej muzyki w sobotni poranek...
"Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka."
Alexis de Tocqueville
Otóż, idąc sobie przez blokowe osiedle z sobotnich zakupów, w jednej z uliczek zostałam ogłuszona przez bardzo dobrze nagłośnioną muzykę rapową wydobywająca się, jak się okazało, z szeroko otwartych okien jednego z mieszkań na drugim piętrze, pośrodku jednego z długaśnych bloków.
Kto żyw musiał wysłuchać tego męczącego koncertu, który głównie składał się z dźwięków sekcji rytmicznej i przekleństw. Pomyślałam sobie w tym momencie, że każdy rodzaj muzyki podany w ten sposób otaczającym bliźnim byłby niegrzecznością. Okraszony niecenzuralnym tekstem łomot był tylko odrażającym dodatkiem.
Skąd jednak właściciel owego mieszkania miał wiedzieć, że postępuje niegrzecznie? Dziś ani szkoła, ani rodzice nie uczą, co to znaczy przyzwoitość i kultura. Wręcz przeciwnie, wszelkie ograniczenia są niemile widziane, jako ograniczające osobowość (?) i sprzeciwiające się swobodzie jednostki.
Dlaczego jednak swoboda jednostki ma być ważniejsza od swobody otaczających ową jednostkę ludzi?
Gdzie się podział konwenans uczący szacunku dla bliźnich? Gdzie gorset utrzymujący w ryzach narzucanie swojego niechcianego przez otoczenie "widzimisię"?
Raz odrzucone normy giną zadeptane przez wszystkich, którzy krzyczą "nareszcie jesteśmy wolni", po czym dziwią się, że ze strony otoczenia spotykają ich najróżniejsze przykrości.
Kto w takim razie dziś miałby uczyć grzeczności, kultury, konwenansów?
Z tym wszystkim dzieje sie dokładnie to samo, co z całą resztą nauki. Upada.
Tylko w jego książce mogliby się pojawić pracownicy fabryki pianin, którzy wychowują fachowców lepszych od siebie.
Postęp oczywiście jest możliwy i miał miejsce wśród ludzkości przez minione wieki. Jednak by następował, potrzebne jest odpowiednie nastawienie społeczeństwa, wysiłek w dostrzeżeniu wiedzy i wartości przekazywanych przez przemijające pokolenia. Negowanie ich prowadzi bezpowrotnie do upadku.
Dotyczy to wszelkich norm życia społecznego i codziennego.
Głupi nauczyciel nie przyczyni się do rozwijania talentu ucznia. Musiałby mieć choć tę odrobinę rozumu, by dostrzec swoją małość i wspierać ucznia w dążeniu do dalszego samokształcenia lub kształcenia u lepszych od siebie. Potrzebna jest społeczna akceptacja rozwoju.
Skąd młode pokolenie ma czerpać wiedzę, kulturę i dumę narodową, skoro ich kształcenie opiera się na nauczycielach bez wiedzy i umiejętności, pozbawionych kultury, tępiących zdolności i z całą pewnością przekonanych do wstydu z bycia Polakiem? (Szacunek dla nielicznych, "którym się chce"!)
Czego możemy się się spodziewać po dziecku, które w domu nie zostało nauczone podstawowych norm kultury? Ono przecież także nie wychowa swoich dzieci na gentlemanów i damy.
Dochodzimy więc do bezwzględnego wmuszania sąsiadom swojego ulubionego rodzaju muzyki i do niegrzeczności, nieprzyzwoitości i chamstwa otaczających nas we wszystkich sferach życia.
Dlatego dzieci lepiej wychowane od swoich rodziców, lepsze pianina robione przez gorszych rzemieślników i roboty w kolejnej generacji doskonalsze od swoich twórców, pozostaną w sferze fantastyki...
A co do samego słuchania ulubionej muzyki w sobotni poranek...
"Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka."
Alexis de Tocqueville
środa, 21 maja 2014
Każda kropelka
Każda kropelka wody w ogrodzie ma swoją cenę, o czym boleśnie przekonałam się w ubiegłym roku.
Przeglądając zimą różne ciekawostki, trafiłam na pomysł nawadniania pomidorów indywidualnie. W oryginale każdy krzak miał swój piętnasto litrowy baniak po wodzie mineralnej. Z braku tak dużych pojemników posłużyłam się zwykłymi butelkami po wodzie mineralnej z obciętymi dnami i zużyłam (niestety) cześć butelek przeznaczonych na pionowe grządki. Mam jednak nadzieję, że taki tryb sadzenia przyniesie spodziewane wodne oszczędności. Dziś posadziłam w ogrodzie tylko część, maleńkich jeszcze, pomidorków. Najpierw wbijam w ziemię patyk (dość głęboko, żeby było stabilnie) potem przywiązuję do niego butelkę z obciętym dnem, i dziurką wywierconą w zakrętce. Dziurka powinna
mieć 1mm średnicy. Niestety moje są nieco większe, bo Archaniołowi akurat małe wiertełka "wyszły". Następna partia już będzie, jak należy. Obok butelki z zagłębioną w ziemi szyjką, sadzę małą roślinkę. Tym sposobem mam nadzieję dozować podlewanie bezpośrednio sadzonkom. Podobnie będzie z nawozem pokrzywowym.
Następna część pomidorów posadzę jutro. Tymczasem w ramach prostowania grzbietu odpaliłam po południu wędzarenkę, bo sklepowe wędliny omijamy szerokim łukiem. Zaglądając do paleniska i czekając na dobroćki, miałam czas posiedzieć i podumać pod orzechem, poczytać książkę i dla relaksu obejść cały ogród zaglądając dokładnie pod każdy krzak i drzewo. Podobnie jak w ubiegłym roku znalazłam kilka grzybów - wyglądających jak grzyby leśne lub pieczarki. Tym razem UFO (takie, jak rok temu) ominęło moją ziemię.
A tu jeszcze babka przesadzona w cienisty kącik, by rozrastając się zabrała miejsce podagrycznikowi...
Przeglądając zimą różne ciekawostki, trafiłam na pomysł nawadniania pomidorów indywidualnie. W oryginale każdy krzak miał swój piętnasto litrowy baniak po wodzie mineralnej. Z braku tak dużych pojemników posłużyłam się zwykłymi butelkami po wodzie mineralnej z obciętymi dnami i zużyłam (niestety) cześć butelek przeznaczonych na pionowe grządki. Mam jednak nadzieję, że taki tryb sadzenia przyniesie spodziewane wodne oszczędności. Dziś posadziłam w ogrodzie tylko część, maleńkich jeszcze, pomidorków. Najpierw wbijam w ziemię patyk (dość głęboko, żeby było stabilnie) potem przywiązuję do niego butelkę z obciętym dnem, i dziurką wywierconą w zakrętce. Dziurka powinna
![]() |
| dziurka 2mm, zamiast 1mm |
Następna część pomidorów posadzę jutro. Tymczasem w ramach prostowania grzbietu odpaliłam po południu wędzarenkę, bo sklepowe wędliny omijamy szerokim łukiem. Zaglądając do paleniska i czekając na dobroćki, miałam czas posiedzieć i podumać pod orzechem, poczytać książkę i dla relaksu obejść cały ogród zaglądając dokładnie pod każdy krzak i drzewo. Podobnie jak w ubiegłym roku znalazłam kilka grzybów - wyglądających jak grzyby leśne lub pieczarki. Tym razem UFO (takie, jak rok temu) ominęło moją ziemię.
![]() |
| Stary grzyb jednak ma coś z ET... |
A tu jeszcze babka przesadzona w cienisty kącik, by rozrastając się zabrała miejsce podagrycznikowi...
wtorek, 20 maja 2014
Wojna dwudziestoletnia... z podagrycznikiem *
Od lat toczę wojnę o terytorium.
Wyniki są różne - raz ja wygrywam, raz on.
Jeżeli uda mi się wydrzeć jakiś spłacheć w jednym kątku ogródka, on zagarnia inny po drugiej stronie.
Muszę przyznać, że po wielkich trudach i bólach (grzbietu) udało mi się drania przegnać na obrzeża ludzkiego terytorium. Tam usiłuję go wygnać nasturcją, plewieniem i różnymi roślinami, które utrudniają mu rośnięcie. Nasturcja płożąc się zabiera mu miejsce. Gęsto wysiana trawa powinna zadziałać podobnie, jednak wystarczy, że w ziemi zostanie niewielki fragment rozłogów, a paskuda się odradza. Częste koszenie też utrudnia mu życie.
Ostatnio walczę o niewielki spłachetek w zacienionym rogu ogrodu wyciągając podagrycznik z ziemi z korzeniami i rozłogami, a na to miejsce sadząc babkę lancetowatą, pozyskiwaną w innych częściach ogrodu. Rozkładając szeroko swoje rozety liści, babka także wstrzymuje wzrost tego chwastu.
Najdziwniejszą dla mnie informacją było, że w pewnym projekcie ogrodu projektant umieścił podagrycznik, jako okrywową roślinę ozdobną. Może i potrafi on w większej połaci wyglądać atrakcyjnie, problem polega jednak na tym, że nie daje się nad tym stworzeniem zapanować. Jest rośliną niezwykle ekspansywną. Przerasta wszystko, rozrasta się szybko, a usunąć go z miejsc niepożądanych jest niemożliwością.
Było miejsce w ogrodzie, gdzie poradziłam sobie z usunięciem większości rozłogów dopiero po kilku latach sadzenia tam ziemniaków, które regularnie okopywane i plewione pomogły w usuwaniu najmniejszych kiełkujących cząstek tej upartej rośliny.
Teraz zaś oprócz walki z podagrycznikiem, sen z oczu spędza mi luka w koronach drzew, w miejscu, które aż się prosi o zasłonę, by zakryć przed naszymi oczyma nienawistne bloczysko.
Akurat w tym miejscu przed laty uprałam się posadzić pnące róże. Niestety, ich wysokość jest za mała, by dać nam poczucie prywatności.
Planuję więc przesadzić róże w inne miejsce, a tam zasadzić coś szybko rosnącego. Wystarczy, by roślina osiągnęła wysokość pierwszego piętra. W zimie zasłona nie jest konieczna, bo wtedy nie przebywamy w ogrodzie.
Ktoś ma jakiś pomysł?
Może leszczyna pomoże?
Co rośnie szybko i gęsto się rozgałęzia?
*
Kto chce niech się leczy lub zjada:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,12345,11502599,11502599,Podagrycznik.html
http://adremida.fototim.pl/ratunek-w-cierpieniu-podagrycznik/
Wyniki są różne - raz ja wygrywam, raz on.
Jeżeli uda mi się wydrzeć jakiś spłacheć w jednym kątku ogródka, on zagarnia inny po drugiej stronie.
Muszę przyznać, że po wielkich trudach i bólach (grzbietu) udało mi się drania przegnać na obrzeża ludzkiego terytorium. Tam usiłuję go wygnać nasturcją, plewieniem i różnymi roślinami, które utrudniają mu rośnięcie. Nasturcja płożąc się zabiera mu miejsce. Gęsto wysiana trawa powinna zadziałać podobnie, jednak wystarczy, że w ziemi zostanie niewielki fragment rozłogów, a paskuda się odradza. Częste koszenie też utrudnia mu życie.
Ostatnio walczę o niewielki spłachetek w zacienionym rogu ogrodu wyciągając podagrycznik z ziemi z korzeniami i rozłogami, a na to miejsce sadząc babkę lancetowatą, pozyskiwaną w innych częściach ogrodu. Rozkładając szeroko swoje rozety liści, babka także wstrzymuje wzrost tego chwastu.
| zdjęcie z netu |
Było miejsce w ogrodzie, gdzie poradziłam sobie z usunięciem większości rozłogów dopiero po kilku latach sadzenia tam ziemniaków, które regularnie okopywane i plewione pomogły w usuwaniu najmniejszych kiełkujących cząstek tej upartej rośliny.
Teraz zaś oprócz walki z podagrycznikiem, sen z oczu spędza mi luka w koronach drzew, w miejscu, które aż się prosi o zasłonę, by zakryć przed naszymi oczyma nienawistne bloczysko.
Akurat w tym miejscu przed laty uprałam się posadzić pnące róże. Niestety, ich wysokość jest za mała, by dać nam poczucie prywatności.
Planuję więc przesadzić róże w inne miejsce, a tam zasadzić coś szybko rosnącego. Wystarczy, by roślina osiągnęła wysokość pierwszego piętra. W zimie zasłona nie jest konieczna, bo wtedy nie przebywamy w ogrodzie.
Ktoś ma jakiś pomysł?
Może leszczyna pomoże?
Co rośnie szybko i gęsto się rozgałęzia?
*
Kto chce niech się leczy lub zjada:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,12345,11502599,11502599,Podagrycznik.html
http://adremida.fototim.pl/ratunek-w-cierpieniu-podagrycznik/
poniedziałek, 19 maja 2014
Pan Pies
Pan pies jest najcudowniejszym towarzyszem naszej codzienności.Wychowany od szczeniaczka, kiedy to był puchatą kulką koloru biszkopcika, ściemniał nam z czasem, przybierając groźną postać ogromnego psa.
Nazywany czasami Pyszczuszkiem, czasami Panem Hrabią lub zwyczajnie Kudłatym, tak naprawdę nosi królewskie imię Regis (jeżeli ktoś ma skojarzenia z Sapkowskim, to jest to skojarzenie słuszne, choć, mój nie pachnie ziołami). Regis, (czyli należący do królowej), jest moim psem. Moim, w takim sensie, że wybrał sobie mnie na osobę, którą musi się opiekować, i której musi towarzyszyć.
Kiedy był jeszcze mały - zawsze siadał pod moim krzesłem, spał koło mojego łóżka, kładł się zawsze przy moich stopach. Potem przestał się mieścić pod krzesłem więc wchodził pod stół. Teraz niestety i z wchodzeniem pod stół ma problem, jako, że jego grzbiet jest na wysokości blatu.
Pan Pies jest leonbergerem, chodząca psią łagodnością, cierpliwością i opiekuńczością. Od zawsze znosił ze stoickim spokojem dziecięce karesy - nie zawsze delikatne i miłe. Te psy stworzone są do opiekowania się dziećmi i do towarzyszenia rodzinie. W charakterystyce rasy zresztą można znaleźć uwagę, że chorują z braku ludzkiego towarzystwa. Jest przyjacielem nie tylko ludzi, ale i kota. Choć zwykle te psy mają kolor wypieczonej bułeczki z ciemnym pyskiem i ogonem, mój egzemplarz jest cały ciemny po czeskim tatusiu, co czasami myli w ocenie rasy, choć jest egzemplarzem pokazowym.
Kochany pluszak na czterech łapach groźnie szczerzy kły i szczeka gromkim głosem, gdy tylko ktoś obcy stanie pod płotem. Broni swojego terytorium i stada ze wszystkich swoich psich sił, a ma ich niemało. Jego wielkość i ciężar odczuwają nasze ściany i podłogi oraz schody. Ale - coś, za coś.
Nie zamienilibyśmy naszego przyjaciela na żadne skarby świata i choć ma tę denerwującą właściwość, że kładzie się zawsze w najwęższym przejściu lub w najbardziej uczęszczanym miejscu, wszyscy przywykli, że wchodząc do kuchni trzeba przekroczyć wielką górę futra. Czasami ktoś straci równowagę, gdy idąc na pewniaka ciemnym korytarzem (skąd ten nawyk chodzenia po ciemku?) trafi na leżące w poprzek kudłate cielsko.Dziś piesio towarzyszył mi przy plewieniu ogródka. Ja w lewo - on w lewo, ja w prawo - on w prawo. Przejdzie krok lub dwa i kładzie się z basowym pomrukiem na trawie. Aż się złościłam kiedy jego psia szlachetność niemal przyległa ślicznie kwitnące poziomki...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









