Ostatnio pisałam trochę o obfitości jadła przewijającego się przez dworskie stoły, jednak nie daje to jeszcze wyobrażenia, jak można było przejeść ogromny majątek. Przecież na stole pojawiały się głównie produkty rolne własnym sumptem, na własnej ziemi wytwarzane. To właśnie jest małość naszego pojęcia o tamtych czasach - nie sięgamy dalej...
Wystarczy zacząć od tego, że w gości, na ucztę, na bal trzeba było zajechać godnym ekwipażem (o karetach i powozach kiedyś pisałam), nie można też było wybierać się ciągle w tym samym odzieniu. Najtrudniej miała się sprawa z sukniami, które w czasach saskich stawały się coraz bardziej zwiewne i delikatne. Wcześniejsza moda, odziewająca panie w materiały solidniejsze i trwalsze pozwalające na wielokrotne przerabianie, przeszywanie i ozdabianie, gdy tymczasem zwiewne jedwabie i tiule nie wytrzymywały próby czasu drąc się i prując, a dodatkowo blaknąc w praniu oraz łatwo się plamiąc w sposób trudny do usunięcia z jasnej materii. Zaznaczyć trzeba, że zwiewności materii wcale nie towarzyszyła zwiewność ceny i damskie toalety były potężnym wydatkiem w skalki dworu. Z czasem nawet panowie zamieniając polski strój na nowoczesny, potrzebowali ciągle nowych koszul i kamizelek, na które w drugiej połowie XIX wieku zapanował istny szał.
Towarzystwo przyjeżdżające do dworu z jakiejś określonej okazji rzadko bawiło tylko kilka dni. Trzeba było odpocząć po podróży, a później brać udział w przygotowaniach: dostawało się rolę w przedstawieniu, czy żywym obrazie. Oczywiście należało się do roli odpowiednio przygotować, łącznie z uszyciem stosownego stroju lub przebrania.
Na wsi bawiono się często i chętnie. Na początku wieku w pałacu w Puławach niemal co dzień (!) odbywał się bal zwykły lub kostiumowy, wystawiano sztuki teatralne, operetki, pantomimy, inscenizowano szarady. A przecież takich pałaców było w Polsce setki, a dworów tysiące.
Wszystkie te atrakcje wymagały przemyślenia, przygotowania, dekoracji, oświetlenia (które kosztowało krocie!!!)
Oprócz długo planowanych "wielkich" bali i przyjęć, były także wieczorki tańcujące, herbatki, baliki i specjalność wieku: "siurpryza", czyli feta na cześć któregoś z domowników obchodzącego akurat urodziny lub imieniny. Taka impreza obchodzona w rodzinnym gronie to jeszcze nic wielkiego: ot, ubrać fotel w girlandy kwiatów, wykonać własnoręcznie powinszowania, przygotować pieśni lub deklamacje. Jednak częściej siurpryza odbywała się w szerszym gronie, gdzie gości bywało kilkadziesiąt lub nawet kilkaset. Należało przygotować występ aktorów, tancerzy, mimów, wszystkich ubierając w stosowne kostiumy szyte specjalnie przez armię szwaczek zawsze we dworze gotowych do pracy. Przypomnę, że używano tkanin szlachetnych; bawełny, jedwabiu, koronek, falban, tiuli i nie były to materie wytwarzane we dworze lecz kupowane.
Można też było, jak Helena Radziwiłłowa wyprawić "wiejskie śniadanie" ustawiając na środku salonu lasek świerkowy, w rogach zbudować chatki z ryżowej słomy, wszystko obstawić egzotycznymi roślinami w donicach, w chatkach zaś wystawić stoły z różnymi przysmakami ze słynnych lokali warszawskich. W lasku stanęły potrawy z mięsami.
Innym razem pani Izabela zabrała swoich gości na trakt przechodzący pod Puławami. Goście zastali tam rozbite namioty zarzucone dywanami i poduszkami, wazony pełne róż i drzewka pomarańczowe w wielkich donicach. Służba w tureckich strojach podawała w chińskiej i japońskiej porcelanie wschodnie przysmaki, lody i napoje. Drogą przed towarzystwem przemaszerowała karawana: trzysta baranów z dzwonkami na szyjach doglądanych przez Arabów w turbanach, sto krów z większymi dzwonkami, popędzanych przez hajduków w jednakowych strojach, szły także w karawanie wschodnie rumaki w bogatych rzędach i dwanaście wielbłądów objuczonych... Spektakl tak się podobał, że powtórzono go kilkakrotnie.
Przykłady takich ekstrawagancji możemy mnożyć.
Podaje się oczywiście tylko liczbę gości, bo któż by tam liczył służbę, dla której często miejsca pod dachem brakowało.
Do opisanych wyżej wydatków należy dopisać produkty spożywcze kupowane specjalnie do wytworzenia przysmaków: bakalie, egzotyczne owoce, cukier, zamorskie przyprawy, w mieście lód (który na wsiach pozyskiwano własnym sumptem i przechowywano w lodowniach), ogromne ilości soli potrzebnej przy wyrobie lodów, tak chętnie w dużych ilościach zjadanych. Do tego wszystkiego dochodziły trunki. Nie na każdą okazję wystarczało podać wina, likiery, czy nalewki z własnych piwnic. Były okazje na które należało sprowadzić szampana lub zagraniczne wina. Często należało zatrudnić dodatkową służbę, lub w mieście wynająć z lokalu, który dostarczał smakołyki i modne potrawy. Wypożyczano także stoły i krzesła. Po balu zaś ktoś musiał pozmywać - bywało, że trwało to kilka dni (!) i często także wymagało wynajęcia dodatkowej służby.
No i rzecz najważniejsza: światło, które kosztowało niewyobrażalne krocie.
Czasami jeden bal pochłaniał więcej kosztów za światło, niż cały dwór przez miesiąc !
Nie można jednak było skąpić na oświetleniu, gdy się chciało robić furorę w towarzystwie.
Oglądane przez nas filmy kostiumowe nie dają nawet bladego pojęcia, jak istotną rzeczą było rozmieszczenie kandelabrów, umocowanie świec w podwieszanych świecznikach, rozkład kaganków rozstawianych na różnych meblach, półkach, kominkach, wnękach. Wydaje się nam, że wtedy całą sprawę załatwiały świece woskowe. Tymczasem świec woskowych używano tylko w salonach i najbardziej reprezentacyjnych pokojach (nie dymiły), korytarze oświetlano świecami łojowymi i kagankami oliwnymi. Sienie pozbawione palnego umeblowania nadal oświetlano pochodniami, podjazdy do pałacu w zależności od pory roku oświetlały pochodnie lub lampki oliwne zawieszane w lampionikach rozmieszczonych na drzewach. Świece łojowe nie dawały tak jasnego światła jak produkt pszczeli, często dymiły i rozsiewały wokół siebie zapach topionych skwarków.
Na co dzień dwory i pałace nie błyszczały specjalnym blaskiem, nawet te najbogatsze. Światło oszczędzano z racji jego ceny. Często towarzystwo całe wieczory spędzało w jednym pomieszczeniu przy blasku ognia w kominku, lub blasku jednej świecy, która należała się czytającemu na głos jakąś znamienitą lub modną powieść. Z tego też względu wydawano wtedy specjalne książki "kominowe", to jest takie, które miały wielokrotnie większy druk od zwykłego, tylko po to, by łatwo można było czytać przy nikłym świetle paleniska lub świecy.
Skoro więc w niejednym dworze bale odbywały się codziennie, oświetlenie pochłaniało fortuny!
Nawiązując jeszcze do filmów usiłujących przedstawić nam opisywane czasy - budżet żadnego z filmów nie byłby chyba w stanie udźwignąć wystroju sali balowej. Bo bale wymagały sal reprezentacyjnych zwykle wspaniale zdobionych obrazami, rzeźbami, sztukaterią, lustrami, złoceniami... Mimo całego "zwykłego" bogactwa sale balowe przystrajano roślinami, kwiatami, jedwabiami, muślinami - tak chętnie upinanymi w wymyślne kaskady od sufitu do podłogi, a zajmujące całe połacie ścian. Upinano je różnymi ozdobami, szpilami, podpierano włóczniami i pikami wyciągniętymi z dworskich, czy pałacowych zbrojowni lub skarbców. Często rozstawiano wymyślnie ubraną służbę lub ustawiano rzeźby, ciągle wymieniane, gdy poprzednie się opatrzyły.
c.d.n.