niedziela, 28 lipca 2013

Jak można przejeść państwo?

Bardzo łatwo!
Co prawda wyobraźnia nieco nam się z biegiem lat skurczyła i dziś powiedzenie, że w czasach saskich przejadano i "przebawiano" całe majątki niewiele nam mówi. Bawiono się wspaniale i z przepychem także i później, gdy Polska powoli przestawał istnieć na mapach.
Ostatnio pisałam trochę o obfitości jadła przewijającego się przez dworskie stoły, jednak nie daje to jeszcze wyobrażenia, jak można było przejeść ogromny majątek. Przecież na stole pojawiały się głównie produkty rolne własnym sumptem, na własnej ziemi wytwarzane. To właśnie jest małość naszego pojęcia o tamtych czasach - nie sięgamy dalej...
Wystarczy zacząć od tego, że w gości, na ucztę, na bal trzeba było zajechać godnym ekwipażem (o karetach i powozach kiedyś pisałam), nie można też było wybierać się ciągle w tym samym odzieniu. Najtrudniej miała się sprawa z sukniami, które w czasach saskich stawały się coraz bardziej zwiewne i delikatne. Wcześniejsza moda, odziewająca panie w materiały solidniejsze i trwalsze pozwalające na wielokrotne przerabianie, przeszywanie i ozdabianie, gdy tymczasem zwiewne jedwabie i tiule nie wytrzymywały próby czasu drąc się i prując, a dodatkowo blaknąc w praniu oraz łatwo się plamiąc w sposób trudny do usunięcia z jasnej materii. Zaznaczyć trzeba, że zwiewności materii wcale nie towarzyszyła zwiewność ceny i damskie toalety były potężnym wydatkiem w skalki dworu. Z czasem nawet panowie zamieniając polski strój na nowoczesny, potrzebowali ciągle nowych koszul i kamizelek, na które w drugiej połowie XIX wieku zapanował istny szał.
Wybieramy się więc w gości - nie ważne czy wiele mil do sąsiada na wieś, czy w mieście na bal lub proszony obiad. Gościom musiała towarzyszyć odpowiednia liczba służby, tym większa, im dalej się udawano. Przez wieki zabierano ze sobą nie tylko kufry z odzieżą, ale i posłania, a w długą drogę prowiant i naczynia. Nocleg zwykle znajdował się - jeżeli nie w karczmie, to w każdym po drodze napotkanym dworze, gdzie goście zawsze witani byli z otwartymi rękoma i goszczeni chętnie z racji miłej odmiany codzienności. Oczywiście na gospodarza spadało nie tylko goszczenie państwa, ale i często karmienie przyjezdnej służby oraz koni.
Towarzystwo przyjeżdżające do dworu z jakiejś określonej okazji rzadko bawiło tylko kilka dni. Trzeba było odpocząć po podróży, a później brać udział w przygotowaniach: dostawało się rolę w przedstawieniu, czy żywym obrazie. Oczywiście należało się do roli odpowiednio przygotować, łącznie z uszyciem stosownego stroju lub przebrania.
Na wsi bawiono się często i chętnie. Na początku wieku w pałacu w Puławach niemal co dzień (!) odbywał się bal zwykły lub kostiumowy, wystawiano sztuki teatralne, operetki, pantomimy, inscenizowano szarady. A przecież takich pałaców było w Polsce setki, a dworów tysiące.
Wszystkie te atrakcje wymagały przemyślenia, przygotowania, dekoracji, oświetlenia (które kosztowało krocie!!!)
Można powiedzieć, no dobrze, bawiła się magnateria, ale okazuje się, że nic się nie zmienia, gdy spojrzymy do pamiętnika mieszczki krakowskiej z połowy XIX wieku. Pewna panna odnotowała, że podczas dwóch miesięcy karnawału była 26 razy na przyjęciach i balach, nie licząc wieczorków towarzyskich we własnym domu.
Oprócz długo planowanych "wielkich" bali i przyjęć, były także wieczorki tańcujące, herbatki, baliki i specjalność wieku: "siurpryza", czyli feta na cześć któregoś z domowników obchodzącego akurat urodziny lub imieniny. Taka impreza obchodzona w rodzinnym gronie to jeszcze nic wielkiego: ot, ubrać fotel w girlandy kwiatów, wykonać własnoręcznie powinszowania, przygotować pieśni lub deklamacje. Jednak częściej siurpryza odbywała się w szerszym gronie, gdzie gości bywało kilkadziesiąt lub nawet kilkaset. Należało przygotować występ aktorów, tancerzy, mimów, wszystkich ubierając w stosowne kostiumy szyte specjalnie przez armię szwaczek zawsze we dworze gotowych do pracy. Przypomnę, że używano tkanin szlachetnych; bawełny, jedwabiu, koronek, falban, tiuli i nie były to materie wytwarzane we dworze lecz kupowane.
Jeżeli jednak takie przygotowania można zaliczyć do zwykłych, to już koszta zasadzenia sosnowego lasku podczas... trwającego obiadu imieninowego Józefy Woroniczowej wybiegają trochę poza rzeczy zwykłe. Dodatkowo w lasku stanęła "antyczna" świątynia, na drzewkach zawieszono lampiony, na dachu świątyni ustawiono kaganki, kolumny otoczono świeżymi kwiatami (w marcu!), ołatarz ubrano w kolorowe szkiełka i rozniecono na nim "ogień chemiczny w różne kolory".
Można też było, jak Helena Radziwiłłowa wyprawić "wiejskie śniadanie" ustawiając na środku salonu lasek świerkowy, w rogach zbudować chatki z ryżowej słomy, wszystko obstawić egzotycznymi roślinami w donicach, w chatkach zaś wystawić stoły z różnymi przysmakami ze słynnych lokali warszawskich. W lasku stanęły potrawy z mięsami.
Izabela Czartoryska nie ograniczała się do ozdabiania domu. Jej specjalnością bywały zabawy w plenerze. Ponieważ za jej czasów w skarbcu pałacowym znajdowało się wiele ozdób z minionych wieków, można było używając starych kulbak, rzędów, czapraków, a nawet ubiorów tureckich, wystawić "wjazd baszy tureckiego". Co ciekawe nie zabrakło w tym spektaklu nawet wielbłądów ze stajni książęcej (Czartoryskich). Całość uzupełniono, jak zwykle, ubiorami uszytymi przed inscenizacją.
Innym razem pani Izabela zabrała swoich gości na trakt przechodzący pod Puławami. Goście zastali tam rozbite namioty zarzucone dywanami i poduszkami, wazony pełne róż i drzewka pomarańczowe w wielkich donicach. Służba w tureckich strojach podawała w chińskiej i japońskiej porcelanie wschodnie przysmaki, lody i napoje. Drogą przed towarzystwem przemaszerowała karawana: trzysta baranów z dzwonkami na szyjach doglądanych przez Arabów w turbanach, sto krów z większymi dzwonkami, popędzanych przez hajduków w jednakowych strojach, szły także w karawanie wschodnie rumaki w bogatych rzędach i dwanaście wielbłądów objuczonych... Spektakl tak się podobał, że powtórzono go kilkakrotnie.
Przykłady takich ekstrawagancji możemy mnożyć.
Po co jednak sięgać do rzeczy niezwykłych, skoro przyjęło się we wiejskich dworach, że na bal imieninowy, bez zaproszeń (!) zjeżdża 300 - 400 osób, a gospodarze są na to zawczasu przygotowani!
Podaje się oczywiście tylko liczbę gości, bo któż by tam liczył służbę, dla której często miejsca pod dachem brakowało.
Do opisanych wyżej wydatków należy dopisać produkty spożywcze kupowane specjalnie do wytworzenia przysmaków: bakalie, egzotyczne owoce, cukier, zamorskie przyprawy, w mieście lód (który na wsiach pozyskiwano własnym sumptem i przechowywano w lodowniach), ogromne ilości soli potrzebnej przy wyrobie lodów, tak chętnie w dużych ilościach zjadanych. Do tego wszystkiego dochodziły trunki. Nie na każdą okazję wystarczało podać wina, likiery, czy nalewki z własnych piwnic. Były okazje na które należało sprowadzić szampana lub zagraniczne wina. Często należało zatrudnić dodatkową służbę, lub w mieście wynająć z lokalu, który dostarczał smakołyki i modne potrawy. Wypożyczano także stoły i krzesła. Po balu zaś ktoś musiał pozmywać - bywało, że trwało to kilka dni (!) i często także wymagało wynajęcia dodatkowej służby.
No i rzecz najważniejsza: światło, które kosztowało niewyobrażalne krocie.
Czasami jeden bal pochłaniał więcej kosztów za światło, niż cały dwór przez miesiąc !
Nie można jednak było skąpić na oświetleniu, gdy się chciało robić furorę w towarzystwie.
Oglądane przez nas filmy kostiumowe nie dają nawet bladego pojęcia, jak istotną rzeczą było rozmieszczenie kandelabrów, umocowanie świec w podwieszanych świecznikach, rozkład kaganków rozstawianych na różnych meblach, półkach, kominkach, wnękach.  Wydaje się nam, że wtedy całą sprawę załatwiały świece woskowe. Tymczasem świec woskowych używano tylko w salonach i najbardziej reprezentacyjnych pokojach (nie dymiły), korytarze oświetlano świecami łojowymi i kagankami oliwnymi. Sienie pozbawione palnego umeblowania nadal oświetlano pochodniami, podjazdy do pałacu w zależności od pory roku oświetlały pochodnie lub lampki oliwne zawieszane w lampionikach rozmieszczonych na drzewach. Świece łojowe nie dawały tak jasnego światła jak produkt pszczeli, często dymiły i rozsiewały wokół siebie zapach topionych skwarków.
Wszystkie te sposoby oświetlenia wymagały stosownej oprawy: lampek, świeczników, kandelabrów, meluzyn, żyrandoli, których nie zawsze bywało dosyć we dworze, czy pałacu, a które niejednokrotnie należało wypożyczyć, oczywiście za opłatą.
Na co dzień dwory i pałace nie błyszczały specjalnym blaskiem, nawet te najbogatsze. Światło oszczędzano z racji jego ceny. Często towarzystwo całe wieczory spędzało w jednym pomieszczeniu przy blasku ognia w kominku, lub blasku jednej świecy, która należała się czytającemu na głos jakąś znamienitą lub modną powieść. Z tego też względu wydawano wtedy specjalne książki "kominowe", to jest takie, które miały wielokrotnie większy druk od zwykłego, tylko po to, by łatwo można było czytać przy nikłym świetle paleniska lub świecy.
Skoro więc w niejednym dworze bale odbywały się codziennie, oświetlenie pochłaniało fortuny!
Nawiązując jeszcze do filmów usiłujących przedstawić nam opisywane czasy - budżet żadnego z filmów nie byłby chyba w stanie udźwignąć wystroju sali balowej. Bo bale wymagały sal reprezentacyjnych zwykle wspaniale zdobionych obrazami, rzeźbami, sztukaterią, lustrami, złoceniami... Mimo całego "zwykłego" bogactwa sale balowe przystrajano roślinami, kwiatami, jedwabiami, muślinami - tak chętnie upinanymi w wymyślne kaskady od sufitu do podłogi, a zajmujące całe połacie ścian. Upinano je różnymi ozdobami, szpilami, podpierano włóczniami i pikami wyciągniętymi z dworskich, czy pałacowych zbrojowni lub skarbców. Często rozstawiano wymyślnie ubraną służbę lub ustawiano rzeźby, ciągle wymieniane, gdy poprzednie się opatrzyły.

c.d.n.

sobota, 27 lipca 2013

Susza, czyli o wszystkim na raz

Mój eksperymentalny ogród nie ma się zbyt dobrze.
Wszystkiemu winna jest okropna susza. Ta cudowna pogoda, którą cieszą się dzieci oraz wszyscy mający urlopy i wakacje jest zabójcza dla ogrodów.
Jak pisałam wcześniej, zarzuciłam codzienne podlewanie ogrodu, bo rachunek za wodę zasugerował mi, że powinnam mieć z tego małego spłachetka zbiory co najmniej kilkuset kilogramów różnych warzyw, co jest oczywiście nierealne. Dodatkowo, po kilku dawnych deszczach okazało się, że odkryta gleba, na której do niedawna był trawnik, jest po prostu bardzo piaszczysta - woda przemyła całość ujawniając jej piaszczystą strukturę.
Podzieliłam moje uprawy na 3 części. Na jednej rosną posadzone tej wiosny poziomki i truskawki - ta część ma się dobrze, roślinki pięknie się rozrastają i swoimi liśćmi zacieniają ziemię. Dodatkowo, od wiosny starałam się glebę ściółkować. Owocujące już tego lata poziomki mówią mi, że było to dobre posunięcie.
Drugą z trzech części zajmują krzaki pomidorów, które mają się dobrze. Na tym kawałku ściółka pojawiła się jeszcze przed wysadzeniem krzaczków do gruntu. Okazuje się, że dzięki ściółce nie tylko gleba mniej paruje, ale dodatkowo wyrasta bardzo mało chwastów, co ogranicza pielenie do kilku ruchów ręki dziennie.
No i trzecia część. Na początku było nieźle, bo udały się smaczne rzodkiewki. Niestety, cała reszta warzyw, które były uprzejme wykiełkować, po osiągnięciu niewielkiego wzrostu stanęła w miejscu, a teraz marnieje i podsycha. Piaszczysta gleba przesuszona jest bardzo głęboko. Doraźne podlewanie niewiele pomaga. Czekamy na deszcz.
Dodatkowo nie wyściółkowana część warzywniaka okropnie zarasta chwastami. Jest to denerwujące nie tyle z powodu pracy, co dlatego, że chwasty mimo suszy mają się wiele razy lepiej od upragnionych i wyczekanych warzyw. Ściółki nie ma, bo źle się zabrałam do sprawy. Gdybym najpierw ułożyła ściółkę, a potem siała w uważnie zrobionych rządkach, może byłoby dobrze. Niestety, najpierw wysaiałma moje roślinki, a potem bałam się je zasypać ściółką w obawie przed zgnieceniem i gniciem. Mam nauczkę na przyszły rok.
Nie zniechęciłam się do ogródka, jednak teraz wiem, że ten kawałek po usunięciu moich rachitycznych buraczków, marchewek i wszystkiego innego, co dało radę na piaseczku wyrosnąć, muszę po porządnym wyplewieniu uraczyć kompostem, a potem zasypać ściółką, która sama także z czasem się przekompostuje. Za rok na tym kawałku będą pomidory. Będzie też więcej poziomek, które pięknie owocują dając aromatyczne i soczyste jagódki.
Lato w tym roku mamy dziwne - od wiosny przez niemal całą dobę kąsają nas komarzyce. Nawet w południe i późnym wieczorem trudno w spokoju posiedzieć w ogrodzie. Nic nie zmienia wyjście do ogrodu o bladym świcie. Po prostu w tym roku komary mają system dosuszania skrzydeł i wyjątkowo tępe ssawki, bo nigdy dotąd nie dziabały tak boleśnie.
Przez te małe utrapienia niewiele tego lata spędzamy czasu na posiadunkach w ogrodzie, a szkoda, bo Archanioł poskręcał bardzo wygodne mebelki ogrodowe na żeliwnych podstawach zakupionych już jakiś czas temu.
Czas płynie i nasz Tytus za miesiąc skończy pierwszy rok życia. Dorósł, o czym już pisałam, a teraz jeszcze daje wieczorne ogłoszenia do wszystkich kotek w okolicy: "chcę się rozmnażać!".
Chętnych chyba nie ma zbyt wiele i współzawodników na szczęście również, bo jego serenady są tak głośne, że trzeba wieczorem zamykać okna, co przy panującej temperaturze nie jest zbyt miłe.
Pojawiły się też kilka razy w domu kocie zdobycze. Niestety, jego "dziecięca" fascynacja wszystkim, co lata nie minęła i zastaliśmy już u stóp schodów dwa razy ptaszki. Nie wiemy tylko, czy osobiście przez naszego kocura zamordowane, czy też jest to znaleziona padlina. Tytus całymi dniami w ogrodzie goni latające stworzenia, ale są to raczej muchy i motyle, bo obserwowany, zachowywał się tak. że uwierzyliśmy iż z ptakami (na szczęście) nie ma szans.
W minionym czasie było kilka dni bez dzieci, co skwapliwie wykorzystałam do odnowienia domowych schodów, bez miłosierdzia zniszczonych psimi pazurami.
Udało mi się też odnowić stare, drewniane, ciężkie drzwi do domu od strony ogrodu. Były zamontowane jeszcze przez mojego tatę z powodu swojej solidności. Lata uciekały, a my coraz częściej myśleliśmy o ich wymianie na nowoczesne i bardziej szczelne. Teraz okazało się, że kiedy je wyczyściłam, uzupełniłam szpachlą ubytki i ślady po psich pazurach, wyszlifowałam i pomalowałam, prezentują się całkiem ładnie i solidnie. Kiedy dodamy im jeszcze przed zimą porządne uszczelki, żadne nowe drzwi ich nie przebiją.
Ot, i tak mija lato...

czwartek, 25 lipca 2013

Szary koniec

Do dziś mówimy o kimś, że pozostaje "na szarym końcu", ale kto pamięta skąd się wzięło takie powiedzenie?

Dziś trudno nawet o zdjęcie pieczonego indyka na srebrnym półmisku
Od wieków we dworach zasiadano do stołu według określonego porządki i według ważności. W takim samym porządku ustawiano zastawę, a później podawano potrawy. Do "pańskiego" stołu miały dostęp określone osoby, jednak nie były one sobie równe.
Skoro potrawy podawano tak, by najlepsze kąski trafiały w "górę" stoły, to i podobnie czyniono z obrusami. Przed gospodarzy kładziono te najpiękniejsze, bielone, z delikatnego płótna nierzadko tkane we wzory, często kupowane, dalej rozpościerano proste białe, gładkie sztuki materii tkanej własnym przemysłem, a dla najmniej znacznych gości lub domowników kładziono najtańsze płótno lniane, własnego wyrobu, nie bielone. Wiemy jak wygląda surowe płótno lniane - jest po prostu szaro - brązowe. I to właśnie stąd wzięło się powiedzenie o siedzeniu na "szarym końcu".
śladowe ilości sreber spotykamy w muzeach
A jak to było z potrawami?
Jeszcze w drugiej połowie XIX wieku do posiłków potraw nie obnoszono, ale zastawiano na stole. Półmiski, wazy, sosjerki i tace ustawiano według z góry ustalonego porządku. Wiele z tych naczyń stało na stole na fajerkach, by utrzymać ciepło. Stół dzielono na dwie część na których symetrycznie ustawiano te same rodzaje potraw, np: wazy z zupą, jednak zawartość waz różniła się. Co innego stawiano w "górze" a co innego w "dole" stołu. Podobnie było z pieczystym (przypominam, że nie było obiadu bez pieczonego mięsa!) i innymi potrawami. Półmisków nie wymieniano między końcami stołu. Każdy jadł to, co przed nim postawiono, łatwo więc było podawać co lepsze kąski gospodarzom, lub wyróżnianym gościom.
Po daniach obiadowych podawano wety, czyli desery.
Poradniki sugerowały by pośrodku stołu ustawiać piramidę z ciast, a na końcach drobne ciastka, słodkie galarety, blamaże (blanc - manger czyli słodka galaretka z migdałów i śmietanki z żelatyną), kremy, kompoty, frukta małe i duże... Wszystko podawane w wyszukanym kształcie.
Nasze wyobrażenie często nie ogarnia ilości i jakości potraw zjadanych na co dzień i od święta.
Jeszcze na początku wieku w Wilanowie obiad składał się z 27 potraw, a w drugiej połowie wieku już "tylko" z 17.
Desery - obowiązkowo nie tylko dla podniebienia, ale i oka
W skromniejszych dworach na zwykły obiad podawano przynajmniej sześć potraw, z czego trzy były obowiązkowo mięsne. W dzień świąteczny ilość potraw rosła przynajmniej do dwunastu.
Rolą gospodarza było dolewanie do kielichów, przepijanie i doglądanie służby, by podawała najlepsze potrawy wybranym.
Po obiedzie, gdy nastała na to moda, pijano kawę i herbatę.
W porze podwieczorku podawano ciasta, konfitury i "sucharki" czyli biszkopciki i małe ciasteczka o różnych smakach.
Wieczerza przypominała obiad, tyle, że nie podawano już zupy. Rzadko wieczorne posiłki bywały skromne, bo nawet w dzień postny w dworskim menu znajdujemy: wędzony dorsz, pierogi ruskie, karp z miodownikim, grzanki i piwo.
Oprócz "pańskiego" stołu we dworach osobną kategorię stanowił stół dla dzieci i "drugi" (a czasem i "trzeci") dla służby.
Przy okazji chcę przypomnieć, że do końca osiemnastego wieku powszechnie używano zastawy cynowej (i srebrnej), a porcelana i fajans pojawia się dopiero w wieku dziewiętnastym - przyjmowana niechętnie ze względu na kruchość w uzyciu i łatwość pękania przy podawaniu potraw ogrzewanych na fajerkach. Naczynia srebrne miały jeszcze i taką wyższość nad skorupami, że uszkodzone można było naprawiać, a niemodne oddać do przetopienia i uformowania według nowocześniejszego wzoru.
Do drugiej połowy XIX wieku nie uważano za konieczne, by zastawa na całym stole była jednolita - przeciwnie, naczynia podkreślały ważność poszczególnych biesiadników.
W dziewiętnastym wieku zniknęła konieczność przychodzenia w gości z własną łyżką, nożem czy widelcem. Pojawiają się na stołach komplety srebrnych sztućców, często z herbami właścicieli, czasem z hebanowymi czy porcelanowymi rączkami, lub złocone. Te ostatnie najczęściej podawano do deserów.
Przestano też nabierać z półmisków własną łyżką. Pojawiły się więc srebrne szczypce, chochle, chochelki, noże do masła i do serów, łyżeczki do konfitur, lodów, siteczka do herbat, widełki do mięsa.
Na stoły wchodzą też wieloosobowe serwisy do kawy, herbaty, obiadów i wetów.
W serwisach deserowych pojawiły się ogromne wazy na lody (zjadano ich znaczne ilości), talerze do układania ciast, czarki, listeczki, filiżaneczki, miseczki.
Pojawia się też mnoga ilość naczyń szklanych - kieliszków i szklaneczek, które swym kształtem określają przeznaczenie do rożnych trunków.
Wszystkie zastawy uzupełniane były przez niezliczoną ilość figur i figurek, gipsowych i porcelanowych, które układano na szklanych taflach, by ozdobić stół. Dekorację uzupełniały cukrowe budowle, które, gdy przyszła pora na deser po prostu łamano na kawałki. Niektórym ta moda nie odpowiadała. gdyż owe "budynki" przeszkadzały w konwersacji "przez stół".
Kto nie miał tafli lustrzanych kładł na stół drewniane, z cukrowym "płotkiem", wysypane cukrem w różnych kolorach.
Powoli rysuje się nam obraz suto i bogato zastawionego stołu.
Wyobraźmy sobie; mnogość potraw o różnych kolorach, smakach, konsystencji i zapachu, do tego dołączmy gwar i rozmów, kolory dzbanów, półmisków figurek, waz, deserowych piramid, błysk sreber, brzęk naczyń i sztućców, ruch uwijającej się służby, zamknięte okna (ciągle panicznie bano się przeciągów) i zapach palonych w specjalnych urnach perfum lub trociczek dymiących w kątach jadalni, a czasem kwiatów rozstawionych ku ozdobie, a przez chwilę znajdziemy się w świecie, którego już nie ma...

piątek, 12 lipca 2013

Historia się zaciera...

... dlatego trzeba dzieciom o historii mówić.
O tej historii prawdziwej, nie perfumowanej i pudrowanej, jaką pokazują media oficjalne.
Właśnie mija kolejna rocznica Zbrodni Wołyńskiej.
Sto tysięcy Polaków zamordowano w bestialski sposób.
Szkoła o tym nie nauczy.
Media o tym ludobójstwie nie powiedzą - wszędzie tylko wersje pudrowane.
Dlatego WY musicie mówić o tych wydarzeniach swoim dzieciom.
Kto potrafi, niech wybacza, ale zapomnieć nikomu nie wolno !!!
Bo historia powinna uczyć wyciągania wniosków na przyszłość...

niedziela, 7 lipca 2013

Zapach nieba

Jako, że oczekiwanie na stałą łączność ze światem trwa i teoretycznie jest blisko, coraz bliżej, skupiam się na życiu codziennym i wrażeniach z otoczenia.
Przeminął czas truskawek (z mojego ogródeczka zebraliśmy... jedną), a tu jakoś niesporo było wybrać się na giełdę owocowo - warzywną, a o słoikowaniu owoców zakupionych w najbliższych sklepach mowy być nie mogło ze względu na cenę wziętą z kosmosu. To znaczy cena pewnie była uzasadniona kosztami hodowli, pracą ludzka, transportem i zarobkiem wszystkich ludzi po kolei, jednak dla mnie opłacalność robienia przetworów w takiej cenie spadła do zera.
Tak więc bolałam nad pustymi słoikami, aż tu niepodziewanie spadł na mnie dar w postaci Archanielskiego kuzyna z pokaźną dawką tych słodkich owocków (w ilości dla mnie nieznanej), ale wystarczającej na zrobienie dwudziestu słoików kompotu i blachy ciasta sowicie truskawkami okraszonego.
Kuzyn ów, osoba miła i lubiana, nawiedza nas od czasu do czasu w drodze z Roztocza do miejsc na zachód od naszego miasta położonych.
Tym razem oprócz transportu truskawek przywiózł nam także mojego teścia, który zabawił u nas przez weekend. Mam więc za sobą pracowite dni, przy okazji pełne emocji.
Mogę więc teraz, odpoczywając wieczorną porą skupić się na ulotnej urodzie tego świata.
Jako że mieszkam w okolicy, dzięki staraniom ludzi oraz przyrody, obfitującej w lipy, mogę się napawać ich słodką wonią. Oprócz ulicy imienia pana hrabiego Fredry, jeszcze przed wojną obsadzonej tymi pięknymi drzewami, mam w okolicy większe i mniejsze egzemplarze, kwitnące w tym roku wyjątkowo obficie. Wieczorną porą słodki niebiański zapach rozchodzi się po całej okolicy.
Mnie ten zapach kojarzy się z miłymi wrażeniami z dzieciństwa. Mam w głowie obrazki, dziś już trudne do wyobrażenia, kiedy to w porze kwitnienia lip na wspomnianej ulicy, okoliczni mieszkańcy wylegają z domów z koszykami, koszyczkami, torbami, płachtami, a przede wszystkim drabinami, po to, by nazrywać pachnącego kwiecia na własnoręcznie ususzone herbatki, tak przydatne zimową porą. Dla dzieci było to oczywiście niezapomniane przeżycie, bo świetnie się bawiły pomiędzy zbieraczami, drabinami i płachtami, na które z góry sypały się lipowe kwiatki. Wszystko zaś było przesycone cudownym miodowym zapachem.
Jeżeli w niebie coś będzie pachniało, to wyobrażam sobie, że będą właśnie kwitnące drzewa lipowe.

środa, 3 lipca 2013

O kuchni i stole

To takie oczywiste: przekręcamy kurek, robimy pstryk, taką lub inną zapalniczką i już możemy gotować. Albo przełączamy przełącznik kuchenki elektrycznej. Ewentualnie rozpalamy „pod blachą” dokładając do ognia drew lub węgla. Taki piec z blachą (angielka) to zdobycz XIX wieku, a reszta pojawiła się powszechnie zaledwie kilkadziesiąt lat temu.
Ale jeszcze tak niedawno kuchnia wyglądała zupełnie inaczej.
Na wsiach od zawsze było to otwarte palenisko i gliniane garnki, ewentualnie garnek na trójnogu,
lub kociołek zawieszany nad paleniskiem.
We dworach dziewiętnastowiecznych, bo na tych się dziś skupiam, kuchnie trwały bez większych zmian od wieków.
Obowiązkowo znajdowało się w tym pomieszczeniu osobne palenisku nad którym zawieszano rożen, a pod nim ustawiano rynienkę, do której skapywał z pieczonego mięsa tłuszcz. Do obracania rożna zwykle zatrudniano dzieci, a wynalazek mechanicznego, nakręcanego rożna zupełnie się nie przyjął.
Osobno znajdowało się podwyższenie z polepą lub kotlinkami do rozpalania ognia służącego do gotowania potraw. Bywało, że takich małych ognisk rozpalano kilka, o różnej wielkości, ponieważ różne potrawy wymagały różnej temperatury i intensywności ognia. Gotowano nadal w garnkach glinianych przystawianych bokiem do ognia, co powodowało, że niejedna potrawa bywała z jednej strony przypalona, a z drugiej nieco surowa. Nie każdy kucharz pamiętał o obracaniu i nie każdy miał kuchcika, któremu mógł taką czynność zlecić.
Gotowano także w garnkach z dwoma lub trzema uchami, o wypukłym dnie, które wstawiano specjalnymi widełkami do trójnogów postawionych w żarze. Bywały też garnki z własnymi nóżkami.  Palono oczywiście wyłącznie drewnem. Piece chlebowe w zależności od mody, zwyczaju i wymogów dworu znajdowały się w kuchni, przy kuchni, lub stanowiły osobny obiekt, wybudowany na zapleczu dworu. W takich piecach pieczono nie tylko chleby i ciasta, ale także niektóre mięsa.
Sama kuchnia zwykle bywała osobnym budynkiem poza obrysem dworu, rzadko zajmowała jego skrajne pomieszczenia. Oczywiście takie usytuowanie miejsca przygotowania potraw nieodwołalnie łączyło się z wieloma niedogodnościami. Wszystkie potrawy trzeba było przenosić na pokoje: czy lato, czy zima, czy deszcz, czy mróz. Były to dla służby czynności dość dokuczliwe, zwłaszcza od drugiej połowy XVIII wieku, gdy jedzenie stało się niemal sensem życia mieszkańców dworu.
W wielu dworach tylko obiad podawano w pokoju jadalnym, a inne posiłki, od śniadania zaczynając serwowano tam, gdzie akurat się większość towarzystwa znajdowała. Bo we dworze nie tylko Pan i Pani musieli być obsłużeni, ale i kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt osób rezydujących, a także goście w mniejszej lub większej liczbie i ważności. Śniadania i wieczorne posiłki zaczęto spożywać w jadani dopiero w pod koniec dziewiętnastego wieku, kiedy też zmniejszyła się ilość i obfitość posiłków.
Potrawy przynoszone z budynku kuchennego na pokoje często zdążyły po drodze wystygnąć. Dlatego przy pokoju jadalnym znajdowało się pomieszczenie, w którym potrawy odgrzewano, niektóre przygotowywano i oczywiście przechowywano. Były w nim więc szafy przystosowane do zamykania jedzenia i szafy w których układano srebra: zastawę stołową i sztućce, a z czasem rozpowszechniającą się porcelanę, (którą niechętnie zastępowano srebrną zastawę) podręczne naczynia cynowe, fajerki, tace, blaty, misy, półmiski, wazy, sosjerki, dzbanuszki, salaterki, wazoniki, figurki, itd.
To pomieszczenie to pokój kredensowy, z szafami, które z biegiem lat przejęły nazwę pokoju, do którego przynależały. Mebel, który po prostu nazywamy kredensem, to nic innego, jak niegdysiejsza szafa kredensowa.
Wracamy jednak do posiłków i przekąsek, (o niektórych potrawach postaram się opowiedzieć osobno).
Dzień zaczynał się dla państwa i (niektórych) rezydentów od kawusi z śmietankowym kożuszkiem, zapieczonym często z opłatkiem na wierzchu lub z żółtkiem „dla gęstości”. Ten napój zwykle wypijano jeszcze w łóżku. Przekąską były suchary – czyli biszkopciki, lub obwarzanki. Czasami równocześnie podawano jakąś polewkę. Odmianą dla kawy była czekolada z cynamonem lub wanilią. Mężczyźni często zaczynali dzień od kieliszka wódki – przeważnie jakiejś aromatycznej, wytrawnej, zaostrzającej apetyt nalewki. Herbatę zaczęto pijać, gdy rozpowszechniły się samowary, czyli w połowie wieku.
Po wstaniu z łóżka myślano już o śniadaniu przygotowanym przez kredencerza.
Na śniadanie można było, w zależności od pory roku i zwyczajów, zjeść: bigos, zrazy, kotleciki, naleśniki, paszteciki, móżdżki, „zwierzynę”, sery, owoce, śledzie, a do tego chleb, bułki, grzanki, masło, śmietanę. Często po takim śniadaniu, po małej przerwie, podawano drugie, słodkie - tam, gdzie towarzystwo akurat bawiło. 
Około południa podawano obiad, posiłek dyscyplinujący wszystkich domowników do stawienia się o określonej porze przy stole, co nie obowiązywało rankiem. To do tego posiłku należało się starannie i uroczyście ubrać. Celebrowano go długo, bez pośpiechu, a kończono, gdy gospodyni dawała znak, mając na uwadze sytość wszystkich biesiadników.
Po obiedzie przechodzono do salonu na kawę lub herbatę (na początku uznawaną za bardzo niesmaczną).
Po południu na stole pojawiał się podwieczorek.
Wieczorem zasiadano do obfitej wieczerzy.
Przed snem należało także coś przekąsić, by nie zgłodnieć do rana.

c.d.n.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ale się porobiło ...

Tak się porobiło, że biednemu wiatr w oczy i internetu nie będzie jeszcze przez jakiś czas.
Jak długo?
Nie wiem.
Aby dostać się do bloga, korzystam chwilowo z czyjejś uprzejmości.
Tymczasem w ogrodzie rośnie sobie koperek i buraczki - wszystko jakieś takie lichutkie i skromne. Może siane w złej fazie księżyca? Niestety nie sprawdziłam kalendarza i teraz tylko zgaduję.
Cztery dynie, które przetrwały do tej pory, rokują całkiem nieźle.
Rośnie też całkiem śmiało kukurydza nielicznie przeze mnie wysiana, a obok niej fasolka, która na łodygach kukurydzy powoli się zawija.
No i pomidory. Te ostatnie kosztowały mnie dużo cierpliwości. Wysiane z nasionek najpierw długo zabierały się za kiełkowanie, a po wysadzeniu do ogrodu przez dłuższy czas "stały w miejscu". Od jakiegoś czasu jednak zaczynają pokazywać co potrafią i miewają się całkiem dobrze.
Z posadzonych w tym roku truskawek nie doczekałam się owoców, ale poziomki już pokazały swoją urodę i smakowitość. Jest ich na razie niewiele, ale za to słodkie i pachnące.
Zdjęć na razie nie będzie.
Będę czasami tu zaglądać, ale na stałe wrócę dopiero wraz z prawdziwą łącznością ze światem.